Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
10.12.2020 18:00

Podróż z ministrem i podróż przez wieki

W samolocie z Brukseli do Warszawy spotkałem ministra spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej. Profesor Zbigniew Rau przestrzega dystansu społecznego w związku z COVID-19, respektując zatem social distance, zjedliśmy kolację w odpowiedniej od siebie odległości. Ale rozmowa była bardzo ciekawa.

Nie będę jej ujawniał, bo nie mam w zwyczaju zdradzać prywatnych konwersacji. Nie piliśmy alkoholu do posiłku, w związku z tym nie cytowałem panu profesorowi powiedzonka hiszpańskiego pisarza i prekursora (obok Salvadora Dalego) surrealizmu Ramona Gomeza de la Serny, który mawiał: „Dyplomata jest zaszczepiony przeciw niedyskrecjom szampana”.

Jak daleko można pójść, żeby nie zajść za daleko

Minister Rau był niezwykle uprzejmy, choć grzeczność u dyplomatów to tak naprawdę część ich zawodu. Kiedyś nawet mawiano: „Dobry dyplomata to człowiek, który gdy ci powie, byś poszedł do diabła, to ty zaczynasz się cieszyć na perspektywę podróży”.

Z szefem naszej dyplomacji rozmawialiśmy oczywiście o wecie Polski i Węgier, a było to tuż przed unijnym szczytem budżetowym w stolicy Belgii. Może zabrakło mi albo refleksu, albo odwagi, żeby jednemu z następców Józefa Becka zacytować francuskiego poetę, dramaturga, reżysera filmowego, malarza, ale także… menedżera bokserskiego, Jeana Cocteau. Mówił on: „Takt to wyczucie, jak daleko można pójść, aby nie zajść za daleko”.

Ten człowiek renesansu urodził się w podparyskiej miejscowości Maisons ­Lafitte, która zapisała się też w historii Polski. Tam przecież mieściła się przez pół wieku siedziba paryskiej „Kultury”, tam mieszkał Jerzy Giedroyć, pomieszkiwał Józef Czapski, tam zawsze była Zofia Hertz. Giedroycia odwiedziłem jako emisariusz NZS. Miałem wówczas 22 lata, nielegalnie przekroczyłem granicę belgijsko-francuską, a wcześniej sfałszowałem zaświadczenie ze studiów, aby zdobyć upragniony paszport.

Fałszerstwo na Uniwersytecie Brigitte Bardot

Do dziś jestem wdzięczny młodej damie pracującej wtedy w dziekanacie Wydziału Filozoficzno-Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego, zresztą imienia Bolesława Bieruta. My, studenci, dla draki skrót UBB rozszyfrowywaliśmy jako Uniwersytet imienia ­Brigitte Bardot. Miła pani Barbara z dziekanatu, choć skończyłem już studia i byłem absolwentem, wystawiła mi na moją prośbę, z życzliwością i bez żadnych oporów, zaświadczenie, że jestem studentem piątego roku. Wystarczyło dopisać tylko pałkę przed rzymską piątką i zamiast magistra po obronie pracy stałem się studentem czwartego roku. Po co to fałszerstwo oficjalnych dokumentów (chyba objęła to już amnestia…)? Ponieważ WKU, czyli Wojskowa Komenda Uzupełnień, musiała wydać mi stosowny kwit niezbędny do uzyskania paszportu, aby armia pozwoliła mi wyjechać za granicę. Jednak armia nie pozwalała wyjechać ani absolwentom, ani studentom piątego roku, nawet w roku wielkiej amnestii, która także i mnie objęła. Stąd też te manewry i fałszerstwa.

Ale do dzisiaj jestem wdzięczny owej damie z dziekanatu. Teraz jest ona żoną senatora. Ba, więcej, sama jest senatorem już kolejną kadencję! Wiele się zmieniło, dziś pewnie nie poszłaby mi na rękę, wydając poświadczający nieprawdę dokument. Cóż, takie były czasy, kiedy inaczej niż teraz, byliśmy w jednej drużynie – a podziały były zupełnie inne niż obecnie.

A to wszystko dla dobra swego kraju

Wracając do mojej rozmowy z ministrem spraw zagranicznych RP, to pojawił się w niej przez chwilę wątek polskich ambasadorów. Mówiliśmy jednak o tym na tyle krótko, że nie musiałem cytować powiedzenia brytyjskiego dyplomaty lorda Henry’ego Wottona, który mówił: „Ambasador to przeważnie uczciwy człowiek, którego wysyła się za granicę, aby kłamał dla dobra swojego kraju”.

Nasza dyplomacja istnieje, funkcjonuje w świecie realnym – w przeciwieństwie do innego lorda Wottona – postaci fikcyjnej, bo wziętej z powieści Oscara ­Wilde’a „Portret Doriana Graya”. Ów powieściowy lord zwany Harrym był dystyngowanym krezusem.

Era Trzeciego Okresu Przejściowego

Wracając do pana ministra od dyplomacji, to był wobec mnie, prostego europosła, niesłychanie uprzejmy. Być może znana mu była maksyma: „Nie biednieje człowiek, gdy się uprzejmie odzywa”. Maksyma owa przypisywana jest faraonowi Amenemope, władcy starożytnego Egiptu z XXI dynastii. Jako historyk dodam (choć specjalizuję się jednak w historii najnowszej, a mniej w starożytnej), że władca ten panował w latach 993−984 przed narodzeniem Chrystusa (być może rok wcześniej). Była to wówczas era Trzeciego Okresu Przejściowego. I można to potraktować niczym kolejną współczesną metaforę, bo również dzisiaj mamy swoisty okres przejściowy… Tak jak XXI dynastia musi się jakoś skojarzyć z XXI w.

Cóż, w sekundę przebiegamy przez trzy tysiąclecia i ze starożytnego Egiptu przenosimy się do czasów współczesnych, w anglosaskich klimatach. Wynn Catlin powiedział niegdyś: „Diplomacy – the art of saying: »nice doggie«‚ til you can find a stick”. Tak, zakładam, że minister Zbigniew Rau doskonale wie, że: „Dyplomacja to umiejętność mówienia: »ładny piesek, ładny piesek«, póki nie znajdzie się kija”.
W Warszawie wylądowaliśmy z panem ministrem bez kłopotów. Jak było na szczycie, który trwa w Brukseli, tego się dowiemy już wkrótce. Ale dziś, zgodnie z Państwa wolą, zabrałem Czytelników w podróż po różnych epokach i kulturach, choć owszem, cały czas pozostawałem w świecie dyplomacji...

 

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane