Podwyżka cen artykułów żywnościowych była bezpośrednią przyczyną protestów, demonstracji, wieców, strajków i w końcu zamieszek na Wybrzeżu. Wszyscy wiedzą, że ogniskami protestu stały się Gdynia, Gdańsk i Szczecin. Jednak już mało kto sobie uświadamia, że miejscami tej polskiej walki o wolność były też Elbląg i Słupsk.
27 tys. żołnierzy, 5 tys. milicjantów, 550 czołgów
Protesty były tłumione przez milicję i wojsko. I tu zasadnicza uwaga, bo w powszechnej świadomości, także naszej, ludzi obozu niepodległościowego, to MO, czyli Milicja Obywatelska, była główną siłą pacyfikującą protesty A.D. 1970. Tymczasem prawda była inna.
Decyzją władz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w tłumieniu protestów brało udział 5 tys. milicjantów i – wbrew naszemu myśleniu o tamtym czasie – aż 27 tys. żołnierzy! Władze użyły 550 (sic!) czołgów i 700 transporterów opancerzonych.
Straty oficjalne to po naszej stronie ok. 41 zabitych (podaję za wydaną w Paryżu przez Editions Spotkania w 1986 r. książką „Grudzień 1970” pod redakcją Piotra Jeglińskiego) i 1165 rannych. Najwięcej ofiar śmiertelnych było w Gdyni – 18, następnie w Szczecinie – 16, w Gdańsku – 6, w Elblągu – 1. Komuniści przyznają się do „kilku zabitych”, bez sprecyzowania, ilu ich było dokładnie, oraz do ponad setki rannych.
Oczywiście podwyżki cen mięsa, przetworów mięsnych oraz innych artykułów spożywczych były tylko kroplą, która przelała czarę goryczy. Zapewne jednak cała ta operacja była także, niezależnie od wolnościowych aspiracji narodu, elementem rozgrywki wewnątrz obozu władzy. W partii komunistycznej rosła w siłę frakcja, która chciała dokonać wymiany rządzącego już 14 lat pierwszego sekretarza kompartii Władysława Gomułki. Nie był on wcale sędziwy, miał bowiem 65 lat, ale wystarczająco politycznie zużyty, że środowiska skupione wokół towarzysza Edwarda Gierka i towarzysza Mieczysława Moczara uznały, iż trzeba spróbować dokonać zmiany na szczytach władzy. Elementem tej operacji miały być tzw. wydarzenia grudniowe.
Podwyżki w cieniu zbliżenia z „kapitalistycznymi Niemcami”
Towarzysz „Wiesław” (partyjny pseudonim Gomułki) popełnił błąd nadmiernej rutyny. Skupił się na niewątpliwie istotnym wydarzeniu międzynarodowym, jakim była wizyta w Polsce po raz pierwszy po II wojnie światowej premiera Niemiec Zachodnich, czyli kanclerza Niemieckiej Republiki Federalnej (ówczesna nazwa RFN) Willy’ego Brandta. Dla ówczesnej władzy – choć przecież nie tylko dla niej, bo było to zgodne z naszym interesem narodowym – kluczowe było uznanie przez „kapitalistyczne Niemcy” zachodniej granicy Polski.
Starano się robić wszystko, aby – uwaga – nie drażnić Niemców. Popularne filmy i książki o tematyce wojennej, pokazujące walkę z Niemcami i niemieckie zbrodnie, nagle zaczęły być… mniej popularne, a np. z afisza w jednym z warszawskich teatrów zdjęto w październiku 1969 r., po ledwie 17 przedstawieniach, sztukę mojego ojca, Henryka Tadeusza Czarneckiego, o procesie norymberskim w kontekście odpowiedzialności za Powstanie Warszawskie („Podpalacze. Dialogi norymberskie” w Teatrze Ziemi Mazowieckiej). Reżyserowi zakomunikowano, że nie powinien przeszkadzać w... „polityce towarzysza Wiesława”.
Tymczasem w cieniu wizyty Willy’ego Brandta równolegle Biuro Polityczne KC PZPR podjęło decyzję o podwyżkach – było to 30 listopada 1970 r. Władze, a przynajmniej ich część ze spiskowcami na czele, zdawały sobie sprawę z potencjalnej reakcji społecznej. Skutecznie utajniono informację na 12 dni, wykorzystując czas na przygotowania, zarówno w Ministerstwie Obrony Narodowej, jak i Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, do potencjalnych zamieszek.
W przeddzień upublicznienia informacji w resorcie spraw wewnętrznych przystąpiono do operacji „ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego”. Podwyżki ogłoszono najpierw wieczorem 12 grudnia w Polskim Radiu, a następnego dnia, 13 grudnia – w prasie. Nie chodziło tylko o mięso, choć ta podwyżka najbardziej chyba zabolała ludzi i została zapamiętana. Podwyższono także ceny mąki – o 18 proc., dżemów i powideł – o 36 proc., ryb – o 16 proc. W sumie ceny podwyższono średnio aż o 23 proc.
Protesty rozpoczęły się 14 grudnia i trwały dziewięć dni, do 22 grudnia. Rozpoczęły się tak jak 10 lat później, w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, skąd tysiące stoczniowców wyszły z zakładu i udały się pod nieodległą siedzibę Komitetu Wojewódzkiego PZPR.
Jednocześnie podjęto próby rozmów z uczelniami. Na schodach głównego gmachu Politechniki Gdańskiej nastąpiła najpierw słowna, a potem fizyczna szarpanina z prorektorem Wiesławem Wełnickim. Po południu w tym samym miejscu stoczniowcy namawiali studentów, aby zorganizować wiec solidarnościowy, ale ci odmówili. Pamiętali, że protesty studenckie dwa lata wcześniej milicja tłumiła przy wsparciu stoczniowców.
Stoczniowcy przejęli radiowóz i namawiali przechodniów do przyłączenia się do pochodu, aby „pokazać swoją siłę”. Studenci przyłączyli się w końcu do protestu, ale na ulicy, a nie na uczelniach. W Trójmieście szczególnie aktywni byli studenci politechniki i Akademii Medycznej.
„Kuzyni” – prowokatorzy z SB
Następnego dnia, 15 grudnia, ogłoszono strajk powszechny w Trójmieście, do którego dołączył elbląski Zamech. Po raz pierwszy MO na masową skalę użyła gazu łzawiącego i pałek, chroniąc budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku – i tak go jednak podpalono tego samego dnia wieczorem.
W tym samym czasie w Gdyni strajkujący sformułowali osiem głównych postulatów (dotyczących m.in. podwyżki minimalnego wynagrodzenia, zwłaszcza kobiet). Strajkujący przekazali postulaty przewodniczącemu Miejskiej Rady Narodowej (odpowiednik dzisiejszej rady miasta) w Gdyni, umiarkowanemu działaczowi PZPR Janowi Mariańskiemu, który miał je przekazać wicepremierowi Stanisławowi Kociołkowi (później określanemu jako „kat Trójmiasta”). Tymczasem w nocy z 15 na 16 grudnia członkowie gdyńskiego komitetu strajkowego zostali aresztowani.
Warto dodać – wiem to np. od osób pracujących w tym czasie w ośrodku TVP w Szczecinie, które uzyskaly nasłuch radiostacji milicyjnych – że władza dokonywała prowokacji i „grupę chuliganów” tworzyli po prostu funkcjonariusze ubrani po cywilnemu.
Zapamiętano następujący dialog. Milicjanci meldują o grupie, która rozbija wystawy sklepowe. Dowódca odpowiada: „To kuzyni. Nie interweniować”...
Oczywiście rabowanie sklepów czy rozbijanie wystaw nie zawsze były dziełem funkcjonariuszy w cywilu. Niesieni gniewem protestujący zdemolowali kasy dworcowe na Dworcu Głównym w Gdańsku, z kolei młodzież z poprawczaka w Malborku faktycznie plądrowała sklepy w Gdańsku przy ul. Rajskiej i ulicach z nią sąsiadujących – fiaskiem zakończyły się próby ich powstrzymania przez protestujących.
Zapłonął też gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Szczecinie – wtedy nazywany Pałacem Grubego (nazwa ta nawiązywała do obfitych kształtów ówczesnego pierwszego sekretarza KW, towarzysza Antoniego Walaszka). Jak wspomniałem wcześniej, w wyniku starć zginęło tam 16 osób, głównie młodych.
Ustąpienie towarzysza „Wiesława”, sześć lat spokoju
Wydarzenia na Wybrzeżu wywołały krótkotrwałe solidarnościowe protesty i strajki – o czym się dziś w ogóle nie mówi – także w Warszawie, we Wrocławiu, w Krakowie, Białymstoku, Wałbrzychu, a nawet w Oświęcimiu i Nysie.
W rezultacie Grudnia ’70 Gomułkę zastąpił, jeszcze w czasie trwania protestów, Edward Gierek, a komuniści kupili sobie sześć lat spokoju – do wydarzeń Czerwca ’76. Z perspektywy kształtowania się wspólnoty narodowej Grudzień ’70 stał się legendą i kolejnym etapem na polskiej drodze do wolności i niepodległości.