Najpierw skupmy się na czynnikach zewnętrznych. Wbrew różnym analizom jestem przekonany, że – czy to się komuś podoba, czy nie – Unia Europejska do tego czasu przetrwa. Będziemy wówczas kilka lat po rozszerzeniu UE o kilka krajów Bałkanów Zachodnich.
Bałkany w UE, w tym muzułmańska Albania
W grę wchodzą Czarnogóra, Serbia, Macedonia Północna, może także Albania. Oczywiście to, czy i kiedy państwa te pójdą śladem Słowenii (weszła w 2004 r.), Bułgarii i Rumunii (2007 r.) oraz Chorwacji (2014 r.), zależy od pogody politycznej wewnątrz Unii, choćby od skali eurosceptycyzmu, który może powodować niechęć ze strony rządów zwłaszcza Europy Zachodniej, aby forsować rozszerzenie wbrew znaczącej części opinii publicznej.
Dotyczy to zwłaszcza takich państw, jak Holandia, Francja czy Austria, ale może też w jakiejś mierze Danii. Termin akcesji państw zachodniobałkańskich i tak się już przesunął, bo Podgorica, Belgrad i Skopje miały sporą szansę wejść do Unii Europejskiej już pod koniec tej dekady. Tak półoficjalnie deklarowali ważni przedstawiciele UE zajmujący się unijną polityką zagraniczną i bezpieczeństwem. Już widać, że termin ten przesuwa się na ok. 2030 r. W przypadku Montenegro pretekstem (albo powodem) jest powstanie w grudniu 2020 r. prorosyjskiego rządu, ale także ujawniające się ostatnio tendencje do postulowania ponownego połączenia się Czarnogóry i Serbii, tak jak to było w pierwszych latach po upadku Jugosławii. W przypadku Serbii sprawa potencjalnego przyłączenia Czarnogóry może być przeszkodą w (szybkim) akcesie do Unii, ponieważ UE i USA są niechętne planom powstania czy to wielkiej Albanii, czy wielkiej Serbii. Warto dodać, że potencjalny akces Tirany, który zresztą planowany był później niż trzech tych wspomnianych krajów powstałych na gruzach Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Jugosławii, będzie oznaczać, że w liczącej wówczas potencjalnie przeszło 30 państw Unii znajdzie się pierwszy kraj z większością muzułmańską (wyznawcy islamu stanowią tam obecnie 60 proc.).
Co z Eurolandem, NATO, ONZ?
Jaka będzie przyszłość strefy euro? Nie jest dla mnie oczywiste, że eurozona przetrwa następnych 20 lat – choć jest to w jakiejś mierze prawdopodobne. Nawet jeśli w najbliższych latach będą ją chciały opuścić takie kraje jak Włochy, to i tak decydujące znaczenie będzie miała postawa Niemiec. Wielu ekspertów twierdzi, że tak jak Niemcy były motorem powstania strefy wspólnej waluty, tak ten sam Berlin może w pewnym momencie, ze względu na własne interesy, wyprowadzić sztandar Eurolandu.
Paradoksalnie, może nieco wbrew powyższej tezie, uważam, że za dwie dekady nasze państwo może być w Eurolandzie, jeśli będzie on istniał. Jeżeli w Polsce dojdą do władzy liberałowie i lewica, to rząd w Warszawie zapewne formalnie zgłosi akces do strefy euro i po kilku latach Rzeczpospolita może stać się jej członkiem.
NATO przetrwa, choć nie spodziewam się, żeby w 2041 r. było silniejsze niż teraz, tak samo jak nie myślę, żeby państwa członkowskie wydawały na obronność procentowo więcej niż obecnie. Wręcz przeciwnie. Nie zmniejszy się rola organizacji międzynarodowych, takich jak ONZ czy Światowa Organizacja Zdrowia (WHO). Choć można chyba oczekiwać wzrostu w tych strukturach roli Pekinu.
Chiny czy Ameryka? Kto kogo?
Na pewno za dwadzieścia lat będziemy mieli do czynienia z jeszcze silniejszymi Chinami niż obecnie. Rywalizacja Waszyngtonu i Pekinu będzie narastać i rozstrzygać się w sferze gospodarczej oraz tzw. stref wpływów.
Czy Ameryka straci na znaczeniu? Oto jest pytanie! A może świat pójdzie w kierunku klasycznego układu bipolarnego, podzieli się na dwa przeciwstawne obozy, zachowując przez co najmniej dziesięciolecia względną równowagę? Czy ostra konkurencja między USA a Związkiem Sowieckim zostanie po kilkudziesięciu latach przeniesiona na relacje USA–Chiny?
Można spodziewać się z jednej strony zwiększonej ekspansji Pekinu na różnych kontynentach, zwłaszcza kontynuacji gospodarczego dominowania Afryki, ale z drugiej strony zacieśnienia relacji euroatlantyckich w kontekście wspólnego niebezpieczeństwa ze strony Chińskiej Republiki Ludowej. To może – choć wcale nie musi – spowodować ograniczenie wpływów ChRL na Starym Kontynencie.
Polska będzie Polską, choć może bardziej laicką...
Jaka będzie sytuacja wewnętrzna w Polsce? Można spodziewać się, że mimo pronatalistycznej polityki obecnego rządu nie ominie nas ogólnoeuropejski kryzys demograficzny, choć zapewne będzie on nieco mniejszy niż w niektórych państwach Europy Zachodniej. Można spodziewać się również dalszej laicyzacji oraz przejmowania u nas tych standardów w sferze moralno-obyczajowej, które dominują w tej chwili w Europie, USA i całym szeroko rozumianym świecie Zachodu. To oczywiście zależy jednak od woli wyborców. Sprawa nie jest przesądzona. Inna rzecz to to, czy polska prawica pójdzie drogą brytyjskiej Partii Konserwatywnej oraz francuskiego Zgromadzenia Narodowego (dawniej Frontu Narodowego) Marine Le Pen i znacząco złagodzi swoją krytykę postulatów LGBT.
Zapewne będziemy mieć w naszym kraju więcej imigrantów spoza Europy. Nie sądzę jednak, aby wbrew opinii publicznej mającej w tej sprawie jednoznacznie sceptycznie stanowisko ryzykowano zmianę polityki państwowej w tym zakresie. Jeśli nawet to nastąpi, nie sądzę, aby groziła nam powtórka z doświadczeń, a raczej błędów Zachodu, które spowodowały tak znaczące problemy w wymiarze cywilizacyjnym, społecznym, religijnym, gospodarczym, socjalnym w krajach Europy Zachodniej. Oto moja subiektywna panorama naszej ojczyzny za dwie dekady. Pożyjemy, zobaczymy, na ile autor tych prognoz miał rację.