Krzysztof Kwiatkowski marionetką nie został. Miał w swojej karierze z ostatnich lat okres zły: jako minister sprawiedliwości nie walczył o sprawę wyjaśnienia Smoleńska. Miał też czas dobry – zrobił z NIK najlepiej działającą w państwie instytucję. Owszem, konkurencji wielkiej ona nie miała, ale też żaden inny polityk wywodzący się z PO nie wyciął partii-karmicielce takiego numeru. Wszyscy inni uznali regułę, iż państwo nie istnieje i bronimy wyłącznie partyjnych interesów, za obowiązującą.
Dlatego casus Kwiatkowskiego jest tak ważny dla oceny tej władzy. Jest ostatecznym dowodem, że za rządów PO–PSL stworzono szczelny system selekcji negatywnej, w którym urzędnik musiał przyjmować mentalność elit III RP za swoją. Jeśli ktoś taki jak Kwiatkowski nie był do końca „swój”, to – takie sformułowanie pada w rozmowie dwóch polityków PSL – był „dociskany kolanem”.
Więcej w najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska".