Zaślubiny Polski z morzem stały się wyzwaniem dla naszego kraju – nie mieliśmy statków, stoczni, doświadczenia, brakowało „ludzi morza”. Nieliczna kadra polskich oficerów i kapitanów pochodziła z floty rosyjskiej lub niemieckiej. Utworzono więc Szkołę Morską w Tczewie, a jej uczniom oddano do użytku statek szkolny „Lwów”. Te początki morskiej przygody genialnie opisał w swych książkach kpt. Karol Olgierd Borchardt.
W 1930 r. założono Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe (PTTO) z myślą o zaznaczeniu polskiej obecności na Atlantyku. Zdecydowano, że państwo kupi obcą flotę pasażerską i wybrano ofertę duńskiej kompanii Det Ostasiatitske Kompagni, dysponującej czterema jednostkami. Armator ten przejął linię i statki od nieistniejącej już Russian American Line powstałej dzięki duńskiej księżniczce Dagmarze. Księżniczka wyjechała niegdyś do Rosji, poślubiła cara Aleksandra III i zmieniła imię na Maria Fiodorowna. Kiedy została wdową, spieniężyła klejnoty i kupiła cztery statki, nadając im nazwy „Russia", „Kursk", „Car" i „Caryca". Duńczycy przemianowali je na „Polonię”, „Estonię”, „Lithuanię” i „Latvię”.
11 marca PTTO kupiło za 18 mln zł trzy z nich oraz, co najważniejsze, miejsca do dokowania i cumowania w Stanach Zjednoczonych. „Polonia” pozostała przy swej nazwie, „Estonia” została „Pułaskim”, a „Lithuania” – „Kościuszką”. Polskie załogi, pamiętając o ich pochodzeniu, mówili o nich „klejnoty księżniczki Dagmary”.