Jesteś autorką muzyki i tekstów. Czy nauczyłaś się rozpoznawać moment, kiedy przychodzi melodia, kiedy przychodzą słowa?
Tak. Uważam, że wszystko przychodzi z góry. My, przetwarzamy to, co przychodzi na tyle, na ile mamy zdolności. Jeden napisze piosenkę, a drugi wielkie oratorium. Ja akurat piszę piosenki. W pewnym momencie wyświetla mi się obraz, który przelewam na papier. Wszystko dzieje się bardzo szybko, a poprawki są później bardzo małe. Ostatnio złapało mnie w bramie między Marszałkowską i Mokotowską. W tej chwili mam telefon komórkowy z dyktafonem. Weszłam do bramy, nagrałam i poszłam dalej. Powstała piosenka.
To są promienie światła. Ale oczywiście mam w tym swój udział. Staram się żyć świadomie. Widzieć piękno świata do mnie skierowane. Widzieć ludzi, których mijam. Jak idę ulicą, to patrzę w twarze ludzkie. Widzę, co się z nimi dzieje, widzę ich oczy. Widzę nędzę, widzę radość. Widzę miłość. Staram się to widzieć. Na tym polega zbieranie, na chęci intensywnego życia. Kosztowania świata. Przygotowuję się w ten sposób i czekam. Zbieram tę część świata, którą mam łaskę przeżywać. A potem przychodzi moment, kiedy z góry przychodzi światło. Są osoby, które myślą, że to one tworzą. Myślę jednak, że tak naprawdę nie ma takich osób, to przychodzi spoza nas.
Czym są dla Ciebie koncerty?
Kiedyś uświadomiłam sobie, że tych ludzi, którzy przyszli na konkretny koncert, już nigdy w tej konfiguracji nie spotkam. Że to jest taki święty, darowany czas. Przestałam śpiewać koncerty. Zaczęły się spotkania. Bywa także, kiedy widzę, że ktoś jest w dołku, jest mu ciężko. I staram się dla niego śpiewać. Ale jednocześnie staram się śpiewać dla wszystkich, tyle że dla każdego osobno. Staram się nie dzielić rozdarciami. W programie mam tylko jedną piosenkę, która jest smutna. Potrafię zaśpiewać tak, żeby ludziom włosy dęba stanęły. Nie robię tego. Wiem, jak działam i nie korzystam z tego. Staram się dzielić tym, co dobre.
Dzisiaj sztuka koncentruje się na tym, żeby odbiorcą wstrząsnąć. Ty mówisz, że tego unikasz.
Tak.
Zadebiutowałaś w 1981 r. na Festiwalu Piosenki Zakazanej w Hali Oliwii w Gdańsku. Do 1989 r. Twoje utwory wydawane były tylko w podziemiu. Byłaś cenzurowana?
Nigdy.
Wchodziłaś w dorosłe życie w latach 70. Potem był 1980–1981, czas wolności…
Już w latach 70. pomagałam opozycjonistom. Byłam związana z „Robotnikiem". Jeszcze KOR-u nie było, a jeździłam z paczkami do robotników. Z Ursusa, Radomia. Nie byłam specjalnym działaczem. Miałam zadanie, wykonywałam je. Rok 1980 i 1981… Wtedy urodziłam jedno dziecko, potem drugie. Trochę nie uczestniczyłam w życiu zewnętrznym. Oczywiście miałam wtedy poczucie wolności. Ludzie na ulicy wyglądali zupełnie inaczej. Tak samo gdy przyjechał Papież. Naprawdę uwierzyliśmy w to, że jesteśmy wolni, że jesteśmy razem, bo wszyscy czuliśmy to samo, takie mieliśmy wrażenie, nikt nam tego odebrać nie mógł. W 1981 r. to emanowało z ludzi.
To był jedyny czas, kiedy czułem się wolny. Po 1989 r. nie poczułem się wolny.
Odbieram to podobnie. Mam znajomego opozycjonistę, który jakiś czas temu mówił, że oni się jeszcze nie ujawnili. Pomyślałam wtedy: wariat. Dzisiaj patrzę na to inaczej.
Kiedyś powiedziałaś, że żyjemy w czasach po wybuchu popkulturowej bomby…
To, w czym żyjemy, to czas indywidualnej walki. Liczy się życie każdego człowieka. Jesteśmy na wojnie. Jestem osobą wierzącą i widzę atak na wiarę. Nie oceniam tego jako atak jakiejś grupy osób. Uważam, że ludzie czasami nieświadomie atakują wartości, nie wiedzą, w czym biorą udział, że są narzędziami. Trwa wewnętrzna metafizyczna wojna, której niektórzy są świadomi, niektórzy nie.
Na czym polega wartość Twojego tworzenia i śpiewania? Po co to robisz?
Wierzę w miłość. Chcę, żeby ludzie uwierzyli, że jest miłość, że warto żyć. Po to to robię. Wiele w moim życiu się wydarzyło, przechodziłam i przez ciemne doliny. Wiem, czym jest cierpienie. Chodzi mi o ulgę w cierpieniu. Być domem ulgi w cierpieniu dla siebie, dla najbliższych i dla tych, którzy przychodzą. Chciałabym być do tego powołana, żeby komuś ująć cierpienia. Dodać nadziei.
