Nowy Jork to epicentrum epidemii, ale strach przed koronawirusem wykracza w USA poza tętniące zazwyczaj życiem wielkie aglomeracje. Na sennej amerykańskiej prowincji w konserwatywnym Maryland na wschodzie USA codzienne życie również uległo zmianom - drogi są puste, bary, restauracje i kościoły zamknięte, a ludzie pełni obaw. Szlaków turystycznych – zgodnie z rozporządzeniem gubernatora - nie można przemierzać w grupach większych niż 10 osób.
Mieszkańcy hrabstwa w Appalachach wciąż serdecznie uśmiechają się i pozdrawiają z odległości kilku metrów. W sklepach – ostatnich już miejscach, gdzie możliwy jest bliższy kontakt - przyznają, że zaraza przyszła do nich z Nowego Jorku.
- Zakażeni są z Nowego Jorku; niektórzy to ludzie od nas, którzy pracowali tam i wrócili
- mówi ekspedientka w sklepie. Małe hrabstwo, gdzie wykryto dotychczas trzy zakażenia SARS-CoV-2, postanowiło więc się bronić. Od czwartku nie można w nim już wynająć domu za pośrednictwem internetu. Skrywający się tu przed epidemią i gęstym zaludnieniem miastowi musieli opuścić wynajęte miejsca do godz. 17 w piątek, nawet jeśli mieli wykupione noclegi na dłużej.
Do nowego prawa musiała zastosować się Kris, która od lat wynajmuje turystom swój dawny rodzinny dom. - Nie miałam wyboru, w przeciwnym razie groziła mi kara do 5 tys. dolarów - mówi.
Według kobiety lokalne władze zdecydowały się na taki krok, gdyż w ostatnich dniach w regionie domy wynajmowali ludzie z Nowego Jorku.
- Niektórzy robili to nawet w 20 osób, w miejscach publicznych chodzili w dużych grupach. Teraz inni muszą przez nich cierpieć
- wzdycha Kris. Dla niej to finansowy cios, już wcześniej, zauważywszy kryzys na rynku, oferowała obniżone ceny.
Takich jak ona jest w Garrett więcej. Branża turystyczna, tak jak prawie wszędzie na świecie, przestała tu istnieć prawie z dnia na dzień. Obrazują to dobrze puste stoki narciarskie i szlaki dla piechurów. Pracująca na stacji benzynowej 72-letnia Pat mówi, że mnóstwo ludzi w hrabstwie już straciło pracę.
- Ruch jest zdecydowanie mniejszy. Ja też się boję, wszyscy się boimy - przyznaje, wskazując na dozownik ze środkiem dezynfekującym, który zainstalowano na stacji przed tygodniem.
Kobieta narzeka, że zamknięto jej bibliotekę, a lubi czytać. Nie może pójść do kościoła, bo te też są zamknięte. Mszy, gdyż nie ma w domu radia ani telewizora, słucha w swoim samochodzie. Z uśmiechem przyjmuje jednak przeciwności.
- Z wnuczką w dwa dni ułożyłam 750 puzzli
- śmieje się.
Mieszkańcy Garrett znajdują różne sposoby na dodawanie sobie otuchy w trudnych czasach. Jeżdżą na quadach, w kilka osób rozpalają ogniska czy wspólnie modlą się w mediach społecznościowych. "Msze odwołane, ale Bóg jest wciąż z nami" - pociesza napis przed jednym z lokalnych kościołów.