Los Angeles: "Będzie tak, jak w Nowym Jorku"
Jeśli trend się utrzyma i liczba wykrytych przypadków koronawirusa co dwa dni będzie się podwajać, to za pięć dni sytuacja w Los Angeles będzie taka, jak obecnie w Nowym Jorku - ostrzegł burmistrz tego kalifornijskiego miasta Eric Garcetti.
- Będziemy tam, gdzie są oni. Będziemy mieli lekarzy podejmujących rozdzierające serce decyzje. Będziemy myśleć, co zrobić ze wzrostem zachorowań, jak dostać respiratory, gdzie znaleźć łóżka
- mówił wczoraj Garcetti.
W zamieszkanym przez ponad 10 milionów osób hrabstwie Los Angeles w ciągu ostatnich 48 godzin liczba wykrytych przypadków SARS-CoV-2 wzrosła o 678 do ponad 1,5 tys. W Kalifornii łącznie koronawirusa zdiagnozowano u ponad 4,5 tys. osób, zmarły 93.
Wczoraj mieszkańcy regionu otrzymali na swoje telefony wiadomość wzywającą do pozostania w domach w weekend. Przypomniano w niej o zamkniętych plażach. Władze w kalifornijskiej aglomeracji nie wykluczają odcinania prądu firmom, które nie będą stosowały się do zakazu prowadzenia działalności.
Los Angeles od kilku tygodni przygotowuje się na szczyt epidemii. W piątek do portu wpłynął amerykański statek szpitalny Mercy, który ma odciążyć lokalne placówki zdrowia. Leczyć w nim się będą pacjenci bez SARS-CoV-2. Wojsko buduje też w aglomeracji Los Angeles osiem szpitali polowych z ok. 2 tys. łóżek.
Nowy Jork: Oblegany numer alarmowy
Przenosimy się do Nowego Jorku. Jednym ze skutków wzrostu zakażeń koronowirusem jest tam rekordowa liczba telefonicznych połączeń alarmowych. W ostatnich dniach pod od numer 911 dzwoni nawet więcej ludzi niż w czasie ataków terrorystycznych na WTC w 2001 roku!
Ponieważ operatorzy z Usług Ratownictwa Medycznego (EMS) nie mogą nadążyć ze zgłoszeniami nadają priorytet szczególnie pilnym przypadkom. Inne muszą czekać. Duża liczba połączeń może też powodować przeciążenie sieci i niepotrzebne opóźnienia w świadczeniu pomocy w nagłych wypadkach.
Wczoraj stacja CNN podała, że na stan Nowy Jork przypada niemal połowa wszystkich przypadków zakażenia koronawirusem w USA, których obecnie jest ponad 101,8 tysięcy. Gęstość zaludnienia, spóźniona reakcja władz miasta i stanu oraz wielu podróżnych przyczyniają się do wyjątkowo szybkiego rozwoju epidemii.
Nowojorska straż pożarna wystąpiła do społeczności miasta o dzwonienie pod numer alarmowy 911 jedynie w rzeczywiście nagłych przypadkach. Zalicza się do nich m.in. ataki serca, udary mózgu oraz wysoką gorączkę z towarzyszącymi jej problemami z oddychaniem.
- Pozwól udzielić pierwszej pomocy najbardziej potrzebującym. Dzwoń pod numer 911, tylko jeśli potrzebujesz natychmiastowej pomocy
– apelowano.
- Liczba połączeń z EMS w Nowym Jorku w ciągu ostatnich trzech dni jest największa w naszej historii
– poinformował zastępca komisarza nowojorskiej policji ds. informacji publicznej Frank Dwyer.
Według straży pożarnej w czwartek w Nowym Jorku odnotowano ponad 6000 połączeń. Zgodnie z przewidywaniami sytuacja powtórzy się w następnych dniach. Wczoraj po południu było 170 przypadków, kiedy trzeba było czekać aż zajęty operator EMS będzie mógł kontynuować rozmowę.
W związku z natłokiem telefonów w nagłych wypadkach powtarzały się apele, żeby osoby ze "zwykłymi schorzeniami", a także z objawami COVID-19 w pierwszej kolejności kontaktowały się ze swym lekarzem lub dzwoniły na informację pod numer 311, gdzie dyżurny może udzielić porad. Jednocześnie zapewniano, że mieszkańcy Nowego Jorku nawet w obliczu kryzysu i przeciążenia ratowników medycznych nie są bezsilni. W poważnych przypadkach, jak np. zawał serca, mogą liczyć w pierwszej kolejności na karetkę pogotowia; w innych sytuacjach trzeba poczekać.
W opinii telewizji NBC, powołującej się na związki zawodowe służb ratowniczych, w normalnych warunkach telefonów alarmowych jest dziennie ok. 40 proc. mniej.
Gwałtownym wzrostem połączeń w nagłych wypadkach zainteresowała się agencja Bloomberga, która rozmawiała z prezesem lokalnego związku nr 2507 Orenem Barzilayem.
- W naszym najbardziej pracowitym dniu w roku zazwyczaj wykonujemy 5000 połączeń. Zwykle jest to Nowy Rok
– zauważył Barzilay. Zwrócił uwagę, że osoby udzielające pierwszej pomocy chorym na Covid-19, narażeni są na zakażenie.
- Myślę, że jeśli stracimy kolejne 10 procent ludzi z powodu choroby, miasto znajdzie się w kryzysie
- ostrzegł.
Anthony Almojera ze związku zawodowego EMS podkreślił, że nawet w czasie ataków na World Trade Center (WTC) 11 września 2001 roku nie było takiej liczby telefonów w nagłych wypadkach. Postulował w rozmowie z telewizją ABC, by władze zapewniły personelowi medycznemu lepszą ochronę przed wirusem w celu poradzenia sobie z pandemią.
Z kolei senator ze stanu Nowy Jork Andrew Gounardes przypominał, że po 9/11 wielu strażaków i innych ratowników narażonych na substancje rakotwórcze doznało poważnych schorzeń. Wzywał, by nie powtarzać błędów z przeszłości i chronić pracowników pierwszej linii frontu. "Musimy podjąć natychmiastowe działania, aby chronić tych, którzy toczą tę śmiertelną walkę w naszym imieniu" - wzywał.
Ponury rekord
Wczoraj w USA odnotowano ponad 400 zgonów z powodu Covid-19 i był to kolejny rekordowy dzień. Do 1619 wzrosła tym samym liczba osób zmarłych zakażonych koronawirusem w tym kraju. W sumie od początku pandemii zakażonych jest ponad 101,8 tys. osób.
Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) obawia się, że USA z prawie 330 milionami mieszkańców mogą stać się kolejnym epicentrum pandemii. Obecnie większość zgonów rejestrowana jest w stanie Nowy Jork. Duże ogniska choroby występują też w stanie Waszyngton, Michigan, Luizjanie i w New Jersey.