Pękająca koalicja
U szczytu swojej popularności polityk trafił do reklam internetowych oszustów, mamiących naiwniaków tytułami „Szymon Hołownia zdradza Polakom tajemnice bogactwa. Banki go nienawidzą, ale wygra wybory prezydenckie”.
Autor nie dodał jeszcze swojego opisu.
U szczytu swojej popularności polityk trafił do reklam internetowych oszustów, mamiących naiwniaków tytułami „Szymon Hołownia zdradza Polakom tajemnice bogactwa. Banki go nienawidzą, ale wygra wybory prezydenckie”.
Cieszy zatrzymanie całej siatki rosyjskich agentów, którzy szykowali zamachy na polską infrastrukturę, a w międzyczasie zajmowali się choćby bardziej klasycznymi aktywnościami typowej agentury wpływu. Martwi, że właściwie to samo robią dziś zapewne setki innych agentów wpływu, trolli, a wraz z nimi dziennikarzy, ekspertów, komentatorów, polityków.
W 2019 roku zjednoczona opozycja ujawniła kandydatów paktu senackiego w połowie sierpnia. Negocjacje były wówczas, jak się zdaje, trochę prostsze, ponieważ dogadać musiały się trzy bloki – Koalicja Obywatelska, Lewica i PSL. Ci ostatni z Kukizem na pokładzie, ale nie przypominam sobie, by ten ostatni miał kandydatów do Senatu. Tak czy inaczej, było prościej, bo nie było jeszcze Polski 2050, choć ta później w Senacie jednak się objawiła dzięki mało w uczuciach politycznych stabilnym senatorom.
Ponieważ z serialem „Reset” trudno dyskutować merytorycznie, strategią jest przemilczenie, niemerytoryczna deprecjacja autorów i ich medium, a od wczoraj także zarzut fałszerstwa.
„Każde królestwo, wewnętrznie skłócone, pustoszeje. I żadne miasto ani dom, wewnętrznie skłócony, się nie ostoi”. - mówił Jezus do faryzeuszy, co regularnie przypominają nam kościelne czytania. Regularnie i na marne, jak coraz częściej mi się niestety wydaje.
Wczoraj minęły 32 lata od śmierci Michała Falzmanna, który, jak się okazało, na swoją zgubę odkrył aferę FOZZ i próbował zainteresować nią najpierw przełożonych, później najważniejsze osoby w państwie.
Od lat, choć nie zawsze mi się to udaje, staram się latem wpaść do Radomia, gdzie odbywa się festiwal Kameralne Lato, a w jego ramach - Ogólnopolski Konkurs Filmów Krótkometrażowych. Z reguły widzimy tam dzieła młodych, często jeszcze studiujących twórców, którzy w krótkiej formie próbują przećwiczyć swe umiejętności i znaleźć własny język, na ogół z bardzo obiecującym skutkiem.
W Wilnie rozpoczyna się szczyt NATO. Obserwowany jest on wyjątkowo uważnie, zważywszy na wojnę na Ukrainie i jej konsekwencje wynikające dla Sojuszu, w tym jego rozszerzenie. Dokonane już przystąpienie do paktu Finlandii, dużo bliższe niż jeszcze kilka dni temu – Szwecji, a w dalszej perspektywie również samej Ukrainy. Próba odwołania kilka dni temu polskiego ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka to dużo więcej niż tylko klasyczny instrument z zasobu narzędzi służących do politycznych przepychanek. To uderzenie w chwalonego również na Zachodzie polityka, który w przełomowym momencie rozwija i modernizuje polską armię. To coś jak powstający na żywo kolejny sezon „Resetu”.
Nie przywiązuję się do tej wiadomości, jednak warto ją odnotować. W poniedziałkowy ranek Robert Biedroń ogłosił niespodziewanie, że negocjacje w sprawie paktu senackiego zostały zerwane.
Lider Platformy od lat znany jest z tego, że, mówiąc delikatnie, nie jest wielkim fanem ciężkiej pracy. Bardzo dawno, dawno temu popularne było zdjęcie, na którym, bodaj podczas obrad Senatu, będący wówczas wicemarszałkiem tej izby Tusk oglądał mecz. Mecz był też, lata później, przyczyną nieobecności polityka na wieczorze wyborczym Platformy, a i w czasach premierowania mecze zdarzały się i w czasie pracy, i po czasie pracy, skracanym do 4 dni w tygodniu. Tak, by tęsknota za Sopotem nie doskwierała naszemu ówczesnemu szefowi rządu zbyt długo.
Powrót tematu imigracji, który dokonał się już kilka tygodni temu za sprawą szwedzkiej prezydencji w UE, był znakomitym z punktu widzenia Prawa i Sprawiedliwości zwrotem akcji w przededniu kampanii wyborczej. Role w polskiej polityce były tu dotąd dość konsekwentnie rozpisane. Przeciw napływowi imigrantów ekonomicznych były Zjednoczona Prawica, Kukiz’15 i Konfederacja, a w mniejszym stopniu i mniej konsekwentnie PSL. Pozostałe partie były zwolennikami postawy biernej lub entuzjastycznej akceptacji polityki unijnej niezależnie od jej kosztów ekonomicznych i społecznych. Ostatnie dni pełne są jednak zaskoczeń.
Kolejny odcinek „Resetu” stawia jego bohaterów w coraz gorszym świetle. Tym razem zobaczyliśmy, że to, co dotąd pokazywano nam jako ambicjonalne spory (Mleczko rysował samolocik i krzesełko jako zestaw „Mały prezydent”), było walką o wpisanie w struktury bezpieczeństwa Zachodu Ukrainy i Gruzji.
Manfred Weber chciał pomóc, ale nie pomógł. Jego wypowiedź najpierw dotarła do mnie w wersji trochę krótszej, gdzie mowa była wyłącznie o tym, że niesprecyzowani oni, przez Webera reprezentowani, są jedyną siła zdolną do zastąpienia PiS na naszej scenie politycznej jako partii rządzącej. Ten brak doprecyzowania okazał się być pułapką, stworzył bowiem pole do różnych interpretacji.
Niezależnie od zastrzeżeń metodologicznych do tzw. sondażu obywatelskiego trudno brać jego wyniki na poważnie. Zleceniodawcom tak bardzo zależy na stworzeniu wrażenia bezalternatywności jednej listy opozycyjnej dla wszystkich ugrupowań i wyborców niegłosujących na PiS czy Konfederację, że nie dbają nawet o pozory wiarygodności.
Ponieważ nie do końca wiemy, co się stało, a tym bardziej nie do końca rozumiemy ostatnie wydarzenia w Rosji, nie możemy ocenić, czy rajd Prigożyna bardziej zaszkodził pozycji Putina na Kremlu, czy polskim partiom politycznym, które wybrały sobotę na dzień dużych imprez i konwencji. PiS miało najwięcej szczęścia, medialna transmisja wystąpień liderów Zjednoczonej Prawicy rozpoczęła się, gdy chaotyczne wiadomości z Rosji dopiero zaczynały dominować w medialnych przekazach. Tylko ona wzbudziła zauważalne reakcje internautów. Na wieści z innych konwencji nie starczyło już na ogół miejsca ani czasu, szerzej przebiły się tylko zarzuty Tuska, że prezes PiS w telewizyjnym wywiadzie nie odniósł się do „wojny domowej w Rosji”.
Oczywiście media będą głowić się, co właściwie stało się w polskim rządzie i w Prawie i Sprawiedliwości w środowe południe i jakie były prawdziwe i najważniejsze przyczyny zmian w rządzie. Czy to poświęcenie kampanii, czy wręcz przeciwnie, jej wzmocnienie? Czy to dla wicepremierów degradacja, czy odwrotnie – czas i więcej sił na prowadzenie kampanii? Czy chodzi o dyscyplinowanie ministrów czy jednak, jak poprzednio, o bezpośrednią kontrolę nad sprawami bezpieczeństwa w newralgicznym momencie? Pytań jest dużo, czasu na odpowiedzi niewiele.
„Kiedyś Radosław Sikorski miał być ekspertem w sprawach międzynarodowych. Dziś stał się kłopotem” – powiedzieć miał „Wprost” anonimowy polityk Platformy. Jest faktem, że byłego szefa dyplomacji najłatwiej zobaczyć dziś można w serialu „Reset” i w jego własnych mediach społecznościowych, nie jako delegata partii do mediów.
Można zażartować, że Donald Tusk, którego imprezę 4 czerwca sympatyzujące z prawą stroną media w pewnym stopniu zlekceważyły, znalazł sposób na to, by tym razem nie schodzić z łamów gazet i ekranów nawet najbardziej kojarzonych z PiS nośników informacji. Tyle że niespecjalnie jest z czego żartować. Lider Platformy i jego specjaliści od wizerunku weszli najwyraźniej na drogę, na której bardzo trudno jest się zatrzymać. Przekaz aspirującej do władzy partii został sprofilowany pod kątem jej najbardziej radykalnych zwolenników, a zarazem właśnie przez tę grupę ukształtowany. Dzisiejszy Tusk nie mówi już nawet wczorajszym Tuskiem, mówi przedwczorajszym Palikotem.
12 czerwca, a więc w dniu premiery „Resetu” Michała Rachonia i Sławomira Cenckiewicza minęło akurat 11 lat od pewnego zapomnianego chyba aspektu tego samego zjawiska, o którym opowiada ten znakomity telewizyjny serial. W 2012 roku w Warszawie tego dnia rozgrywany był mecz Polska-Rosja, uważany za jeden z najniebezpieczniejszych momentów całego Euro 2012, rozgrywanego, jak pamiętamy, równolegle w Polsce i na Ukrainie.
Powiedzieć, że reakcje na pierwszy odcinek serialu Michała Rachonia „Reset”, pokazany przez TVP Info, były nerwowe, to nic nie powiedzieć. Chyba tylko informacja o przyjęciu ustawy o komisji badającej rosyjskie wpływy i podpisie pod nią prezydenta wzbudziła taką wściekłość.