Z wyliczeń dziennika wynika, że składki na ubezpieczenia i fundusze celowe przekroczą w przyszłym roku 660 mld zł. Najwięcej, bo 428,8 mld zł, trafi do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, z którego wypłacane są m.in. emerytury i renty. Drugi w kolejce jest Narodowy Fundusz Zdrowia, do którego wpłynie 194,4 mld zł.
„Rzeczpospolita” zauważa, że łączna kwota składek ma przewyższyć dochody podatkowe budżetu państwa. To pokazuje, jak dużą część publicznych pieniędzy zbiera się nie przez klasyczne podatki, ale właśnie przez obowiązkowe składki.
Składki płacone są od wynagrodzeń i większości honorariów. Część z nich finansuje pracodawca, a część jest potrącana bezpośrednio z pensji brutto pracownika. Według dziennika łącznie stanowią one ponad 36 proc. wynagrodzenia brutto. W praktyce wielu pracowników nie zdaje sobie sprawy ze skali tych obciążeń. Na pasku wypłaty widzą kwotę brutto i netto, a składki opłacane przez pracodawcę często w ogóle im umykają, choć to także koszt ich pracy.
„Pomnik przeszłości”
Zdaniem ekspertów problemem jest nie tylko wysokość składek, ale też brak przejrzystości. Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton, w rozmowie z „Rz” ocenia, że obecny system składek i podatków to „pomnik przeszłości”. Jego zdaniem nie daje on obywatelom jasnej informacji, ile kto płaci i co w zamian otrzymuje.
Składki formalnie są „znaczone”, czyli trafiają do konkretnych funduszy i mają finansować konkretne świadczenia. W rzeczywistości granica między składkami a podatkami coraz bardziej się zaciera, a przepływy pieniędzy między funduszami a budżetem państwa są trudne do prześledzenia dla przeciętnego podatnika.
Czy system wymaga zmian?
Rosnące obciążenia i niejasna struktura danin to temat, który regularnie wraca w debacie publicznej. Zwolennicy zmian postulują m.in. większą przejrzystość, np. informowanie pracownika, ile łącznie kosztuje jego zatrudnienie i gdzie trafiają poszczególne części tej kwoty. Inni zwracają uwagę, że wysokie składki to konsekwencja starzenia się społeczeństwa i rosnących kosztów ochrony zdrowia, a ich obniżenie wymagałoby znalezienia innych źródeł finansowania emerytur i leczenia.