Nazajutrz po tłustym czwartku szef naszych finansów eksplodował w Sejmie, zarzucając oponentom zdradę narodowych interesów i uleganie obcym lobbystom. Powodem wybuchu była niewinna, zdawałoby się, propozycja nałożenia na banki działające w Polsce skromnego podatku w wysokości niespełna 0,4 proc. ich aktywów. Minister finansów bronił bankowców jak lew, chociaż powodzi się im w Polsce jak u Pana Boga za piecem. Mimo kryzysu szalejącego w Europie, ich zyski są rekordowe. W ostatnim roku na czysto zarobili 15,6 mld zł, czyli o 1/3 więcej niż rok wcześniej.
Furia Rostowskiego
Dlaczego sprawa przerzucenia części kłopotów finansowych na barki bankowców podziałała na ministra jak czerwona płachta na byka? Rostowski obwieścił światu, że wstydzi się za opozycję za jej krytykę podatku od kopalin, co – jego zdaniem – służy interesom zagranicznych lobbystów i jest przeciw polskiemu interesowi narodowemu. To wystąpienie wiele mówi o stanie psychicznym szefa finansów. Podatek od kopalin od wielu miesięcy jest przedmiotem burzy politycznej, gdyż uderza w znaczącą polską firmę KGHM i może ograniczyć jej działania i rozwój. Koncern ten jest jednak kontrolowany przez skarb państwa, który jest jego największym akcjonariuszem – ma blisko 32 proc. akcji, czyli pięć razy więcej niż kolejny pod względem wielkości akcjonariusz spółki. Twierdzenie, że dobro tego koncernu jest sprzeczne z polskim interesem, mogłoby świadczyć albo o niewiedzy ministra, albo jego mijaniu się z prawdą.
Przyjaźnie z bankowcami
Poparcie ministra Rostowskiego dla banków, które w większości są własnością zagranicznych potentatów, jest w pełni zrozumiałe. Już starożytni wiedzieli, że „pecunia non olet" (pieniądze nie śmierdzą). Nikogo nie powinno dziwić, że rząd dba o interesy banków i sprzeciwia się obciążeniu ich zbędnymi kosztami.
Przypomnijmy tylko, jak Rostowski chwalił się swoimi kontaktami w całej Europie, kiedy w parlamencie w Strasburgu przytaczał swoją prywatną rozmowę z „prezesem wielkiego polskiego banku", który ostrzegał go przed „katastrofą wojenną", i mówił o uzyskaniu zielonej karty dla swoich dzieci. Przyjaciół bankowców ma też Donald Tusk. Głównym jego doradcą ekonomicznym jest Jan Krzysztof Bielecki, były prezes Pekao SA, za którego kadencji ten państwowy bank trafił w ręce Unicreditu. Włosi doskonale oceniali swojego polskiego partnera. Kiedy przechodził z banku do pracy społecznej, czyli do doradzania premierowi, otrzymał na otarcie łez najwyższą odprawę w historii Polski – ponad 7 mln zł.
Wymarzona zagranica
Heroiczna obrona przez polski rząd interesów bankowców staje się zrozumiała, gdy zastanowimy się nad ewentualną przyszłością premiera. Tajemnicą poliszynela jest nadzieja Tuska na kontynuację kariery politycznej za granicą. Jego szanse na intratną posadę w Europie na pewno wzrosną, jeśli zdobędzie uznanie banków. Chęcią przypodobania się Europie można tłumaczyć to, dlaczego wbrew polskiemu społeczeństwu z takim uporem premier forsuje wydłużenie wieku emerytalnego. Zresztą w innych sprawach też ma zdanie współobywateli w głębokim poważaniu. Na przykład w sprawie ACTA. Premier mimo protestów internautów był twardy jak skała i nakazał podpisać umowę. Kiedy jednak z Zachodu nadeszły informacje, że ACTA jest już trupem, szef rządu odciął się od własnego stanowiska i stał się przeciwnikiem własnej umowy. Premier być może liczy, że finansiści i eurokraci przyjmą z uznaniem jego zabiegi, tak trudne do pojęcia dla polskiego społeczeństwa. Tusk rzeczywiście patrzy daleko w przyszłość i myślami jest już gdzieś daleko.
