Czego nauczył mnie Rotmistrz? Niezwykły wywiad o bohaterze Witoldzie Pileckim

  

Miał wszystkie cechy najlepszego konspiratora, jakiego można sobie wyobrazić. Był małomówny, konsekwentny, odważny i punktualny. Potrafił przewidzieć, jak zachowa się przeciwnik. Do tego był niesamowicie sprawny fizycznie - mówi o rtm. Witoldzie Pileckim Andrzej Marek Ostrowski w rozmowie z Jarosławem Wróblewskim.
 
Jak to się stało, że jest pan razem z rtm. Witoldem Pileckim na jednej fotografii?
Rotmistrz Pilecki, zanim trafił do Auschwitz, ukrywał się w naszym warszawskim mieszkaniu w domu przy Alei Wojska Polskiego 40 pod numerem 7. Po ucieczce z obozu wynajmował małą kawalerkę po numerem 12 na najwyższym piętrze tego samego budynku. Jego żona i dzieci mieszkały w tamtym czasie w Ostrowi Mazowieckiej. To zdjęcie wykonano w sierpniu 1940 r., mam na nim dwa i pół roku.
 
Kim był dla pana Witold Pilecki?
Był moim wujem. Jego żona była siostrą mojego taty. Ojciec trafił do niemieckiej niewoli i można powiedzieć, że Witold Pilecki zastępował mi ojca. Bardzo dobrze go wspominam. 


Witold Pilecki z Andrzej Markiem Ostrowskim na Żoliborzu w 1940 r., Fot. arch. IPN
 
Co robiliście wspólnie?
Pamiętam wspólne wyprawy nad Wisłę, na plażę, dzięki którym złapałem wodniackiego bakcyla. Wtedy rosła tam wiklina, a dziś jest przystań Spójni. Wuj był wysportowany i pokazywał mi różne skoki i salta. To był dla mnie niedościgły wzór. Do dziś, jak mam jakieś trudności, to sobie go przywołuję w pamięci.
 
Proszę opowiedzieć o państwa mieszkaniu, w którym ukrywał się Witold Pilecki.
Tam były dwa pokoje, kuchnia, łazienka i pomieszczenie nazywane służbówką – aneks, w którym mieszkały przedwojenne służące. Wuj dołączył do nas w listopadzie 1939 r. Jego żona przyjeżdżała do niego i do nas z Ostrowi Mazowieckiej. Miałem wielką frajdę, kiedy odwiedzała nas z dziećmi, Zosią i Andrzejem, bo wówczas mogliśmy się razem bawić.
 
Czego pana nauczył Rotmistrz?
Mama mnie dosyć krótko trzymała i musiałem zasypiać sam w ciemnym pokoju. Wyobrażałem sobie, że zza szafy wyłazi jakiś potwór, którego nazywałem, nie wiem czemu, Kakułą. Bałem się i zdradziłem tę tajemnicę wujowi. On mi odpowiedział: „Coś zaradzimy”. Kilka dni później przyniósł mi małą dziecięcą szabelkę i poradził: „Jak wyjdzie ta poczwara zza szafy, to tnij ją przez pysk z lewej i prawej”. Od tego momentu już się nie bałem i spokojnie zasypiałem. Był dobrym psychologiem i rozładował moje negatywne emocje. – Jakim był pan dzieckiem? – Pamiętam, że po tych naszych wyprawach z wujem nad Wisłę namówiłem mojego kolegę z przedszkola sióstr zmartwychwstanek, które do dziś mieści się na rogu Krasińskiego i ks. Popiełuszki (wtedy: Stołecznej), abyśmy też poszli nad Wisłę. Mówiłem mu, że tam są łódki i można się kąpać. I podczas leżakowania daliśmy nogę. To było w 1944 r. Byliśmy nad wodą szczęśliwi. Nie było nas parę godzin. Jednak wyszła z tego afera i wtedy chyba pierwszy raz dostałem od mamy lanie.
 
W co się bawiliście z wujem Pileckim?
Któregoś razu przyniósł mi zabawkę – metalowy czołg, nakręcany na kluczyk. Czołg jeździł na gąsienicach, a z lufy strzelały mu iskry. To była wielka rzecz. Wuj nosił cyklistówkę i położył ją tak, że czołg musiał ją pokonać. On się wspinał na tę czapkę i się przewrócił. „O, widzisz, tak trzeba barykady budować” – powiedział mi wtedy.
 
Jakim był człowiekiem?
Był żołnierzem z krwi i kości. Miał ułańską fantazję, ale dobrze skalkulowaną. Miał wyobraźnię, potrafił przewidzieć wiele sytuacji. Kiedyś kuzynka mojej babci mieszkająca przy ul. Krasińskiego powiedziała, że w sąsiednim był założony kocioł przez Niemców i jej mieszkanie zapieczętowano, gdy nie było jej w domu. Ona też była w konspiracji. Wuj przedostał się do tego mieszkania i dostarczył jej odzież. Mama była zła, że się tak narażał. Jakieś siedem, osiem lat temu przyjechał tutaj Jarosław Newerly, syn pisarza Igora. Skontaktował się z moim bratem ciotecznym Andrzejem Pileckim i opowiedział, że wuj uratował jego matkę przed szmalcownikiem. Otóż kiedy Igor Newerly był w Auschwitz, szmalcownik chciał od jego żony wyciągać pieniądze [w czasie wojny Newerly ukrywał Żydów – przyp. red.]. Wuj korzystał z jadłodajni przy Krasińskiego i tam otrzymał informację od pani, która ją prowadziła, że żona pisarza ma taki problem. On poprosił o dane, kiedy i gdzie szmalcownik ma przyjść do niej po pieniądze i jak on wygląda. Tak skutecznie zainterweniował, że skończyły się już te problemy z szantażem. O tym opowiedział nam syn Newerlego, który podczas wojny mieszkał z mamą. Był bardzo wdzięczny wujowi za jego pomoc.
 
Pamięta pan jakieś spotkania konspiracyjne Tajnej Armii Polskiej?
Moja mama, Eleonora Ostrowska, była łączniczką. Przychodził do domu mjr Jan Włodarkiewicz. Przysięgi były składane w kościele przy ul. Długiej w Katedrze Polowej i odbierał je ks. Jan Zieja. Łączniczkami były też Janina Pieńkowska i Maria Włoczewska – kuzynka mojej babci. Był też zaprzysiężony pan Jan Kiliański, dozorca naszego domu i bardzo ciekawa postać. To właśnie on ostrzegł wuja, że 19 września 1940 r. mężczyźni z domów oficerskich na Żoliborzu będą wygarniani. Niemcy zdawali sobie sprawę z tego, że w tych domach przebywa wielu niezarejestrowanych u nich mężczyzn. Otaczano cały kwartał i po kolei sprawdzano mieszkania.
    Mama opowiadała, jak przybiegł do domu pan Kiliański i powiadomił o tej akcji. Dodał, że ma w kotłowni dobrą skrytkę. „Panie Janie, tym razem dziękuję” – miał mu odpowiedzieć wuj. Jednak dozorca przybiegł raz jeszcze i powiedział: „Panie Witoldzie, już nasz dom jest otoczony, to ostatnia szansa! Niech pan się ratuje”. Jednak i tym razem Rotmistrz odmówił. Zaczęło się walenie do drzwi. Stanęli w nich niemiecki żołnierz z cywilem i padło pytanie: „Czy są tu mężczyźni?”. Wuj podszedł do drzwi i powiedział spokojnie: „O co chodzi?”. Oni, nawet go nie legitymując, aresztowali. Wszystkich wygarniętych popędzili na pl. Wilsona i zawieźli samochodami na ul. Szwoleżerów, gdzie nastąpiła selekcja. Ci, którzy pracowali dla dobra III Rzeszy, zostali zwolnieni, a inni trafili albo na roboty do Niemiec, albo do Auschwitz. I wuj chyba tak właśnie pomógł sam sobie tam pojechać.
   Po tym aresztowaniu zapamiętałem, że były w naszym domu nerwowość i niepewność. Mama dostawała od wuja listy z obozu, ale one nie ocalały. Były też listy pisane z Murnau, w których pytał o mnie. Wuj był mistrzem konspiracji.
 
To znaczy?
Miał wszystkie cechy najlepszego konspiratora, jakiego można sobie wyobrazić. Był małomówny, konsekwentny, odważny i punktualny. Potrafił przewidzieć, jak zachowa się przeciwnik. Do tego był niesamowicie sprawny fizycznie, umiał poruszać się cicho jak kot. Pamiętam, jak jedliśmy kolację z mamą i ona się odwróciła, a wuj stał za jej plecami od kilku minut i nas obserwował. Dlatego mama nazywała go zjawą. Mam pamiątkę z 1945 r. – popielniczkę z orłem, to był prezent dla mamy od wuja, podpisany „Zjawa”.
 
Rotmistrz wspominał swoją młodość?
Nie. Nie rozczulał się nad sobą, był raczej zamknięty w sobie. Opowiadał mi dużo o przyrodzie, bardzo lubił przestrzeń.
 
Miał broń?
Nie widziałem jej, ale wiem, że uczył mamę strzelać.
 
Na zdjęciu z panem jest bardzo elegancki.
Tak, a jednym z jego pseudonimów był „Pan w kratkę”. Czuję nienawiść do tych, którzy go zgładzili. Takich ludzi brakowało nam i brakuje do dziś, bo oni wychowaliby swoich następców.
 
Co pan zawdzięcza Rotmistrzowi?
Kontakt z przyrodą i sporty przestrzenne. Próbowałem trochę szybownictwa i oczywiście żeglarstwa. Nienawidziłem rygoru szkoły i socjalistycznej indoktrynacji. Zapisałem się potajemnie do Ligi Morskiej. Tam było wielu wartościowych ludzi, którzy szukali azylu i chcieli młodym przekazać wartości.


Andrzej Marek Ostrowski z albumem o wuju Pileckim w 2017 r.. Fot. Jarosław Wróblewski
 
Dlaczego po wojnie nie mieszkaliście w domu przy Wojska Polskiego 40?
Kiedy mama dotarła do domu w 1945 r., to mieszkali tam ludzie z baraków dla bezrobotnych przy torach Dworca Gdańskiego. Gdy mama weszła do mieszkania, to nowy lokator powiedział do niej: „Jak jeszcze raz, suko, tutaj przyjdziesz, to nie wyjdziesz żywa”.
 
Jak pan dowiedział się o śmierci Rotmistrza?
W więzieniu na Mokotowie przestano przyjmować paczki żywnościowe dla niego. Opóźniano przekazanie informacji o śmierci wuja jego żonie.
 
Czeka pan na odnalezienie jego szczątków?
Oczywiście.

Wywiad ukazał się w 3/2017 numerze Biuletynu IPN
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl,Biuletyn IPN

Tagi

Wczytuję komentarze...

"Fundacja Kantora zniekształciła historię". Andrzej Duda o pewnej sytuacji na forum w Izraelu

/ fot. Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

  

- To jeszcze raz potwierdza, że podjąłem słuszną decyzję nie będąc tam, bo gdybym tam był, trudno byłoby mi znieść tę sytuację, a musiałbym - jak widać - znieść w milczeniu, ponieważ nie udzielano mi tam głosu. Jestem zadowolony z tego, że nas tam nie było, bo nie powinniśmy autoryzować takiego zafałszowanego przekazu historycznego - powiedział prezydent Andrzej Duda, komentując filmy, które zaprezentowano podczas Światowego Forum Holokaustu w Jerozolimie.

Prezydent Andrzej Duda, komentując dziś w Davos wystąpienia podczas Światowego Forum Holokaustu w Jerozolimie podkreślał, że "zabiegał o to, by móc wystąpić i powiedzieć o prawdzie tamtego czasu" w Jad Waszem. 

- Niestety, uniemożliwiono mi to mimo naszych zabiegów dyplomatycznych - zaznaczył. [polecam:https://niezalezna.pl/307451-jest-komentarz-prezydenta-dudy-ws-forum-w-izraelu-jestem-wdzieczny-wiceprezydentowi-usa]

- Niestety, chcę z przykrością powiedzieć, że być może odpowiedź, dlaczego tak się stało, można było zobaczyć dzisiaj w trakcie uroczystości. Pokazywano tam m.in filmy, które dokumentowały przebieg drugiej wojny światowej, gdzie w ogóle nie wskazano polskiego udziału w walce przeciwko Niemcom. Sądzę, że było to przygotowane wcześniej. Po prostu zniekształcono historię. Organizator, fundacja pana Mosze Kantora, po prostu zniekształciła historię, pomijając polski udział naszych żołnierzy w walce z hitlerowskimi Niemcami, łącznie z tym, że walczyli na froncie zachodnim jako polska armia, że walczyli na południu, na froncie włoskim, jako polska armia ramię w ramię z innymi aliantami, że walczyli na froncie wschodnim ramię w ramię z Armią Czerwoną. Przecież tam też byli polscy żołnierze, tam też była polska armia i w ogóle to zostało dziś pominięte

- mówił dziennikarzom Andrzej Duda. [polecam:https://niezalezna.pl/307444-historyczny-falsz-na-mapie-pokazanej-w-jad-waszem-zamiast-polskich-kresow-bialorus]

- To jest okoliczność bardzo dla mnie smutna. Powiem tak - to jeszcze raz potwierdza, że podjąłem słuszną decyzję nie będąc tam, bo gdybym tam był, trudno byłoby mi znieść tę sytuację, a musiałbym - jak widać - znieść w milczeniu, ponieważ nie udzielano mi tam głosu. Jestem zadowolony z tego, że nas tam nie było, bo nie powinniśmy autoryzować takiego zafałszowanego przekazu historycznego. Musimy mówić prawdę i musimy ją mówić głośno - dodał prezydent.

[polecam:https://niezalezna.pl/307373-trudno-o-tym-pisac-czytac-rozmawiac-list-prezydenta-dudy-na-lamach-swiatowych-mediow]

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: TVP Info, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts