Powstanie trwa!

Mój ojciec miał 11 lat, gdy bezsilnie oglądał ze swojej Pragi płonącą w powstaniu Warszawę na drugim brzegu. W połowie września już byli „wyzwoleni” przez Sowietów z udziałem berlingowców. To dlatego w „Czterech pancernych” Janek podczas szturmu odnosi ciężkie rany i ląduje na długo w szpitalu, co pozwalało uniknąć kłopotliwych pytań o to, co też nasi bohaterowie i ich sowieccy towarzysze broni robili przez parę następnych miesięcy, obserwując bezkarne obracanie Warszawy w rumowisko gruzów. Tak, rachunek za zniszczenie naszej stolicy powinniśmy wystawić po równo – i Niemcom, i Rosjanom!

Zresztą czerwona zaraza z wiersza „Ziutka”, choć powstańcom nie pomogła, bynajmniej nie próżnowała! Na praskim brzegu sowieckie NKWD wzięło się za wyłapywanie akowców i innego „kontrrewolucyjnego elementu”, a budynki zagrabione prawosławnej metropolii na siedzibę bezpieki przy ul. św. Cyryla i Metodego siały grozę jako powszechnie znana katownia dla patriotów, co oswajano wisielczym dowcipem rodaków z Pragi: „Cyryl jak Cyryl, ale te metody!”.

Białe brzozowe krzyże pamięci

Urodziłem się 10 lat później, wprawdzie już po śmierci Stalina, ale wokół nadal trwała gęsta atmosfera powszechnego poczucia krzywdy narodu porzuconego przez sojuszników na pastwę barbarzyńców, lęk przed głośniejszym słowem sprzeciwu, z wolna narastający bunt. Gdy dziś widzę te wszystkie paniusie, potomkinie krwawych komuchów, różnych Humerów i Jaruzelskich, co to nigdy nie słyszały o sowieckich łagrach, do których ich tatusiowie zsyłali niepokornych Polaków – to chwyta mnie mickiewiczowski „śmiech pusty, a potem litość i trwoga”. Bo albo kłamią jak z nut, co jako komusze plemię mają we krwi, albo pokazują, do jakiego nieprawdopodobnego stopnia cała ta zgraja była i jest wyobcowana z polskości!

Dla nas, zwłaszcza warszawiaków, wyklęte powstanie było świętością. Moja mama ma urodziny 1 sierpnia, ale nigdy po wojnie ich już nie obchodziła. Tego dnia, jak dziesiątki tysięcy innych, świętowaliśmy rocznicę innego wydarzenia. Odkąd pamiętam, jako dziecko, młodzieniec, dorosły, wraz z rodzicami co roku szedłem na Powązki Wojskowe, by pośród szeregów białych brzozowych krzyży czcić pamięć tych, co pod nimi spoczywali. Płonące tysiące zniczy, milczenie, nie rozmawiało się nawet ze spotykanymi znajomymi, ale tu właśnie rosła prawdziwa solidarność udręczonego, zmuszonego do milczenia narodu. To tu była wówczas Polska.

Polewaczką w kwiecisty krzyż

Ta sama co na ukradzionym Piłsudskiemu pl. Zwycięstwa, gdzie podczas stanu wojennego starsze panie, pewnie też te same, które spotykałem na Powązkach, układały codziennie wielki krzyż z kwiatów, przy którym modliły się o wolność i sprawiedliwość dla ojczyzny. I codziennie przyjeżdżała milicyjna polewaczka, która armatką wodną zmywała krzyż, a te niezłomne staruszki znów go odtwarzały.

I znów widzieliśmy je potem wszyscy wokół krzyża przed Pałacem Prezydenckim, nigdy nie tracące ducha, obojętne na to, czy pogarda i poniżenie spotykają je z rąk komunistycznych zomowców, czy młodych wykształconych z wielkich miast podbechtywanych przez zawsze tych samych, choć nowocześniejsze maski noszących wiecznych wrogów polskości. Obrzydzali nam pamięć powstania na wszelkie sposoby, wielu czyni to i dzisiaj, wciąż tymi samymi „argumentami” o głupocie, tromtadracji, nieliczeniu się z realiami. Wytykali nam złośliwie śmierć naszych bohaterów, no bo po co było pchać do walki genialnego poetę, który zginął już czwartego dnia, a może by był drugim Słowackim… Jak gdyby dla tych szyderców Słowacki był kimkolwiek ważnym!

Piękni i wiecznie młodzi ulecieli w niebo

Nie byli w stanie zrozumieć, że gdyby Baczyńskiemu zabroniono udziału w powstaniu, byłoby to dlań gorsze od śmierci! Tak, strzelaliśmy do wroga brylantami, bo za sprawą zdrady aliantów nie mieliśmy wystarczającej broni i amunicji. W czasie trwania walk powstańczych brytyjski zadufek marsz. Montgomery zmarnował świetnie uzbrojoną i wyszkoloną polską brygadę spadochronową, realizując swój poroniony pomysł desantu pod Arnhem, który przeszedł do historii wojen jako operacja „o jeden most za daleko”, po czym za klęskę w wyniku własnej nieudolności oskarżył… polskiego dowódcę gen. Sosabowskiego! Brygadę bezsensownie wykrwawiono w Holandii zamiast z jej udziałem ratować polską stolicę, na warszawskim niebie krwawili bohaterscy piloci latający ze zrzutami z odległego o setki mil Brindisi, nie tylko Polacy, ale i ochotnicy południowoafrykańscy, nowozelandzcy, kanadyjscy, amerykańscy…

Gdy próbowałem zrobić o nich film w latach 90., słyszałem w ówczesnych redakcjach TVP: „Znowu będziecie pokazywali groby i marudzenie starych dziadów!”. Cóż, ci piloci, co pozostali wiecznie młodzi, ulecieli na zawsze w niebo w 1944 r…

Udało się dopiero w 2006 r. dzięki Agnieszce Romaszewskiej będącej wówczas krótko szefową kanału Polonia. A był to moment ostatni – prezydent Lech Kaczyński na Dziedzińcu Wolności Muzeum Powstania Warszawskiego odznaczał zapomnianych przez lata pilotów polskich, nowozelandzkich, południowoafrykańskich. Garstkę tych jeszcze żyjących. Wszyscy koło dziewięćdziesiątki, ale gdy wyczytywano ich nazwiska, zapominali o wieku i chorobach, szli po zasłużone od dziesięcioleci ordery sprężystym krokiem, salutowali dziarsko jak przed 60 laty z okładem.

Nieuleczalni

Dla telewizyjnych decydentów wszystko, co dotyczyło najpiękniejszych kart historii Polski, było nudną i niepotrzebną opowieścią „o grobach i dziadach”. Może nie ma się co dziwić, skoro ich dziadowie i ojcowie nie mieli z polskością nic wspólnego, a często ją wręcz zajadle zwalczali. Jedni tropiąc wilcze ślady Żołnierzy Wyklętych, jak mjr Bauman, inni donosząc na akowców jak kpt. Safjan, jeszcze inni jak żona Baumana Woleńska, towarzyszka Brystygier, i Stefan Michnik gnoili ich po katowniach i skazywali na śmierć i zapomnienie, zaś w ich miejsce chowali na Powązkach kolesiów zbrodniarzy, co trwa, o zgrozo, do dziś. A sami zamieniali pepeszę, knut i paragrafy śmierci na pozycję „wybitnego filozofa”, pisarza, filmowca, scenarzysty „Stawki większej niż życie”. Wspólnymi siłami na wszystkich frontach działali i działają, by to, co polskie, zniszczyć, opluć i poddać zapomnieniu, by u swoich najzdolniejszych wychowanków wyrobić ugruntowane od młodości i wspierane rozlicznymi bonusami przekonanie, że polskość to nienormalność.

Ale to się nigdy do końca nie uda! Kiedy miałem cztery lata, szedłem z tatą ulicą naszego praskiego Kamionka i nagle kazał mi się zatrzymać, wskazując jakiegoś menela z opuchniętą od alkoholu twarzą, posuwającego się z trudem na dziwnie powykręcanych nogach. Tata powiedział: „To bohater Powstania Warszawskiego, zmasakrowany przez ubeków w więzieniu »Czarny Olo«. Kiedy go spotkasz, masz stanąć na baczność i się ukłonić. Zrozumiałeś?”.

Zrozumiałem. Dzięki zawodowi reżysera dokumentalisty miałem szczęście poznać wielu skazanych na zapomnienie bohaterów, nawet żołnierzy wojny polsko-bolszewickiej z 1920 r. W miarę sił starałem się opowiedzieć historię ich „nienormalności”, pięknej choroby na Polskę.

Więc gdy dzisiaj widzę wykrzywione z nienawiści do Polski zdradzieckie mordy spadkobierców targowicy, bolszewików i folksdojczów, muszę przyznać, że rację ma anonimowy twórca znanego z internetu prostego obrazka, gdzie na tle biało-czerwonej wybito słowa: „Dziś w Polsce trwa walka trzeciego pokolenia AK z trzecim pokoleniem UB”. Nasze powstanie trwa nadal i tym razem do zwycięskiego końca!

 

Źródło:

#Gazeta Polska Codziennie

Jerzy Lubach
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo