Sąd apelacyjny utrzymał tym samym wyrok pierwszej instancji. Orzeczenie jest prawomocne.

Prokuratura zarzucała oskarżonej, że - działając od jesieni 2007 roku do wiosny 2015 roku - przywłaszczyła w sumie prawie 2,1 mln zł z kont białostockiej firmy, poprzez fałszowanie danych w systemie księgowym przedsiębiorstwa. W czasie objętym zarzutami była ona kierownikiem działu windykacji tej spółki, a potem także kierownikiem działu finansów.

Według śledczych, 48-letnia obecnie kobieta działała na dwa sposoby. Pierwszy polegał na przywłaszczaniu części wpłat gotówkowych, które przyjmowała od jednego z większych kontrahentów. Pobierała pieniądze do kasy, wystawiając potwierdzenia wpłat rzeczywistych kwot, ale potem dokumenty te zamieniała w księgowości spółki na inne - z pomniejszonymi kwotami, przywłaszczając sobie różnicę.

W ten sposób miała działać od lutego 2010 roku do maja 2015 roku. Przypadków takich odnotowano kilkadziesiąt, a różnice kwot w dokumentach wahały się od kilku, do kilkudziesięciu tys. zł. Biegli znaleźli też faktury, z których cała należność została przywłaszczona. W sumie na konta firmy nie trafiło tym sposobem prawie 1,2 mln zł.

Wcześniej, bo od jesieni 2007 roku, księgowa miała natomiast pobierać z jednej kasy firmy pieniądze, by wpłacić je w drugiej, ale tego nie robiła. By ukryć braki, zmieniała dane w komputerowym systemie obsługi księgowej firmy i regulowała najstarsze z tych zaległości pieniędzmi od innych klientów. Ten proceder trwał do 2011 roku i w sumie z kont firmy zniknęło w ten sposób ponad 900 tys. zł.

Kierownictwo spółki niejasności w księgowości wykryło w 2015 roku. Zarządzono najpierw kontrolę wewnętrzną, a potem zewnętrzny audyt finansowy i zawiadomiono prokuraturę. Ta postawiła kobiecie też kolejny zarzut: doprowadzenia do straty przez spółkę kolejnych kilku mln zł w ten sposób, że bezprawnie udzielała kontrahentowi 7-8 proc. rabatów za terminowe wpłaty zobowiązań.

W ocenie śledczych, był to również mechanizm ukrywania braku w kasie pieniędzy, które kobieta sobie przez lata przywłaszczała. Przy niektórych fakturach taka szkoda sięgała np. 200 tys. zł; do tego taki rabat uderzał w finanse firmy, która z tym odbiorcą miała umowę na dużo mniejszy upust.

W marcu 2020 roku Sąd Okręgowy w Białymstoku skazał - byłą już - księgową na 4 lata więzienia i obowiązek naprawienia szkody w całości, wyliczonej na ponad 5,9 mln zł.

Sąd odwoławczy dziś wyrok ten utrzymał, oddalając zarówno apelację obrońcy, jak i pełnomocników oskarżyciela posiłkowego.

"Działanie (skazanej) było wręcz perfekcyjne i przez parę lat skuteczne" - mówił w ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia Jerzy Szczurewski. Przypomniał, odwołując się do mowy końcowej prokuratora, że przestępstwo wyszło na jaw dopiero wtedy, gdy - z powodu kwoty, która zniknęła z kont firmy - nie dało się jej już ukryć w dokumentach księgowych.

Sąd apelacyjny zwrócił uwagę, że kluczowymi dowodami była właśnie dokumentacja finansowa. "Modus operandi (sposób działania) wynika wprost z dokumentacji wytwarzanej przez panią oskarżoną, celem której było ukrycie swego przestępczego działania (...). Z punktu widzenia winy oskarżonej jest to materiał druzgocący" - mówił sędzia Szczurewski.

Dodał, że te dowody wytrąciły całą argumentację z apelacji obrony, m.in. odwoływanie się do zeznań świadków.

Oceniając wymiar kary, sąd apelacyjny uznał, iż w pierwszej instancji rozważone zostały dokładnie wszelkie argumenty zarówno na korzyść, jak i niekorzyść oskarżonej. "Kara łączna czterech lat więzienia, przy tak ogromnej szkodzie, ale dokonanej przez osobę, która dotychczas była niekarana, będzie karą sprawiedliwą i adekwatną do stopnia zawinienia i społecznej szkodliwości czynu" - uzasadniał sędzia Szczurewski.

Podkreślił, że kwota blisko 6 mln zł, którą skazana ma zwrócić poszkodowanej spółce, nie budzi wątpliwości i również została prawidłowo zasądzona.