Nigdy nie miałem żadnego konta w mediach społecznościowych, choć wiele razy rozpuszczane były plotki, że stoję za niektórymi głośnymi w Internecie pseudonimami, z racji na ich poczucie humoru, bliskie dawnym happeningom Naszości, czemu konsekwentnie zaprzeczałem.

Co skłoniło mnie do tego, by zostać Królem Albikli? Kto mnie zna, domyśla się, że właśnie „beka” z niej, jak zawsze budząca u mnie przekorę. Ale także niezwykle ciekawe i inspirujące zderzenie naszego świata z kolesiami z mediów internetowej branży, którzy żyją z oceniania „profesjonalizmu” różnych internetowych projektów. Niekiedy przekonanych, że by coś takiego stworzyć trzeba być miliarderem, pozującym na wyretuszowanych zdjęciach w prestiżowych pismach biznesowych. No i wyłożyć odpowiednią kasę na to, by żaden troll się nie wślizgnął, wszystko działało perfekcyjnie, bo jak nie to użytkownik ucieknie do konkurencji.

Po prostu mamy, szanowni koledzy, trochę inne doświadczenia życiorysowe. Wy pracowicie robiliście kariery w korporacjach, my walczyliśmy o idee, przez lata przegrywając, by ku zdziwieniu wszystkich przejąć rząd dusz w Polsce. Nierzadko walczyliśmy posługując się alternatywnymi metodami, kto pamięta happeningi mojej Akcji Alternatywnej Naszość (z nich zdjęcie w tle mam na Albikli), ten zrozumie.

Na początku istnienia Albikli ta sytuacja ustawiła nas w konfrontacji w stosunku do speców od Internetu, ale mam wrażenie, że z tygodnia na tydzień konfrontacja ustępuje miejsca zaciekawieniu. Niejeden profesjonalista z mediów recenzujących Internet, zaczyna się zaciekawiać, że oto istnieje świat, o którym nie miał dotąd pojęcia. Tak, trochę inny także od reszty internetowej prawicy.

I on wcale nie jest sprzeczny z logiką biznesową, skoro entuzjazm ludzki jest liczącym się kapitałem… Oczywiście wiedzieliśmy, że w pewnym sensie kapitałem okazał się także atak tabunów trolli. No bo skoro Alblicla byłaby całkiem nieistotna, to atakowały by ją trolle pojedyncze, a nie od razu całe tabuny. A pozytywne skutki tych ataków i miażdżących artykułów w stylu „Falstart Albikli, totalna kompromitacja” dało przełożyć na język biznesu, gdy okazało się, że Albicla ma większe zasięgi niż morsowanie. Nie przypadkiem „Gazeta Wyborcza” pyta: „A co, jeśli jednak się uda?”.

Oczywiście sabat pisowskich oficjeli z dziesiątkami Janów Pawłów II, cesarzy i królów robił chwilami wrażenie psychiatryka, tyle że tylko na moment, a powstanie internetowego narzędzia z 63 tysiącami prawdziwych już użytkowników stało się faktem. I zgodnie przewidywaniami Tomka, koniunktura silnie działa na jego korzyść, gdy Facebook potrafi szantażować australijski kontynent i za chwilę to może być 100 i 200 tysięcy. A to otworzy kolejne perspektywy, kula śniegowa się toczy.

No więc to nie był falstart, tylko szybki start do piłki, umiejętność, o czym wie każdy kibic, bardzo w futbolu ważna, czasem kluczowa, pozwalająca przykryć inne własne niedostatki (my o nich doskonale wiemy). Oczywiście do tego szybkiego startu do piłki trzeba było odrobiny szaleństwa, ale – to akurat potwierdzą nasi wrogowie!  - wariactwo nie jest u nas towarem deficytowym.