A wystarczyłoby zapamiętać tyle: „W Rosji szczerość uważają za szaleństwo. To jest rozsądne! W istocie! Przecież całe rosyjskie życie we wszystkich sferach — to nieustanny zamach na prawdę. Dla Rosjan zdrajcą jest ten, kto nie kłamie. Odrzucenie kłamstwa traktowane jest jako zdrada państwa”.
Metafizyczny nihilizm idioty
Kiedyś mówiliśmy o gnębiących nas wrogach: oni. Mieli oni najczęściej odrażające twarze. Budzący nienawiść Stalin uchodził np. na Zachodzie za dobrodusznego „unckle Joe”, z którym można się przekomarzać o losy jakichś tam Polaków czy Węgrów. Dziś wróg nie ma i nie chce mieć twarzy. Pechowemu reprezentantowi Unii wydawało się, że rozmawia z Ławrowem występującym w imieniu Putina, tymczasem natknął się w swej zachodniej naiwności na coś znacznie głębszego niż bieżąca polityka rosyjska, czego nawet przenikliwy markiz de Custine nie do końca pojął.
To coś zadziwia każdego, kto miał osobiście do czynienia z Rosją i Rosjanami. Nie chodzi nawet o cynizm, wypracowany przez niszczone nieustannie społeczeństwo w samoobronie przed despotyzmem władzy, bo i to można zrozumieć, ale jakiś iście metafizyczny nihilizm: z powodu nienawiści do samych siebie – nienawiść do całego świata! To zadziwiające zauroczenie złem opisał wielki pisarz rosyjski Michaił Sałtykow-Szczedrin w „Dziejach pewnego miasta”:
„Wszystko to ogłuszało, gryzło, szarpało zębami – w imię czego? Krew uderzała do gardła, nie stawało oddechu, twarze konwulsyjnie wykrzywiały się gniewem na myśl o bezecnym idiocie, który nie wiadomo skąd przyszedł z siekierą i z niespotykaną bezczelnością skazał na śmierć przeszłość, teraźniejszość i przyszłość…
Teraz był na oczach wszystkich: każdy mógł swobodnie mu się przyjrzeć i przekonać się, że to prawdziwy idiota – i nic więcej.
Kiedy burzył, walczył z żywiołami, niszczył ogniem i mieczem, mogło się jeszcze wydawać, że wcieliła się w niego jakaś olbrzymia, wszystko ujarzmiająca siła, która niezależnie od swojej treści może oszołomić wyobraźnię; teraz zaś, gdy leżał powalony znużeniem, gdy na nikim nie ciążył jego pełen bezwstydu wzrok, stawało się jasne, że to »coś ogromnego«, »coś wszechujarzmiającego« jest jedynie idiotyzmem, który przekroczył wszystkie granice. (…) Myśl, że owo kroczenie nie ma końca, że w idiocie kryje się jakaś moc, która odrętwia umysły – stała się nieznośna”.
Pole kośćmi usiane
Aż tak nieznośna, że zamiast się zbuntować przeciw idiocie z siekierą, wolą sami z siekierami pójść zniewalać innych, by wszyscy czuli się równie podle jak oni sami. No owszem, to idiota i zbrodniarz, ale:
„»On« da jakieś tam szczęście! »On« powie im: zrujnowałem was i ogłuszyłem, a teraz pozwolę wam być szczęśliwymi! Skorzystają z tego pozwolenia i będą szczęśliwi!”.
Wraz z nim zniewalając i niszcząc najpierw siebie, potem wszystkich, których dopadną, przekształcają najpierw swoją ziemię, potem ziemie innych w martwą pustynię, co przedstawił zamordowany w sowieckim łagrze w 1937 r. genialny poeta Nikołaj Klujew, już w 1922 r. piszący proroczo:
„Pole kośćmi usiane dokoła,
Czerepami w ziewaniu bezzębnym,
Nad nim grzmi w zamachowe koła
Ktoś bez twarzy i bezimienny. (...)
Ja – kruk nad ogromną krążę mogiłą,
Gdzie Mendelejew obok szczęki osła.
Za pieśni ludu biorą me krakanie,
Co brzmiało przez miliony lat i stuleci…
Starucha-wolność, gdzie mogiły kamień,
Splata z całunów pełne mroku sieci.
Nad martwym stepem bez oblicza coś
Zrodziło pustkę, szaleństwo, ciemności…” (przekład mój – JL)
Przytoczyłem tu najstraszniejsze opisy owego „czegoś”, co od dawna zawładnęło jednym z największych krajów świata i wywarło znaczony milionami trupów wpływ na losy świata. Można by rzec, że niepotrzebnie sieję panikę, bo Rosja sama zdegradowała się do drugorzędnego mocarstwa i już światu nie zagraża, choć tumani i przestrasza biednych urzędników UE. Byłoby to słuszne, gdyby mierzyć jej wpływ tylko w sferze materialnej, ale w sytuacji dzisiejszej możemy użyć metafory znacznie bardziej zrozumiałej niż przedtem – zagrożenia zarazą.
Proroctwo Pattona
Zarazę ideologicznego terroru wraz z czerwonym sztandarem niosła armia bolszewickiej Rosji na Polskę w 1920 r. Spotkała się nie tylko ze zbrojnym oporem, ale ku zdumieniu Lenina okazało się, że polscy robotnicy i chłopi stanowiący trzon polskiej armii obronnej są uodpornieni na bakcyle tej zarazy, że tu nie działają hasła: „Bij pana! Grab zagrabione!”. Obroniliśmy Zachód przed czerwoną zarazą. Ale tam nic nie zrozumiano, zarazki i tak się rozpełzły po świecie i po ćwierć wieku zachodni sojusznicy sprzedali nas Sowietom, nie pojmując tego, co „prymitywny żołdak” generał George Patton w dniu kapitulacji Niemiec, 8 maja 1945 r. wyraził w prostych żołnierskich słowach do amerykańskich dziennikarzy:
„Dzisiaj powinniśmy powiedzieć Rosjanom, że mają iść w cholerę, zamiast ich słuchać, kiedy nam mówią, że mamy się cofnąć. (…) Pokonaliśmy jednego wroga ludzkości, ale umocniliśmy drugiego, znacznie gorszego, w którym jest więcej zła i zajadłości niż w pierwszym. (…) Niestety niektórzy z naszych przywódców są po prostu cholernymi durniami i nie mają pojęcia o historii Rosji. Cholera, mam wątpliwości, czy wiedzieli chociaż tyle, że Rosja jeszcze niecałe sto lat temu zajmowała Finlandię, wysysała krew z Polski i zrobiła z Syberii więzienie dla własnego narodu. Wyobrażam sobie, jak szydził Stalin, kiedy uzyskał od nich wszystko podczas tych niby-konferencji”.
I mówiąc o zachodnich przywódcach, z goryczą przepowiedział: „Zastanawiam się, jak się czują, wiedząc, że w naszych czasach nie będzie pokoju, a Amerykanie, także ci, którzy się dopiero urodzą, będą musieli walczyć z Rosjanami jutro albo za piętnaście czy dwadzieścia lat”.
Nadzieja
W najgorszych snach jednak nie przewidział, że wojnę trzeba będzie prowadzić w samej Ameryce i to nie z Rosjanami, a z tą samą czerwoną zarazą odradzającą się teraz wśród „swoich”. „Ono” swymi rakowymi komórkami zaatakowało naszego największego sojusznika. Na szczęście mamy nie tylko sojuszników ziemskich. Cytowany wiersz Klujewa po opisie straszliwych spustoszeń dokonanych przez nieznane „coś” wyraża jednak wiarę w odrodzenie udręczonej zarazą ziemi:
„Gwiazdy łzy ronią bransolet perłowych,
Ruczaj rwie się ku łozie całować spragniony
I Bóg zielenieje jako pęd wierzbowy
U nowej twierdzy nad ziemią czerwoną”.
Nasza „twierdza” z Bożą pomocą stoi, pewnie dlatego, że nie do końca jeszcze ulegliśmy zarazie niszczenia jej fundamentów, szalejącej w świecie Zachodu, na złamanie karku pędzącego niczym russkaja trojka ku zgubie. Jeśli się nie obronimy, jeśli się damy porwać temu obłędnemu pędowi, będzie tak, jak w ponurym proroctwie kończącym powieść Sałtykowa-Szczedrina:
„To pełne gniewu »coś« pędziło, dziurawiąc ziemię, grzechocząc, hucząc, jęcząc i od czasu do czasu wydając jakieś głuche, kraczące dźwięki. Choć owo »coś« było jeszcze dość daleko, targnęło powietrzem w mieście, dzwony same zadzwoniły, drzewa się rozchwiały, zwierzęta jak oszalałe miotały się po polu, nie znajdując drogi do miasta. »Coś« zbliżało się, a w miarę, jak się zbliżało, czas zatrzymywał swój bieg. Wreszcie ziemia zakołysała się, słońce się zaćmiło.
To »coś« nadeszło… (…) Historia przerwała swój bieg”.