Już nie trzeba się wstydzić disco polo

– mówił Jacek Kurski na uroczystej premierze filmu w Warszawie. Tylko że w tym filmie nie chodzi o muzykę ani jej popularyzację. Oczywiście można oczekiwać, że nadawca publiczny będzie wyznaczał trendy, a nie na nie odpowiadał. A zatem ustawiał wyżej poprzeczkę i dawał przykład. Edukował, stawiał wymagania sobie i widzom. Kształtował gusta, a nie się do nich dostosowywał. Tylko że to dyskusja obok filmu, bo „Zenek” Jana Hryniaka to po prostu opowieść o człowieku, który zupełnie naturalnie, bez gimnastyki, machiny produkcyjnej i badania rynku przeszedł drogę od pucybuta do milionera, podkreślając kiedyś i dziś jedno: zależy mu na tym, by ludzie się bawili. By mieli po ciężkim dniu trochę rozrywki.

To, że po premierze w warszawskich Złotych Tarasach fotoreporterzy „przyłapali” Zenka z żoną, jak robił zakupy w sklepie spożywczym, pokazuje, dlaczego Martyniuk jest darzony sympatią. Nie grzeszy inteligencją, nie może konkurować z wykształconymi muzykami, nie ma też prezencji estradowej. A według informacji z sieci w ubiegłym roku zarobił 4 mln zł, czyli ponad 10 tys. zł dziennie.

Jakub Zając wcielający się w młodego Zenka i Krzysztof Czeczot grający starszego nie starają się na siłę udawać Zenka. Choć zmieniają tembr głosu, nie tworzą jego karykatury. Skupiają się na pokazaniu emocji, relacji, wyrzeczeń. Krzysztof Czeczot sprawiał w wywiadach wrażenie, że się tłumaczy, dlaczego przyjął taką propozycję. Mówił o intrygującym scenariuszu. Wystarczy zobaczyć film, by się przekonać, że nie był to ze strony Czeczota prosty unik przed wstydliwym pytaniem kpiących dziennikarzy.

„Zenek” pokazuje prowincję lat 80. i 90. Bez szyderstwa i z sympatią. A śmiech osób, które wieszają psy na produkcji przed obejrzeniem filmu, ucichnie, gdy wyjdą z kina.