"X-Men: Mroczna Phoenix” to pożegnanie ze światem mutantów tworzonym przez blisko dwie dekady przez 20th Century Fox. Po przejęciu wytwórni przez Disneya X-Meni dołączą do MCU (Marvel Cinematic Universe). Kilkanaście odsłon serii miewało lepsze i gorsze momenty. „Mroczna Phoenix” to kontynuacja „Apocalypse” i jest utrzymana w bardzo podobnym klimacie.

Jean Grey (Sophie Turner), jedna z pierwszych członkiń X-Men, nigdy w pełni nie rozumiała głębi i złożoności swojej mocy. Podobnie jak jej mentor i przyjaciel Charles Xavier (James McAvoy), Jean potrafi dokonywać niezwykłych rzeczy siłą swojego umysłu. Po tym, jak misja powstrzymania kosmicznej katastrofy prawie ją zabija, Jean powraca przemieniona. Poznaje też swoje alter ego, nadprzyrodzoną siłę znaną jako Mroczna Phoenix. Czy uda się jej ją okiełznać?

Film w reżyserii Simona Kinberga (autora scenariusza również do wcześniejszych części) ogląda się dobrze. Wartkiej akcji towarzyszą znakomita muzyka oraz ciekawe efekty specjalne, które jeszcze lepiej odbiera się w sali 4DX (o ile ktoś lubi tę formę). Nie brak poczucia humoru i wielu emocji. Momentami jest sentymentalnie, dzięki czemu film staje się bardziej kobiecy. Zresztą kobiety (nie tylko Jean Grey) rządzą na ekranie i to one są głównymi bohaterkami tej części. Nawet podczas dialogu Mystique sugeruje Profesorowi X: „Zmień nazwę na X-Women”. W „Mrocznej Phoenix” pojawia się oczywiście mocne przesłanie. To już nie tylko odwieczna walka dobra ze złem, lecz także rozważania: czy w imię dobra można kłamać albo czy uczucia są dla nas korzystne, czy wprost przeciwnie?