Poszedłem po gazetę. Odkąd zaczął mi dokuczać Achilles (w sensie nogi), najchętniej chodzę na stację benzynową Orlenu, którą mam najbliżej. No i taka sytuacja: na stojaku z prasą znajduje się "Rzeczpospolita", "Dziennik" oraz szereg prawicowych tytułów, których czasopismami nazwać nie sposób, bo to sugeruje, że uprawia się w nich dziennikarstwo, gdy uprawiany w nich zawód, zresztą z bardzo długą tradycją, ma zupełnie inną nazwę.

- zaczyna swoją opowieść Sosnowski. Brzmi niewinnie, prawda? W końcu porównanie pracy dziennikarzy prawicowych tytułów do prostytucji to jeszcze nie jest "hejt", czy "mowa nienawiści", z którą tak zażarcie walczą środowiska bliskie sercu Sosnowskiego. Zobaczmy więc, co publicysta pisze dalej:

Pytam zatem sprzedawczynie, czy nie ma już "Wyborczej". "Jest" - odpowiadają i wyciągają "GW" spod lady.  

I tak już trzeci raz w tym tygodniu. Za pierwszym spytałem, dlaczego schowały "Wyborczą", na co usłyszałem, że nie, tylko "akurat się skończyła". A teraz co, po raz trzeci mam taki doskonały timing, że przychodzę zaraz po kimś, kto kupił ostatnią "Gazetę" ze stojaka? Jakoś trudno mi uwierzyć. 

- opisuje Sosnowski. Choć nam z kolei "trudno uwierzyć" w to, co czytamy, zaciśnijmy zęby i przebrnijmy do końca tej historii:

W dawnych czasach, gdy na stojaku była rozmaita prasa, a "Wyborcza" leżała na ladzie, promowanie "GW" było zapewne przesadne.

- sili się na odrobinę szczerości pisarz.

Ale teraz skrywanie jej w nadziei, że nikt jej nie kupi, jest, przyznaję, nie najważniejszym, ale jednym z najbardziej żałosnych przejawów pomysłu PiSu na uleczenie patologii: katar leczy się grypą, grypę zapalaniem płuc, a zapalenie płuc sepsą. Bo przypominam, że Orlen to spółka skarbu państwa. 

- kwituje swój wywód publicysta.