"Mia i biały lew": Najgroźniejszym drapieżnikiem jest... człowiek. RECENZJA

Choć historia kończy się szczęśliwie, końcowy apel (w polskiej wersji językowej wygłasza go Martyna Wojciechowska) pozostawia w widzach niepokój: jeśli nic nie zrobimy w kwestii polowań na lwy, za 20 lat będziemy oglądać te zwierzęta tylko w filmach i książkach.

Kadr z filmu "Mia i biały lew"
fot. mat.pras./Kino Świat

„Mia i biały lew” wykracza poza znany i sprawdzony schemat kina familijnego. Historia dziewczynki i drapieżnika stanowi ważny głos we współczesnym antropocentrycznym świecie. Kamera przez 3 lata rejestruje kolejne etapy życia tytułowego białego lwa. W ciągu 100 minut filmu zmienia się fizycznie czworonożny aktor, dorasta też i główna bohaterka.

Fabuła zaczyna się dość typowo. Mia, zagubiona i zbuntowana 11-latka, nie umie odnaleźć się w nowej sytuacji, po tym jak jej rodzice przenoszą się z zatłoczonego Londynu do Afryki. Dziewczynkę nie interesuje dzika przyroda, a tym bardziej nie rozumie ona fascynacji swojego ojca farmą lwów, która doprowadziła całą rodzinę do wyjazdu na drugi kontynent. Nawet narodziny tak rzadkiego zwierzęcia jak biały lew nie od razu pozwolą zaakceptować Mii inne realia. Z czasem biały kociak – Charlie – staje się domową maskotką, a największym bezkrytycznym uczuciem obdarza go Mia. Czy jest w tym jakieś nadużycie, jak sugerowali koledzy w recenzji z weekendowej „Niecodziennej?”. Moim zdaniem nie. Jeden nazwie czułości względem lwa i desperacki strzał oddany do ojca (bynajmniej nie niewinnego) obłędem, drugi uzasadni to specyfiką dzisiejszych czasów. A te, jak wiadomo, dobitnie pokazują, że najbardziej drapieżnym gatunkiem jest... człowiek.

Pierwsza część filmu to klasyczny konflikt rodzinny, następnie widz staje się świadkiem niesamowitej, ponadgatunkowej przyjaźni dwojga młodych istot. W końcu musi jednak nastąpić pęknięcie. Zaniepokojeni o bezpieczeństwo córki rodzicie postanawiają sprzedać Charliego. Dziewczynka zrobi wszystko, by do tego nie dopuścić. Autorzy scenariusza nie tylko zdecydowali się na gładką opowieść o przyjaźni człowieka z lwem, ale pokazali też, choć w ostrożny sposób, bestialski mechanizm kierujący dużą częścią farm i rezerwatów w Afryce. Tajemnicą poliszynela jest hodowla lwów, nie dla ich ochrony, ale po to, by z czasem trafiły do zagród, w których będą czekały, aż bogaty turysta odda do nich śmiertelny strzał. Mia idzie za głosem dziecięcego sumienia. Nie kryguje się, nie kalkuluje, nie układa z otoczeniem. Jeśli chce uratować Charliego, czeka ją długa, samotna wędrówka do granic rezerwatu. Czy jej postawa da nam coś do myślenia?

 

 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie, gpcodziennie.pl

#kino familijne #Martyna Wojciechowska #Mia i biały lew

Katarzyna Kasjanowicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo