Żeby pół wieku historii polsko-niemieckiego tygla kaszubskiego na Pomorzu zmieścić w jednym fabularnym filmie, wymaga to śmiałości i niebagatelnej pewności siebie. Filip Bajon wraca z tego wyzwania nie tylko z tarczą, ale i z laurami. Filmowa epopeja ludności kaszubskiej weszła 26 września na ekrany kin. 

Kiedy oglądamy pierwszą dobitną scenę filmu „Kamerdyner”, w której w kaszubskiej wiosce rodzi się główny bohater, Mati, tytułowy służący w domu von Krausów, i kiedy chwilę przed napisami końcowymi widzimy opustoszały pałac tegoż rodu, wyraźnie czujemy mijające epoki. Ze stabilnych czasów postbismarckowskiej germanizacji (akcja filmu rozpoczyna się w 1900 r.), przez narastające nastroje antyniemieckie, pierwszą wojnę światową, rozsypywanie się cesarstwa Hohenzollernów, wreszcie niedoskonała, ale nasza, z gorącym sercem sklecona II Rzeczpospolita i późniejsze narastające wrzenie hitleryzmu, aż po wojnę i finał z ciężarówką wypełnioną czerwonoarmistami wjeżdżającymi do posiadłości dawnego pruskiego rodu, nadają opowieści rozmach eposu narodowego. Wplecenie wielkiej szachownicy historii i polityki w życie małej miejscowości leżącej w cieniu pałacowych murów wymagało mistrzostwa, które tym razem zwyczajnie dostajemy po wejściu do kina. Rzadki to we współczesnym polskim kinie przypadek, zwłaszcza że twórcy nie ulegli pokusom politycznych kompromisów z pokazywaniem obowiązkowo dobrych i szlachetnych Niemców czy wybielania „łobuzów od historii”.

Wrzesień w jednym kominku

Film trwa 150 minut, w trakcie których mija nam płynnie pół wieku życia na pograniczu przenikających się polsko-niemieckich relacji kulturowych – front zachodni pierwszej wojny światowej pokazany jest w scenie w scenie, gdy kaszubski chłop pisze z bombardowanych okopów list do swojej żony, powrót Pomorza do Rzeczpospolitej gdy chłopi jadą stawiać rogatkę na polsko-niemieckiej granicy, a tragedia września 1939 roku gdy miejscowy starosta z determinacją ciska dokumenty w ogień kominka, by nie trafiły w ręce Niemców. Grający w każdej z tych scen Janusz Gajos mógłby być wyjęty wprost do szkolnych podręczników historii – zwłaszcza że rola Bazylego Miotke, którą odgrywa, łączy w sobie najważniejsze postacie historii Kaszubów – Antoniego Abrahama, Jana Karnowskiego czy Leona Heyke. Ten pierwszy, zwany tak jak Miotke w filmie, królem Kaszubów, przypominał swojemu ludowi polską tożsamość, a podczas konferencji pokojowej w Paryżu pojechał jako delegat pomorskiej ludności, przypominać o polskości tych ziem. Przypominać ze swadą, pewnością siebie, ba, nutą bezczelności – trudno byłoby to pokazać lepiej niż zadziornością Gajosa. Ale Abraham zmarł w pierwszy latach niepodległości, a filmowy Miotke żył dłużej – zginął śmiercią księdza Leona Heyke. Nie tak dawno reżyser Robert Gliński mówił „Gazecie Polskiej” (33/2018), że patos w filmie zabija – a u Bajona milczące, ciche rozstrzeliwanie w Piaśnicy czy Lesie Szpęgawskim wbija w fotel, przy tej samej sympatii do bohaterów, którzy wcześniej drwią, żartują, droczą się ze sobą. Można grać na wysokiej nucie, bez spłycania treści. Dobitne pokazanie zbrodni niemieckich z 1939 roku to milowy krok w polskiej kinematografii – bo na przekór „postępowym” reżyserom pokazuje zło, kata, bez cieniowania i odcieni szarości w palecie, gdzie tych odcieni szarości nie było.

NIE PRZEGAP: Cały tekst w najnowszym numerze „Gazety Polskiej”