Każdy, kto w mniejszym lub większym stopniu miał do czynienia z twórczością Michaela Hanekego nie powinien dać się zwieść tytułowi najnowszego filmu, który od dziś można obejrzeć w kinach. „Happy End”, to podobnie jak wcześniejsze „Funny Games”, „Biała Wstążka” czy „Pianistka” bezkompromisowa sonda sięgająca w głąb ludzkich pasji, popędów i motywacji. W tym przypadku o tyle smutna, że rozbierająca na czynniki pierwsze francuską rodzinę  wyższej klasy średniej, która niczym soczewka skupia w sobie największe bolączki współczesnego człowieka Zachodu.

Haneke zabiera nas na północ Francji, do Calais. Wydawałoby się, że umieszczenie akcji w symbolicznym dziś dla kryzysu Europy mieście, aż prosi się o poruszenie tematu uchodźców. Reżyser niweluje jednak ten wątek do minimum, zapraszając imigrantów do bogatego domu Laurentów w charakterze... służby traktowanej przez gospodarzy z irytującą mieszanką buty i troski. Poza wypadkiem na placu budowy fabuła filmu nie obfituje w zwroty akcji, a wszystko, co Haneke chce przekazać, dzieje się gdzieś „pomiędzy”: nastoletnia Eve wykazuje sadystyczne skłonności, jej dziadek tak bardzo ma wszystkiego dosyć, że marzy już tylko o eutanazji, a ojciec dziewczynki nie dość, że bardzo nieudolnie usiłuje utrzymać patchworkową rodzinę w ryzach, prowadzi podwójne życie, wdając się w romans. Gdzieś w tle pojawia się problem uzależnień i upośledzonych relacji na linii rodzic-dziecko. Większość problemów jest „omawiana” niejako przy okazji, między kęsem obiadu, a łykiem wina, co ostatecznie prowadzi rodzinę do tak drastycznie niskiego poziomu komunikacji, że jej członkowie niebezpiecznie zaczynają igrać ze śmiercią.

Z bohaterami Hanekego trudno empatyzować, bo przypominają raczej stworzone na potrzeby filmu preparaty niż ludzi z krwi i kości. Również kolejne  „odkrywanie Ameryki” w postaci gorzkiej refleksji nad stanem zachodnich elit raczej nuży niż porywa. Choć rodzina zawsze jest wdzięcznym materiałem dla filmu, zdecydowanie bardziej wolę familijną wiwisekcję w wersji Cristiego Puiu i jego znakomitej „Sieranevady” czy chociażby polskiej „Cichej nocy” Piotra Domalewskiego. Może dlatego, że mimo wszystko, w opowieściach tych pojawia się nadzieja, na którą u Hanekego nie ma co liczyć.