Na ekrany właśnie weszła „Wojna o planetę małp”. Trudno tu jednak mówić o beztroskim relaksie w kinie. Małpia krew leje się strumieniami, a propaganda sączy się sukcesywnie. Zasadne jest pytanie, czy trzecia część krwawych przygód ludzi i małp nie powinna być już ostatnią.  

Prawa natury zwyciężają. Świat wygląda tak, jakby to małpa pochodziła od człowieka. Gatunek ludzki wymiera. Małpi cywilizuje się i panuje nad światem. W wizji Matta Reevesa umysł człowieka zniewolony jest przez politykę i religię. Przywiązanie do idei, że to człowiek ma panować nad światem, popycha go w stronę przemocy. Słowem – człowiek staje się nieludzki, a małpy na odwrót. Zakompleksiony homo sapiens nie chce dać jednak za wygraną. Ludzie planują finalne rozprawienie się z małpami. Nie ma co czekać na naturalną selekcję i zwyczajne wymieranie słabszych osobników. Uporządkowanie świata musi nastąpić za pomocą karabinu maszynowego. Armia mściwego pułkownika planuje wykorzystać, a następnie wykończyć mądre i czułe stworzenia. Ludzki dowódca pobłogosławi krwawych żołnierzy znakiem krzyża i nakaże znęcać się nad małpami w rytm hymnu USA. (O tym, jak bardzo ideologiczny jest to film, pisaliśmy w środowym numerze „Gazety Polskiej Codziennie”).

„Wojna o planetę małp” jest filmem po prostu słabym. Patrzenie wciąż na różne odsłony cierpienia w oczach Cesara podczas prawie dwuipółgodzinnego seansu nuży. Twórcy filmu nie używają scen przemocy, by podnieść dramaturgię, tylko tą przemocą zwyczajnie epatują. Po odsączeniu produkcji z efektów specjalnych małpi raj zamienia się w filmową pustynię. A „małpokalipsa” – czyli przedstawiona w filmie eksterminacja małp – staje się apokalipsą dla samych twórców filmu.