Ludzie z partyjnego klucza ulokowani w przeróżnych spółkach miejskich są sowicie wynagradzani przez swoich zwierzchników – prezydentów miast i burmistrzów. Ich wybrańcy zarabiają więcej aniżeli oni sami. Prezes małej spółki komunalnej miesięcznie może otrzymywać nawet więcej aniżeli szef wielkiego, dobrze prosperującego przedsiębiorstwa.
Bywa tak, że w regionie panuje bieda, a prezesi spółek komunalnych żyją dostatnio. I wszystko na koszt podatnika. A przecież nic takiego nadzwyczajnego nie zrobili – burzy się lokalna opozycja. Przedsiębiorstwa komunalne żyją przecież z tego, że dostają miejskie zlecenia, a więc zapłata za usługę jest przekazywana z lokalnych podatków. Gdyby działalność spółki była wynikiem walki konkurencyjnej o klientów, efektywnego i sprawnego zarządzania, to można by jakoś wytłumaczyć tak wysokie wynagrodzenia.
W niektórych miastach pensjami prezesów zainteresowali się sami mieszkańcy. „Cóż takiego nadzwyczajnego zrobili prezesi, że zasłużyli na premie finansowe, i to w maksymalnej wysokości” – pytają cytowani przez lokalne media. Można by hojnie wynagradzać prezesów, ale tylko w gminach, w których zostały już rozwiązane wszystkie problemy i zaspokojone palące społeczne potrzeby. Jednak takich gmin jeszcze w Polsce nie ma.
Samorządowcy, zamiast rozliczać z efektów pracy podległych sobie prezesów, oburzają się, że zarabiają dwu-, trzykrotnie mniej aniżeli zarządzający spółkami komunalnymi. I choć budżety w wielu miastach się nie dopinają, najchętniej przyznaliby sobie podwyżki. Tyle że ich ograniczają przepisy.
Cały tekst w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"