Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Wanda Zwinogrodzka,
28.06.2014 08:58

Krasnale zamiast nagrobków

Chyba nikt nie wątpi, że posłowie, którzy przegłosowali wotum zaufania dla doszczętnie skompromitowanego rządu, zrobili to w trosce o przyszłość swoich posad, a nie Rzeczypospolitej.

Chyba nikt nie wątpi, że posłowie, którzy przegłosowali wotum zaufania dla doszczętnie skompromitowanego rządu, zrobili to w trosce o przyszłość swoich posad, a nie Rzeczypospolitej. Posady są dobrem konkretnym i wymiernym, natomiast czym jest Rzeczpospolita, nie bardzo wiadomo.

Przynajmniej od czasu katastrofy smoleńskiej zdajemy sobie sprawę, że RP nie jest zdolna realizować podstawowych funkcji państwa, tj. ani nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa swoim obywatelom, ani też przestrzegać porządku prawnego, który jakoby w niej obowiązuje. Z ujawnionych ostatnio podsłuchów wynika, że nie ma tu właściwie rządu – podszywa się podeń zgraja łobuzów, zupełnie nieświadomych, jakie są obowiązki ministrów. Parlament także wydaje się bytem mocno iluzorycznym – w środę demonstracyjnie zlekceważył jedną z dwóch podstawowych powinności, jakie nakłada nań konstytucja. Zapisano w niej, że Sejm „sprawuje władzę ustawodawczą” oraz „kontrolę nad działalnością Rady Ministrów”. Naocznie można było się przekonać, że ta ostatnia jest fikcją.

Dlaczego ogórek nie śpiewa?

Oczywiście, nie ma sensu pytać, dlaczego rządząca formacja nie wypracowała żadnej wizji polskiego państwa. Z tego samego powodu, dla którego ogórek nie śpiewa. Jednak problem nie ogranicza się bynajmniej do skorumpowanej sitwy, która rozsiadła się w kluczowych instytucjach. Skoro od siedmiu lat konsekwentnie popiera ją niemała część wyborców, wolno podejrzewać, że także im owa wizja nie wydaje się do niczego potrzebna, przekracza horyzont ich wyobraźni. Również opozycja nie stara się takiej koncepcji wyartykułować. Uplątana w morderczą walkę wręcz na politycznym ringu koncentruje się na próbach odsunięcia przeciwnika od władzy w celu przeprowadzenia sanacji poszczególnych instytucji i obszarów życia publicznego. Taka aktywność jest bez wątpienia potrzebna i pożyteczna, ale – już teraz – niewystarczająca.

Oto bowiem gwałtownie przyspiesza proces rozkładu III RP. Kolejne coraz bardziej spektakularne afery i kryzysy wstrząsają sceną polityczną w coraz krótszych odstępach czasu. Skutkiem zapaści demograficznej oraz masowej emigracji Polska się wyludnia. Kapitał zaufania społecznego gwałtownie maleje, podobnie jak poziom identyfikacji z państwem, zanika też poczucie tożsamości narodowej. Wojna podchodzi pod nasze granice. W tych okolicznościach pytanie o cel i sens polskiej polityki, o rację stanu Rzeczypospolitej dramatycznie się aktualizuje, tymczasem opinia publiczna pochłonięta jest tropieniem spisku kelnerów. Pisze się u nas sporo o rosyjskich ambicjach imperialnych i niemieckich dążeniach do hegemonii w Europie. Wyobrażenia o roli, miejscu i przyszłości Polski pozostają więcej niż mgławicowe. Nasza myśl polityczna przeżywa regres głębszy niż za czasów komunizmu, gdy pielęgnowano ją przynajmniej w ośrodkach emigracyjnych: w paryskiej „Kulturze” czy londyńskim „Aneksie”.

Afazja polska

Winą za taki stan rzeczy z pewnością nie da się obciążyć wyłącznie polityków. Politycy bywają wizjonerami, ale nie muszą nimi być – ich domeną jest urzeczywistnianie wizji, własnej lub cudzej. Ta rodzi się w środowiskach intelektualnych, na gruncie poczucia wspólnoty zbiorowego losu, z woli pokierowania nim według własnych oczekiwań. I – jak się wydaje – tej właśnie woli współczesnym Polakom notorycznie brakuje. 

Od wielu miesięcy na łamach "Gazety Polskiej Codziennie" Przemysław Dakowicz publikuje cykl pt. „Afazja polska”, oparty na przekonaniu, że „Polska postkomunistyczna przypomina człowieka z afazją, czyli kogoś, kto w wyniku ciężkiej choroby lub traumatycznych doświadczeń utracił zdolność mówienia, kogoś, kto zamknął się w sobie i nie potrafi uwolnić się od tragicznych wspomnień”. O przyczynach tej ułomności Dakowicz pisze: „Dwa totalitaryzmy – niemiecki i sowiecki – działające planowo i konsekwentnie na rzecz całkowitego przemodelowania wewnętrznej struktury tego zbiorowego organizmu, odniosły sukces. Polska zapadła się w siebie, zamknęła w sobie, pogrążyła w ciemnych i krwawych wspomnieniach, a co najgorsze i najbardziej tragiczne – utraciła wiarę w to, że kiedykolwiek będzie możliwe podniesienie się z upadku, z upodlenia. Wybrała małą stabilizację, tzn. ucieczkę od pamięci, próbę zbudowania nowej świadomości oddzielonej grubą ścianą od tego, co w polskości nawarstwiało się przez wieki, co w niej źródłowe i pierwsze”.

Jeśli ta diagnoza jest prawdziwa, wyjaśnia, dlaczego myśl polska nie jest zdolna wykroczyć poza żałosne próby uwolnienia się od codziennych, lokalnych uciążliwości. Odcinając się od przeszłości, utraciła poczucie ciągłości, a tym samym i przyszłość. Utknęła beznadziejnie w teraźniejszości. Można rzec, że Polacy, pod wpływem makabrycznych doświadczeń XX w., poszli za wskazówką Leopolda Staffa z wiersza „Podwaliny”: „Budowałem na piasku / I zawaliło się. / Budowałem na skale / I zawaliło się. / Teraz budując zacznę / Od dymu z komina”. 
Przed 25 laty zamiast zmierzyć się z trudną przeszłością, uporządkować ją i na jej twardym gruncie wznosić niepodległość, zaczęliśmy od dymu z komina. Od ułudy, że przeszłość można odkreślić grubą linią. I teraz ta nasza niepodległość, tak jak dym, rozpływa się w powietrzu.

Całość artykułu w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane