W okowach biurokracji

W Polsce czas rozpocząć merytoryczną dyskusję dotyczącą zmian organizacyjno-funkcjonalnych administracji państwowej i samorządowej. Zainteresowanie opinii publicznej tym tematem nie oddaje wagi problemu.

Rozrastająca się biurokracja stanowi już, z jednej strony, poważne zagrożenie dalszego rozwoju Polski, a z drugiej wykorzystywana jest przez rządzące elity do budowy wzajemnych powiązań, pozwalających im na dalsze sprawowanie władzy. Politycy rządzącej partii widzą problemy, ale tylko wtedy, kiedy zmusi ich do tego opinia publiczna. Nasz kłopot polega na tym, że główne media to narzędzie w ich rękach. Nadzieją pozostaje niezależna kadra naukowa świadoma wagi problemu.

Biurokracja w statystyce

Liczba urzędników w Polsce przekracza wszelkie granice rozsądku. Administracja państwowa, jak i samorządowa (bez wojska i ZUS-u) w 1990 r. liczyła 158,6 tys. zatrudnionych, a w 2012 r. przeciętne zatrudnienie urzędników wyniosło już ok. 431 tys. osób. W ww. okresie wzrost administracji wyniósł 172 proc., co stanowi swoisty rekord marnotrawstwa funduszy publicznych, uwzględniając jakość pracy i skuteczność działania tej grupy na rzecz dobra wspólnego. Suma wynagrodzeń w administracji państwowej i samorządowej w 2012 r. wyniosła 22 mld zł.
Rozrost administracji publicznej jest procesem ciągłym. W latach 2005-2012 przybyło 63 tys. urzędników, tj. ponad 17 proc. Największy wzrost, blisko 23 proc., uwidocznił się w administracji samorządowej, administracja rządowa zaś przyrosła o 10 proc. przeciętne zatrudnienie w tych sektorach w 2012 r. wyniosło odpowiednio 248,6 tys. i 181 tys. osób. Suma wynagrodzeń w administracji państwowej i samorządowej w 2012 r. wyniosła 22 mld zł.

Rozrost administracji publicznej jest procesem ciągłym. W latach 2005–2012 przybyło 63 tys. urzędników, tj. ponad 17 proc. Największy wzrost, blisko 23 proc., uwidocznił się w administracji samorządowej, administracja rządowa zaś przyrosła o 10 proc. – przeciętne zatrudnienie w tych sektorach w 2012 r. wyniosło odpowiednio 248,6 tys. i 181 tys. osób.

Przeciętne wynagrodzenie urzędników publicznych (państwowych i samorządowych) w 2012 r. wyniosło 4,33 tys. zł miesięcznie. W sektorze prywatnym przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto, w tym samym roku, wyniosło 3,3 tys. zł, czyli o 32,4 proc. mniej niż pensja urzędnicza, a to przecież ta grupa składa się, płacąc podatki, na apanaże pracowników administracyjnych. Wzrost przeciętnego wynagrodzenia kadry urzędniczej w latach 2005–2012 wyniósł blisko 42 proc., w tym w administracji państwowej 37 proc., a samorządowej 48 proc.

Relacja władza III RP – administracja

Rozwój biurokracji powoduje rozrost etatyzmu. Urzędnicy mają coraz większy wpływ na różne obszary naszego życia. Sfera wolności jest ograniczana nowymi przepisami tworzonymi na potrzeby biurokratycznego systemu. System biurokratyczny jest korzystny dla establishmentu III RP, gdyż uzależnia od siebie znaczną armię ludzi wraz z ich rodzinami. Korzyści są obopólne – elity rządzące dają poczucie stabilizacji i relatywnie wysokie wynagrodzenia urzędnikom, a oni oddają głosy w wyborach na partie zapewniające im dalszą szansę istnienia i rozwoju. Wzajemna zależność elit III RP i urzędników nie bierze pod uwagę interesu państwa polskiego i obywateli, są to biznesowe, partykularne sieciowe powiązania. Do czego one prowadzą w skrajnych wypadkach, pokazał film „Układ zamknięty”, ale na co dzień urzędnicy uzależniają od swoich decyzji istnienie setek firm oraz życie milionów Polaków. Jednocześnie rządzące elity III RP w wpadkach błędów urzędniczych dają im ochronę prawną i wrażenie, graniczące z pewnością, braku odpowiedzialności karnej. Przepisy o odpowiedzialności materialnej urzędnika wydającego niezgodne z prawem decyzje są, jak pokazuje życie, przepisami martwymi.

Organizacja administracji
Struktura administracji w Polsce jest swoistą emanacją zmysłu organizacyjnego jej twórców. Występujący dualizm administracji państwowej i samorządowej jest trudno zrozumiały z punktu widzenia zasad zarządzania.

W Polsce mamy strukturę administracyjną szczebla centralnego, składającą się z: naczelnych i centralnych organów administracji oraz urzędów wojewódzkich z ich przedstawicielstwami terenowymi, oraz administrację samorządową składającą się z: województw, w tym urzędów marszałkowskich, powiatów i miast na prawach powiatów oraz gmin.  

Zorganizowanie dublujących się wojewódzkich jednostek czy powiatów jako szczebla pośredniego między strukturami wojewódzkimi a gminami prowadzi do rozmazywania odpowiedzialności, chaosu organizacyjnego, wydłużenia drogi i terminów podejmowania decyzji. Przepisy dotyczące gmin pozwalają na ustanowienie tzw. gminy wiodącej w wypadku realizacji wspólnych zadań. Powołanie powiatów spowodowało, że przepisy o związkach gmin stały się przepisami martwymi, gdyż zadaniem powiatów jest realizacja zadań przekraczających możliwości gmin. Budując powiaty, zastosowano drogie rozwiązanie pomimo posiadania już wcześniej narzędzia odpowiadającego lokalnym wyzwaniom.  

Tak zorganizowana administracja oraz liczba przepisów prawnych stanowiących uzasadnienie jej utrzymywania ogranicza inicjatywy gospodarcze Polaków. Praktycznie każdy projekt biznesowy musi przebrnąć, na różnych etapach, przez wiele decyzji administracyjnych czy uzyskać od kilku do kilkudziesięciu zezwoleń, co powoduje, że proste projekty urastają do rangi wręcz niemożliwych w realizacji i trwających miesiącami.

Czas na zmiany
Sytuacja finansowa, społeczno-gospodarcza oraz bezpieczeństwo państwa wymagają radykalnej zmiany. Konieczna jest merytoryczna dyskusja specjalistów z zakresu zarządzania, administracji państwowej i samorządowej oraz prawników. Na koalicję rządzącą PO-PSL nie ma co liczyć, gdyż jako emanacja establishmentu i jego interesu nie jest w stanie zaproponować niczego pozytywnego.

Najprostszą zmianą byłoby zmniejszenie przerostu zatrudnienia, wynikającego z nieustannego wzrostu administracji, w ciągu ostatnich 24 lat, na wszystkich jej szczeblach. Propozycja ta nie wyczerpuje wszystkich niezbędnych zmian, których celem powinno być uproszczenie drogi decyzyjnej, jasne przyporządkowanie odpowiedzialności oraz zmniejszenie kosztów funkcjonowania.

Uwzględniając głębsze zmiany, konieczne jest połączenie państwowych i samorządowych struktur wojewódzkich, gdzie w zależności od przyjętego modelu wojewoda byłby mianowanym przez rząd urzędnikiem realizującym delegację rządową, czy też władzą wybieraną w powszechnych wyborach z ustawowymi obowiązkami realizowania zadań państwowych i społecznych. Połączenie wyżej wymienionych jednostek uporządkowałoby decyzyjność i odpowiedzialność dublujących się obecnie struktur oraz umożliwiłoby dokonanie zmian efektywnościowych.

Należy rozważyć likwidację powiatów jako szczebla pośredniego pomiędzy województwem a gminą, pozostawiając oczywiście możliwość funkcjonowania tzw. gminy wiodącej do realizacji zadań o większym zakresie.

Zaprezentowana filozofia zmian mogłaby dać oszczędności na samych wynagrodzeniach od 5 mld zł do 7 mld zł rocznie i przynieść kolejne oszczędności w takich pozycjach kosztów, jak: najem budynków i ich utrzymanie, telekomunikacja, koszty biurowe, reprezentacyjne itp. Dodatkowo uwolniono by aktywa mogące podlegać sprzedaży, czy najmowi, które mogłyby stanowić dodatkowy dochód dla państwa.
Bez koniecznych zmian w obszarze administracji Polska będzie miała problemy w pokonaniu kolejnych etapów rozwoju i pozostanie państwem peryferyjnym. Wynika to z ponoszonych kosztów na funkcjonowanie jej struktur oraz z rozbudowanych w jej wnętrzu sieci klientelistycznych powiązań.
 

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

„Wojna” z USA na horyzoncie

Dziś Bułgaria kończy swoją prezydencję w Unii Europejskiej. W nocy z soboty na niedzielę formalnie stery w Unii przejmie Austria. Sofia swoje półroczne przewodnictwo w UE zaczęła z impetem.

Szef bułgarskiego rządu Bojko Borisow na swojej pierwszej konferencji prasowej skrytykował pomysły oddawania Polski pod unijny pręgierz i stosowania artykułu 7. Ba, nawet ostro zaatakował szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska. Premier Borisow w zasadzie wprost powiedział, że Bułgaria nie chce głosowania w sprawie Polski podczas swojej kadencji w Unii. Tyle że później Bułgaria ulegała naciskom z zewnątrz. Może nawet nie tyle Komisji Europejskiej, ile unijnego rozgrywającego, czyli Niemiec. Na posiedzeniach COREPER, czyli ambasadorów krajów członkowskich UE przy Unii, pod koniec bałkańskiej prezydencji dochodziło wręcz do utarczek między ambasadorami Rzeczpospolitej i Bułgarii.

Nowa oś. Tym razem z... Polską?

Teraz czas na Austrię. Między Warszawą a Wiedniem są sprawy, które nas dzielą, mamy też jednak trochę wspólnych interesów. Nie powinno być jednak złudzeń, które były obecne w polskich mediach oraz po części w obozie rządzącym, gdy premierem tego kraju – najmłodszym w Europie – został dotychczasowy minister spraw zagranicznych naddunajskiego gabinetu i lider austriackiej Partii Ludowej, 32-letni Sebastian Kurz. Uważano wtedy dość naiwnie (pamiętam pytania wielu dziennikarzy), że Wiedeń doszlusuje do Grupy Wyszehradzkiej. Było to typowe myślenie życzeniowe. Austria jest zbyt związana z Niemcami, by pozwolić sobie na taką gwałtowną zmianę sojuszy wewnątrz UE. Potwierdziła to w połowie tego miesiąca wizyta austriackiego premiera w Berlinie i jego bardzo koncyliacyjne spotkania z liderami CDU (kanclerz Angelą Merkel) i CSU (Horstem Seehoferem). Konserwatywnemu Kurzowi bliżej zresztą do bardziej konserwatywnej bawarskiej CSU niż centrowej i nijakiej w sprawach polityki imigracyjnej CDU. A to właśnie stosunek do inwazji imigrantów spoza Europy, głównie muzułmanów, jest czymś, co zbliża Polskę i Austrię. Można sobie
wyobrazić bliską współpracę MSW w Warszawie i Wiedniu, ale choć Kurzowi ideowo będzie bliżej do Morawieckiego, będzie się jednak politycznie bardziej trzymał sukienki Merkel.

Promowana przez najmłodszego szefa rządu w Europie koncepcja „osi chętnych” tworzy nadzieję na wspólny, realistyczny front wobec wyzwań związanych ze współczesną imigracją w Europie. Nie można jednak zapominać o tym, co różni oba nasze kraje. A tą sprawą jest, niestety, kwestia oceny praworządności w Polsce. Sebastian Kurz tuż po objęciu sterów rządu nad Dunajem skrytykował Polskę, zgodnie z obowiązującą w Europie Zachodniej chadecko-liberalno-lewicową polityczną poprawnością. Gdyby doszło do głosowania artykułu 7. na Radzie Europejskiej, to na rodaków cesarza Franciszka Józefa na pewno nie moglibyśmy liczyć.

Co jeszcze łączy Polskę i kraj nowej unijnej prezydencji? Mało kto o tym wie, ale... rolnictwo. A ściślej biorąc to, że zarówno nad Wisłą, jak i nad Dunajem jest procentowo największa w Unii Europejskiej liczba młodych rolników (do 35. roku życia)! Paradoksalnie na trzecim miejscu tej klasyfikacji jest państwo z bardzo niewielkim odsetkiem osób zatrudnionych w rolnictwie, czyli Niemcy (tylko 3 proc. obywateli RFN pracuje w tym sektorze).

Pragmatyzm państw czy ideologia Komisji?

Już pojutrze, w środę, odbędzie się w Brukseli hearing, czyli wysłuchanie w sprawie Polski i artykułu 7. Mało kto w naszym kraju zauważył, że jesteśmy już w nowej sytuacji strukturalno-politycznej. Dotychczas bowiem swoistym „dysponentem” artykułu 7 była Komisja Europejska. Zwykle, przy całym zniuansowaniu, zajmowała ona wobec rządu RP stanowisko bardziej krytyczne niż państwa członkowskie. Tymczasem na środowym wysłuchaniu zjawi się przedstawiciel Komisji Europejskiej (prawdopodobnie „człowiek jednego tematu” Frans Timmermans, który pewnie już do końca swojego życia będzie się kojarzył z antypolską obsesją). Ale reprezentant KE przedstawić ma tylko fakty, a nie dokonywać ocen. Ujrzenie towarzysza Timmermansa z politycznym kneblem na ustach jest rzeczą samą w sobie ciekawą. Głównymi aktorami brukselskiego wysłuchania mają być jednak kraje członkowskie. Oznaczać to będzie znacznie bardziej merytoryczny stosunek do oceny sytuacji w Polsce. O ile Komisja Europejska bywa ideologiczna, o tyle twarde realia polityki międzynarodowej nie pozwalają państwom członkom Unii na brak pragmatyzmu.

Coraz bardziej widać, jak kraje członkowskie UE dzielą się pod względem stosunku do Polski. I tak w awangardzie stawiania Rzeczypospolitej do kąta są państwa Beneluksu: Belgia, Holandia i Luksemburg oraz kraje skandynawskie, zwłaszcza Szwecja oraz Dania, w mniejszym stopniu Finlandia. Najbardziej natomiast możemy liczyć na państwa należące do Grupy Wyszehradzkiej i w nieco mniejszym stopniu na Bałtów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Komisja Europejska wykorzystuje swoje instrumenty nacisku, np. budżetowego, na mniejsze kraje, stawiając sojuszników Polski pod ścianą. Ostatnio najsłabszym ogniwem w tym łańcuchu solidarności z Polską okazała się Łotwa. To dość ryzykowna postawa kraju, który w ostatnich parunastu latach szczególnie intensywnie był oskarżany na forum organizacji międzynarodowych o brak poszanowania dla ludności rosyjskojęzycznej stanowiącej blisko połowę mieszkańców Łotwy. Czyżby Ryga chciała stracić sojusznika stale broniącego go na forum zewnętrznym?

Priorytet dla UE: „wojna” z USA, a nie „wojna” z Polską

Ostatnio jeden z dyplomatów na pl. Schumana w Brukseli, gdzie mieści się Komisja Europejska, zażartował do mnie, że sprawa artykułu 7 będzie się toczyć jeszcze ze 20 lat. I obie strony będą zadowolone: KE, bo nie odpuściła, a Polska, bo wciąż nie została ukarana. A co na to wszystko główni rozgrywający w Unii Europejskiej, Niemcy i Francja? Może to zabrzmieć jak paradoks, ale choć chcą postawienia Rzeczpospolitej, piątego co do wielkości kraju Unii, do politycznego kąta, nie traktują tej sprawy jako głównego wyzwania dla swoich interesów. Dużo bardziej zajmują ich chłodne relacje transatlantyckie. Na razie „zimna wojna” Unii z USA szczególnie osłabia pozycję Angeli Merkel w CDU, w koalicji CDU-CSU, wreszcie w rządzie nad Szprewą. Musi też jednak niepokoić prezydenta Macrona: we Francji może się przez to pogłębić kryzys gospodarczy. A Polska? Na forum unijnym nie dajemy się wciągnąć w żadną antyamerykańską awanturę. U naszych europejskich partnerów wywołuje to zgrzytanie zębów, a czasem nawet ledwo skrywaną wściekłość. Ale to już nie nasz problem.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl