Bóg na Majdanie

  

Ciemne sylwetki rysują się wyraźnie na tle ognia. Jaskrawy pomarańczowy poziomy pas, jak nienaturalnie przybliżony horyzont, rozświatla całą środkową część telewizyjnego ekranu. Ludzie pochylają się, podnoszą z wysiłkiem opony, kilka kroków rozbiegu, potężny obrót zza siebie i rzut. Widoczne przez moment koło, znika w rozświetlonej części obrazu. 

Co jakiś czas kadr nieruchomieje, bo internetowy przekaz nie jest doskonały. Postacie, w stopklatce, zastygają na moment w dramatycznych gestach, by znów po chwili ruszyć. Ale dźwięk płynie nieprzerwanie. Na tle jednostajnego śpiewu, zniekształconego przez nagłośnienie, suche pojedyńcze strzały, gdzieś dalej echo wybuchu petardy czy racy. Docierają słowa - „Hospody pomyłuj” i „Sława Isusu Chrystu”. Majestatycznie płynąca pieśń - modlitwa, jako ścieżka dźwiękowa do walk na barykadzie - scena godna Francisa Forda Coppoli. Z małą różnicą - nie jest to film. To dzieje się naprawdę. Jest środa 19 lutego - Kijów. We wtorek zginąło prawie 30 osób, w czwartek, na Majdanie snajperzy zabiją dwukrotnie więcej.
 
Sława Bohu! Sława Ukrainie!

Modlitwa była obecna od początku protestu. Nieustannie trwa tuż obok barykad, na majdanie, gdzie jeden z namiotów pełni rolę kaplicy. Na scenie wiszą stale ikony. Stanowią nieodłączny element przekazu, widoczny na wszystkich ujęciach kamery pokazującej estradę. O każdej pełnej godzinie w nocy do mikrofonu podchodzi kilku duchownych i intonuje modlitwę. Wśród nich są prawosławni, grekokatolicy, katolicy, baptyści. Nocą, wśród inych modlitw, odmawiany jest różaniec. W dramatycznych momentach na barykadach widać sylwetki duchownych z ikonami i krzyżami w rękach. Stuła zarzucona na panterkę, sutanna i kask na głowie, nikogo nie dziwią. Wśród kapłanów są też polscy dominikanie. Ojciec Jacek Dudka w czwartek wysłał esemesa: „Wzięliśmy stuły i idziemy na majdan”. Bracia w białych habitach, chodzą na majdan codziennie. W intencji pokoju na Ukrainie odmawiają różaniec, niektórzy tam nocują. Ojciec Petro Bałog, Ukrainiec, został nawet nieformalnym kapelanem jednej z sotni Samoobrony. Protestującym rozdał tysiące obrazków z podobizną patrona Ukrainy i Kijowa św. Michała Archanioła i tekstem: „Święty Michale Archaniele, pomagaj nam!”. Gdy 18 lutego Berkut spalił kaplicę na majdanie, bracia napisali, że towarzyszy im „wielkie poczucie bólu i bezradności”. „Trzeba się modlić i nie dać się zwyciężyć złu, ale zwyciężać dobrem i braterską miłością” – mówił po dotarciu na majdan o. Dudka. Gdy przekazywał te informacje, zaznaczył, że snajperzy wciąż strzelają do przypadkowych ludzi: w głowę, szyję i serce.

Majdan stale rozbrzmiewa modlitwą za zmarłych. W nocy, po czwartkowej masakrze, jakoś o trzeciej nad ranem, na scenę wchodzi młody chłopak z barykady. Na głowie czarna wełniana czapka, na niej kask, panterka, plecak. Opowiada, że przez te kilkanaście dni, pośród ognia i gęstego, czarnego dymu, na barykadzie, stojąc w błocie, w tej piekielnej scenerii, doświadczył więcej miłości niż w całym swoim życiu. Głos mu się łamie, niepewnie odsuwa się od mikrofonu, na pożegnanie rzuca jeszcze szybko: „Sława Bohu - sława Isusu Chrystu!”. Kolejne świadectwo. Chłopak zaczyna po ukraińsku, ale idzie mu z trudem, jąka się, wreszcie wzruszony przeprasza: „Siostry i bracia, szanowne zgromadzenie, będę mówił po rosyjsku”. Chłopak ten wie, że choć mama nie nauczyła go języka, choć jest ze wschodniej części kraju to jest Ukraincem. Jest na majdanie od początku i po tym wszystkim co się stało, chce przekazać bardzo ważną rzecz. Prosi wszystkich, by mimo tylu zabitych, mimo bólu, uchronić serca od nienawiści.

„Sława Bohu! Sława Ukrainie!” 

Dawid Wildstein relacjonuje z majdanu, że gdy wciąż przynoszono zwłoki dwudziestoletnich chłopaków, a czasem i dziewczyn, przy barykadzie na Hreszczatyku zatrzymano autobus żołnierzy wojsk wewnętrznych. Tłum otoczył pojazd. Rozbito część szyb. W środku młodzi, przerażeni chłopcy, niektórzy płakali. Ścisk wokół pojazdu. Ludzie krzyczeli „Na Majdan!” Autobus ochraniał tylko kordon bojowników Majdanu. Nagle odwrócił się jeden z członków kordonu i wrzasnął „Chłopcy! Tak nie wolno, Wy chrześcijanie! My chrześcijanie”. Na dach autobusy wspiął się ojciec Paweł, bohater barykad. Wzniósł drewniany krucyfiks w górę a potem zaczął błogosławić. Złapani żołnierze opuścili bezpiecznie pojazd. Nikt nie ucierpiał. Ani jedna ręka nie wzniosła się z kamieniem.

Niebiańskie sotnie 

Oglądam relację dalej. Prowadzący ze sceny przypomina, że na majdanie obowiązuje „suchyj zakon”. Majdan nie pije. Docierają wiadomości z różnych miast. Wśród nich również SMS: „Odzyskaliśmy piętnaście ton brązu - w naszym mieście upadł pomnik Lenina". Po chwili jakaś dziewczyna przekazuje słowa francuskich dziennikarzy: „Ukraina uważa, że potrzebuje Unii Europejskiej. Nic bardziej błędnego! To my - powtarza słowa Francuzów - starzejąca się Unia, wypłukana z wartości i idei, potrzebuje Ukrainy! Tej Ukrainy, jaka objawiła się na majdanie”.  

W sobotę rano, zanim w Wierchownej Radzie nastąpiły decydujące głosowania, na estradę wciągnięto olbrzymi krzyż. Wśród duchowych jest katolicki biskup. Zaznacza, że ten krzyż, poświęcony przez Jana Pawła II, pielgrzymuje po różnych kontynentach, odwiedza miasta całego świata. W sobotę, na trasie peregrynacji akurat wypadł Kijów. Od tego ranka kamera internetowej telewizji Espreso TV pokazuje na przemian sceny z majdanu i z sali parlamentu. Następują po sobie kluczowe głosowania. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Decyzje Rady wywołują na majdanie entuzjazm. Wieczorem jesteśmy świadkami uroczystości pogrzebowych. Rodzi się jakiś nowy sakralny - świecki rytułał. Wysoko niesione otwarte trumny, zdaje się płyną na morzu tysięcy głów. Wszystko migocze, bo noc rozświetlają latarki, w które zamieniły się telefony komórkowe. Olbrzymie zgromadzenie wstrząsane jest okrzykami „Bohaterowie nie umierają” a na scenie prowadzący, politycy i duchowni, przyklekają na jedno kolano. Potem znów modlitwa na przemian z okrzykami „Sława!!!”. W pogrzebowej pieśni duchowni wyliczają cnoty - bohater, patriota i imiona: Aleksjej, potem Bogdan. Kapłan ogłasza że zmarli właśnie dołączyli do „niebiańskiej sotni”. Nad trumnami politycy i bojownicy majdanu ślubują. Padają słowa o potrzebie odnowy moralnej. Ofiara życia poległych ma stać się zaczynem duchowej przemiany. 

Światłość Ukrainy

Przypominam sobie słowa Jana Pawła z kijowskiej homilii z 24 czerwca 2001 roku: „Ziemio ukraińska, skąpana w krwi męczenników, dziękuję Ci za przykład wierności Ewangelii, który dałaś chrześcijanom na całym świecie!” Dla uczestników, obserwatorów, Ukrainców z zachodniej i wschodniej części, majdan staje nowym aktem założycielskim państwa i narodu. Tak jak Solidarność zaskoczyła świat, opierając się na fundamencie wiary, tak dziś w ten sam sposób zaskakuje Kijów. Zdzisław Złotkowski, uczestnik strajku w sierpniu 1980 r., tak wspominał pierwszą mszę w Stoczni. - Gdy część strajkujących, którzy opuścili teren Stoczni, zobaczyła ile ludzi stoi przy ołtarzu - wrócili. Podobnie opisuje sytuację w Nowej Hucie, Mieczysław Gil, przewodniczący Komitetu Strajkowego. „Kiedy na ogromnej hali trzy tysiące ludzi klęczy i modli się, wiedziałem że jest czystość tego ruchu. Solidarność, bezinteresowność, trzeźwość, samoorganizacja, wzajemna troska i życzliwość sprawiły, że Polacy zobaczyli się lepszymi niż sami o sobie sądzili”. Dziś wydarza się to na Ukrainie, nie tylko na majdanie. Bez odniesienia do Boga nie byłoby to możliwe. Nadaje to rewolucji ukraińskiej, zupełnie nowy wymiar. Tęsknota za życiem moralnym, godnym, bez korupcji, pogardy, bez kłamstwa, łączy się z potrzebą wiary. Wezwanie polskich biskupów do postu i modlitwy w intencji Ukrainy otwiera w nas tę samą sferę, której doświadczają ludzie majdanu. Oby sprawdziły się słowa Jana Pawła II z kijowskiej homilii: „Kijów odegrał w pewnym sensie rolę «poprzednika Pana» wśród licznych ludów, do których orędzie zbawienia dotarło właśnie stąd.(…) «Światłością Ukrainy» bądź ty, Kijowie! Stąd wyruszali głosiciele Ewangelii". 
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

Cuda i codzienność

  

Dnia 9 listopada 2018 r. po południu, równo dwa dni przed 100. rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości, pewne było właściwie chyba tylko jedno. Że na warszawskim rondzie Dmowskiego stawi się rekordowa liczba uczestników marszu. Nie wiedzieliśmy jeszcze na pewno, o której godzinie ruszy marsz, kto pójdzie na jego czele ani kto będzie głównym organizatorem.

Wystarczyć musiała nam wiedza, że ustępująca prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz odejść postanowiła z hukiem, według niektórych obaw godnym samego Nerona. Wydała więc bezprawną decyzję o zdelegalizowaniu demonstracji na kilka dni przed jej wymarszem z centrum miasta na postawie widzimisię uzupełnionego kilkoma przesłankami natury subiektywnej lub pozaprawnej. Spotkało się to z krytyką nawet części środowisk liberalnych, inne przyjęły rzecz z zachwytem, prezydent zaś brnęła. Od razu jednak oczywiste było, że wydany przez nią zakaz zmobilizował nie tylko narodowców, lecz również środowiska prawicowe i patriotyczne skupione wokół PiS i zwykłych, niezorganizowanych uczestników imprezy, którzy kolejny raz poczuli, że oto liberałowie odbierają im święto.

Lawina więc ruszyła

Gronkiewicz-Waltz pogodziła grupy, którym przecież coraz mniej ostatnio (jeśli nie od zawsze) było po drodze. Narodowcy na PiS patrzą przecież co najmniej nieufnie, ostatnio głównie z powodu statystyk o przyjeżdżających do Polski imigrantach ekonomicznych, lecz przecież i wcześniej istniało kilka punktów zapalnych, choćby z racji polityki wobec Izraela, USA czy Ukrainy. W drugą stronę padały, często uzasadnione, oskarżenia o prorosyjskość, często wręcz o agenturalność. Jedna konferencja Hanny Gronkiewicz-Waltz i nagle olbrzymia większość przestaje na te kwestie zwracać uwagę, biało-czerwone flagi przykrywają prawie wszystkie pęknięcia, przynajmniej na dole. Choć, nie oszukujmy się, nie wszędzie. W komentarzach w mediach społecznościowych spory nie ustają, ustać zresztą nawet nie powinny – tyle że, jak już wiemy, nie przekłada się to na samą atmosferę marszu. Gdy narodowcy skandują od czasu do czasu hasła atakujące dzisiejszych rządzących, reszta zwyczajnie ich nie podchwytuje. I tyle, koniec tematu.

Zanim jednak tak się to na ulicach Warszawy potoczyło, trwały negocjacje między stroną rządową a narodowcami mające na celu wypracowanie takiej formuły imprezy, by świętować, nie obawiając się prezydent miasta z zapałkami. Oczywiście rozmowom towarzyszył twitterowy klangor, w którym padały oskarżenia o przejmowanie przez PiS imprezy, na której sukces pracował ktoś inny (w pewnym stopniu zasłużone, o czym pisałem już w innych tekstach), o to, że dzieje się to zbyt późno (całkowicie zasłużone), wreszcie ostrzeżenia, że pociągnie to za sobą duże straty wizerunkowe, ponieważ na konto władzy pójdzie niemożliwy do ogarnięcia i upilnowania przekaz imprezy. Z punktu widzenia polskich patriotów wszystkie te obawy i pretensje zostały nakryte czapkami niczym kontrmanifestacja Obywateli RP. Ulicami stolicy przeszło, według oficjalnych danych, ćwierć miliona ludzi. Możliwe, że było ich jeszcze więcej. Pochód rozlewał się na sąsiednie ulice, biało-czerwony był i Nowy Świat, i równoległe do Alej Jerozolimskich Smolna, Nowogrodzka, zapewne również bardziej oddalone drogi. Niektórzy gonili czoło marszu, inni po prostu na chwilę chcieli odpocząć od ścisku i powolnego tempa.

Towarzyszyły im i race, i huk petard, słowem wszystko, co co roku przeraża krytyków imprezy, tworząc zarazem jej niepowtarzalny klimat utrwalony na tysiącach fotografii.

Wcześniej jeszcze najmocniej ze wszystkich wybuchów eksplodował hymn Polski z tysięcy gardeł. Marsz 11 listopada miał swoją moc, musiał być potężnym, niezapomnianym doświadczeniem, przy którym kwestie politycznych różnic czy treści części transparentów nie będą miały we wspomnieniach większego znaczenia.

Oni i tak powiedzą to samo

Zdominują one natomiast, i to było do przewidzenia, przekazy medialne z góry nastawione na pokazanie „polskich faszystów”. Charakterystyczny – i dość sprytny – był model informowania o przebiegu obchodów w niedzielnych „Faktach” TVN. Jeśli reporterzy tej stacji czekali na jakieś krwawe lub płomienne zajścia z Warszawy, nie doczekali się, trzeba było więc wymyślić inną formułę. Zamiast więc wyłącznie straszyć, postawiono na przekaz przewrotnie pozytywny. Wydarzeniem dnia nie był ćwierćmilionowy marsz budzący zachwyt, szacunek lub grozę, ale liczne, na ogół sympatyczne, jak najbardziej godne sympatii i szacunku, ale rozdrobnione lokalne obchody. Po pokazaniu kilku lub kilkunastu takich wydarzeń nagły kontrast z wielką imprezą państwową, która jakoby rozleciała się na dwa oddzielne marsze. Jeden oficjalny, o którym właściwie niczego się nie mówi, i ten drugi, na którym pojawiły się niebezpiecznie radykalne przekazy i delegacja włoskich faszystów. Dziennikarze nadający dla zagranicy lub z zagranicy w podobne niuanse bawić się nie musieli, tak więc mieliśmy już obraz 200 tys. nacjonalistów maszerujących dziarsko z błogosławieństwem prezydenta i premiera, a do tego ramię w ramię z armią. Ta zresztą była w ostatnich dniach kolejnym straszakiem. W widzach próbowano wzbudzić strach poprzez sugerowanie, że większa niż zwykle obecność wojska na ulicach zapowiada jakieś siłowe rozwiązania. Czy to wobec narodowców, czy przeciwnie, miłośników konstytucji Kwaśniewskiego – straszący nie mogli się zdecydować.

Oczywiście do niczego takiego nie doszło

10 i 11 listopada wydarzyły się w Polsce trzy cuda. Jak czytelnicy „Gazety Polskiej Codziennie” wiedzą, przed rocznicą pojawiały się głosy, również mój, że zapowiadane wydarzenia i obchody wydają się niewspółmierne do wymiaru świętowanej rocznicy. Być może, taką chciałbym mieć nadzieję, głosy te podziałały na odpowiedzialnych za politykę historyczną mobilizująco. Niektóre elementy rocznicy trzymane były w tajemnicy niemal do końca, jak imponujący koncert na Stadionie Narodowym w przeddzień 11 listopada. Widowisko zarazem historyczne i nowoczesne, przygotowane znakomicie od strony wizualnej i repertuarowej, porywająca podróż przez 100 lat niepodległości, w której (nie licząc obowiązkowej Maryli Rodowicz) udało się uniknąć obciachu i ducha PRL. Jak klamrą początek i koniec obchodów, przestrzeń wypełnioną wydarzeniami państwowymi, spięły dwa widowiska ze Stadionem Narodowym w tle. Koncert i niesamowity pokaz fajerwerków, który rozświetlił niebo nad Warszawą, zapierając dech w piersiach obserwujących. Takiego rozmachu chyba jeszcze u nas nie widziano. I w innej konfiguracji politycznej pewnie by nie zobaczono. To cud pierwszy. Cud drugi to fakt, że wbrew obawom i wielu „życzliwym kibicom” stronom udało się porozumieć w sprawie wspólnego marszu. Wreszcie – sam marsz. Bez większych incydentów, w skali adekwatnej do wydarzenia, jakie upamiętniał. Z politycznymi hasłami, które niknęły w ogólnej wrzawie, w hymnach i oddawaniu czci bohaterów. Gdzie ludzie, których w wizji Polski nie łączy być może wiele, ale którzy tego dnia poszli, jeśli nie razem, to przynajmniej obok siebie – dla jednej sprawy. Trudno tu uniknąć patosu, ale w pewnych sytuacjach i momentach unikanie patosu nie jest najważniejsze. Nie wydarzył się cud czwarty. Obraz, jaki ma zobaczyć z 11 listopada świat, pozostał wykoślawiony. Coś musi zastąpić przecież biało-czerwone fasady budowli na całym świecie. Zamiast odpocząć po święcie, trzeba więc znów prostować kłamstwa i manipulacje. Ale to dobrze, przynajmniej wiemy, ile jeszcze przed nami pracy, by w kolejnych latach znów było co świętować.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl