„Obłęd 44” – czyli jak NIE powinno się pisać o historii...

Przedstawiamy tekst Kazimierza Krajewskiego, historyka IPN, opublikowany w najnowszym, listopadowym numerze "Biuletynu Informacyjnego Armii Krajowej".

Na ogół pisząc w naszym „Biuletynie” o książkach, zajmujemy się tymi pozycjami wydawniczymi, które cenimy i chcielibyśmy je polecić czytelnikom zainteresowanym najnowszą historią Polski. Tym razem jest jednak inaczej. Z głęboką niechęcią siadłem do nakreślenia paru słów o książce, która jest przykładem tego, jak o historii pisać się nie powinno
.
 
Książką tą jest „Obłęd, 44 – czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie”, pióra Piotra Zychowicza, autora znanego dotychczas ze zręcznej publicystki oraz książeczki „Pakt Ribbentrop – Beck”, lokującej się bardziej w kategorii fantastyki niż w tak modnej dzisiaj tzw. historii alternatywnej. Przez całe lata historycy na rządowym, PRL-owskim garnuszku udowadniali, że Powstanie Warszawskie, militarnie skierowane przeciw hitlerowskim Niemcom, politycznie uderzało w politykę Związku Sowieckiego w Europie Środkowej. Zychowicz pragnie udowodnić, iż było inaczej, że dowódcy Armii Krajowej podejmując decyzję o zbrojnym wystąpieniu w stolicy Polski w gruncie rzeczy działali pod dyktando Józefa Stalina.
 
            Mimo że Piotr Zychowicz jest z wykształcenia historykiem, napisana przez niego, a omawiana tu książka, nie jest pracą historyczną, nie ma też charakteru pracy naukowej. Jest pozbawiona aparatu naukowego, autor zaś nie wysila się, by budowane przez siebie tezy i oceny ludzi oraz zdarzeń, formułowane niekiedy w sposób bardzo karkołomny, w przekonujący i wiarygodny sposób udowodnić na podstawie wiarygodnych źródeł. Zasadnicze tezy jego książki, o których wspomnimy za chwilę, są udokumentowane albo bardzo słabo, albo wcale. Zychowicz nie ma na ich podtrzymanie żadnych materiałów archiwalnych, żadnych wiarygodnych dowodów. Cały jego wywód jest w zasadzie zręczną żonglerką słowami, niekiedy prowadzoną w sposób błyskotliwy, nie ma jednak nic wspólnego z warsztatem pracy historyka. Dość powiedzieć, że autor przygotowując pracę na temat tak ważny, jakim jest geneza wybuchu Powstania Warszawskiego i ocena tego wielkiego zrywu wolnościowego Polaków, a w szerszym ujęciu – także całościowa ocena Armii Krajowej – nie korzystał z żadnych archiwów!!! Ograniczył się do sięgnięcia jedynie po powszechnie dostępne, opublikowane edycje źródeł, które dość licznie wykazuje w bibliografii. Na napisanie dzieła, traktującego o wspomnianych tematach, porywają się zazwyczaj ludzie, którzy przez całe życie naukowe, lub przynajmniej jego sporą część, pracowali nad nimi. Powstanie Warszawskie 1944 roku to przecież jedno z najważniejszych i zarazem najtragiczniejszych wydarzeń w całej naszej najnowszej historii. Waga tematu wymaga nie tylko ogromnej wiedzy, ale też rozważnego i rozumnego podejścia, głębokiego przemyślenia i starannego udokumentowania wysuwanych tez. Zychowicz potrzebował zaledwie około roku, by przedstawiwszy wizję polsko – niemieckiego porozumienia anno 1939 w książeczce „Pakt Ribbentrop – Beck”, w „Obłędzie 44” „uporać” się z problematyką Armii Krajowej i Powstania Warszawskiego. Trudno oczekiwać, by tekst napisany w takim pośpiechu mógł mieć większą wartość, w tym przypadku przecież nie naukową, a jedynie w wymiarze intelektualnym.
 
Sprawy wielkie i ważne wymagają staranności i rzetelności, a przecież tych standardów nie spełnia tekst nakreślony w takim pośpiechu, niejako „na kolanie”. Chyba, że nie chodzi o wiedzę i prawdę, ale o chwilowy rozgłos… i związany z nim zysk ze sprzedaży intensywnie nagłaśnianej i reklamowanej książki. Ciekawe, czy autor w ogóle zastanawiał się, jak wielkie spustoszenie w świadomości młodych czytelników wywoła jego „Obłęd”. Wątpię, by książka ta skłoniła młodych ludzi do krytycznej refleksji nad dziejami ojczystymi. Językiem potoczystym i obrazowym, ale często wręcz niestosownym – może wzbudzić u odbiorcy nieprzygotowanego przede wszystkim niechęć a nawet pogardę do pokolenia akowskiego – ludzi, którzy w szeregach Armii Krajowej „na stos rzucili swojego życia los...”. A wraz z nim, także i los swej stolicy.
 
Scharakteryzujmy pokrótce, jak wyglądają zasadnicze tezy Piotra Zychowicza sformułowane w „Obłędzie 44”. Postrzega on historię Polski w latach II wojny światowej, z działaniami Armii Krajowej i ich finałem w postaci akcji „Burza” oraz Powstania Warszawskiego włącznie, jako jedno pasmo wręcz zbrodniczych błędów, popełnianych przez Polaków, a raczej przez ich przywódców. Wojenna historia Polski i jej podziemnej armii w tej optyce sprowadza się do generalnej tezy, że wszystkim nieszczęściom, jakie spadły na Polskę i Polaków w latach II wojny światowej, winni są oni sami. Autor uważa – i stara się o tym przekonać czytelników, że gdyby sternicy polskiej nawy państwowej i przywódcy Polski Podziemnej nie popełniali ustawicznie błędów, historia potoczyłaby się inaczej, w sposób znacznie korzystniejszy dla naszego kraju. W ów przedziwny sposób rozumowania wprowadzają nas już dosłownie pierwsze słowa książki – mianowicie jej motto – cytat z wypowiedzi Winstona Churchilla „Nie ma takiego błędu, którego Polacy by nie popełnili” Czerpanie motta z wypowiedzi człowieka, który Polskę najpodlej zdradził, jest moralnie obrzydliwe; brytyjski premier doskonale służył swojemu krajowi, ale w stosunku do Polski okazał się człowiekiem nieuczciwym. Przyjęcie takiego punktu widzenia jest bezmyślnym dostosowaniem się do optyki naszych sojuszników, którzy najpierw nas zdradzili, a następnie „umywali ręce”, twierdząc, że to nie oni są winni.
 
Zychowicz widzi i opisuje skutki błędów, popełnianych przez polskich przywódców, ale nie stara się zrozumieć, jakimi motywacjami i jaką wiedzą się kierowali. A że były to błędy – to wiemy dzisiaj my współcześni, po latach, gawędząc sobie o polityce i historii, siedząc w wygodnych fotelach. Tak surowo oceniani przez Zychowicza liderzy Polskiego Państwa Podziemnego tej wiedzy nie mieli, zatajono przecież przed nimi, na życzenie prezydenta USA Roosevelta, ustalenia z Teheranu i kolejne elementy relacji aliancko-sowieckich. Nasi dawni, nierzetelni sojusznicy do dziś chcą wierzyć, że w stosunku do naszego kraju realizowali tylko to, co było „koniecznością dziejową”, wynikającą z naszych, polskich błędów (a także z ich zobowiązań wobec Stalina – płacili za nie przecież nie ze swego konta, ceną była wolność Polski, Litwy, Łotwy, Estonii i innych krajów środkowej Europy).
 
Angielski historyk Jonatan Walker postrzega Polskę jako kraj zdradzony – zob. jego praca „Polska osamotniona. Dlaczego Wielka Brytania zdradziła swojego najwierniejszego sojusznika” (Kraków 2010), polski historyk Piotra Zychowicz widzi tylko polskie błędy i ośmiela się formułować nawet zarzut zdrady wobec jednego z czołowych dowódców Armii Krajowej.
 
Przyjęcie zychowiczowskiej tezy, że „Polacy sami są sobie winni…” w gruncie rzeczy prowadzi także do przyjęcia optyki naszych przeciwników spod znaku czarnej swastyki i czerwonej gwiazdy. Przypomnijmy sobie chociażby komunikaty niemieckiej propagandy, z których wynikało, że swym „zbędnym cierpieniom”, tj. represjom stosowanym przez aparat przymusu III Rzeszy, winni są sami Polacy, ulegając podszeptom „Londynu i Moskwy” (patrz „plakaty śmierci”, w których o ludobójczych represjach pisano jako o karze za wystąpienia „polskich bandytów na żołdzie Londynu i Moskwy”). Wspomnijmy też propagandę sowiecką, z której wynikało, że nie było żadnych działań antypolskich, lecz jedynie „wymierzenie sprawiedliwości dziejowej” i sprawiedliwe ukaranie winnych „antysowieckiej działalności” (czyli polskiej działalności niepodległościowej); czy też komunistyczne wydawnictwa, w których znajdziemy frazy mówiące o dowództwie AK jako o „podpalaczach Warszawy”.
 
            Zasadniczą tezą Piotra Zychowicza w kwestii Powstania Warszawskiego jest wskazanie na generała Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka”, „Kobrę”, jako na człowieka, który swymi działaniami doprowadził do podjęcia przez Komendę Główną AK decyzji o rozpoczęciu wystąpienia zbrojnego w stolicy. W gruncie rzeczy jest to teza słuszna. Okulicki, wysłany drogą lotniczą do kraju przez ówczesnego Naczelnego Wodza gen. Kazimierza Sosnkowskiego, jako cichociemny, z jedyną misją – ograniczenia tendencji powstańczych i przekreślenia możliwości wybuchu powstania w Warszawie, postąpił wbrew otrzymanym instrukcjom. Zachował się dokładnie na odwrót, niż zobowiązał go gen. Sosnkowski. Zychowicz nic nowego jednak tu nie wymyślił. Sprawa roli, odegranej przez gen. Okulickiego w związku z Powstaniem jest od dawna znana i opisana. Publikował na ten temat w Londynie i w kraju wybitny działacz ruchu narodowego, Jan Małachowski (Jeden z rozdziałów swej rozprawki zatytułował nawet „Niedźwiadek czy Kobra?” – ze wskazaniem na „Kobrę”), a z badaczy zagranicznych Jean F. Steiner w pracy „Warszawa 1944” (wydanej w Polsce po raz pierwszy jeszcze „za komuny” poza cenzurą, wznowionej legalnie w 1991 r.). Można jedynie dziwić się klakierskiemu harmiderowi, jaki zapanował wśród historyków młodszego pokolenia, w tym niestety także i wśród moich kolegów z IPN (nawet tych związanych z opcją piłsudczykowską – powstańczą) w związku z publikacją Zychowicza. Zasadnicza myśl nie była jego autorstwa, znano ją od dawna. Zychowicz ubrał ją jedynie w formę, brutalną i miejscami niestosowną dla człowieka z wykształceniem historycznym, ale widać taki sposób pisania o sprawach ważnych odpowiada dzisiejszym elitom.
 
Istotne jest jednak to, co Zychowicz pisze o motywacjach, jakimi jego zdaniem kierował lub mógł się kierować gen. Leopold Okulicki. To rzeczywiście pewne novum w dotychczasowej literaturze tematu. Wysuwa mianowicie cztery hipotezy, wszystkie nieudokumentowane, pozostające w sferze domniemań i, w gruncie rzeczy, nieuprawnione.
 
            Pierwsza z nich, „optymistyczna” (klasyfikacja tez wg Zychowicza) głosi, że gen. Leopold Okulicki „pchając Komendę Główną AK do Powstania Warszawskiego, chciał zmazać plamę na honorze oficera, jaką było jego zachowanie w sowieckim więzieniu cztery lata wcześniej”. Rzeczywiście, z pozorów sądząc, gen. Okulicki zachowywał się w śledztwie po aresztowaniu we Lwowie w czasie pierwszej okupacji sowieckiej – dziwnie miękko. Surowo osądzający go Zychowicz nie zadał sobie jednak trudu, by postarać się sprawdzić, co z tego, co zeznał generał, NKWD i tak już wcześniej wiedziało z donosów agentury i zeznań innych aresztowanych konspiratorów (można pokusić się o to chociażby pracując na materiałach sowieckich już publikowanych). Przecież Okulicki, wystawiony przez agenta NKWD – oficera ZWZ znanego jako „Waldy Wołyński”, był od chwili przekroczenia granicy pomiędzy GG i strefą okupacji sowieckiej dokładnie namierzony przez sowieckie służby specjalne. NKWD znało każdy jego krok i każdy lokal, z którego korzystał. Czy w tej sytuacji można mówić, że „zasypał” coś, o czym sowieci i tak już doskonale wiedzieli? A on widział, że oni wiedzą – i prowadził z nimi grę, znaną niemal każdemu aresztowanemu przez służby komunistyczne. Zychowicz, kompletnie nie rozumiejąc specyfiki miejsca i czasu (Lwów i Moskwa – Łubianka anno 1941), zniża się do tak skandalicznie niskiego poziomu merytorycznego i moralnego, jaki zaprezentował ostatnio prof. Romanowski z Krakowa, wypisujący w pewnej gazecie niestworzone wręcz brednie na temat postawy rotmistrza Witolda Pileckiego w śledztwie prowadzonym przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego.
 
Druga teza – „pesymistyczna”. Gdy generał dostał się do Warszawy, jakoby „został namierzony przez sowiecki wywiad, który polskie podziemie miał przecież znakomicie zinfiltrowane”. Zdaniem Zychowicza, znalazł się pod presją oficerów NKWD, mógł być przez nich szantażowany (Zychowicz uważa, że sowieci mogli szantażować go jego „miękką” postawą w śledztwie w 1941 r.). W rzeczywistości sprowadza to postać tragicznego generała do statusu „agentury wpływu”.
 
            Teza trzecia – „fatalna” – według Zychowicza gen. Okulicki mógł być „pożytecznym idiotą”, osobą rozgrywaną z wykorzystaniem nadmiernych ambicji i w efekcie manipulowaną przez sowieckie służby specjalne. Zatem znów w grę wchodziłaby „agentura wpływu”.
 
Czwarta teza – „katastrofalna”, według której, zdaniem Zychowicza, „Leopold Okulicki był sowieckim agentem”. I dwa wiersze dalej: „Był agentem albo agentem wpływu”. Dodajmy, zwerbowanym jeszcze w 1941 r. Prócz spekulacji intelektualnych, zapewne nie dla wszystkich przekonywających, Zychowicz nie ma ani jednego dokumentu, ani jednej relacji na potwierdzenie tej tezy. Zdając sobie sprawę ze słabości tego „błyskotliwego” wywodu, dla wsparcia swej teorii Zychowicz chwyta się nawet wywoływania duchów. Mianowicie powołuje się na wypowiedź nieżyjącego prof. Pawła Wieczorkiewicza, który jakoby miał w jednym z wywiadów skłaniać się właśnie ku tej wizji, tak dalece dla gen. Okulickiego niekorzystnej. Tyle tylko, że ów fragment wywiadu nigdy nie został opublikowany i zmarły profesor nigdy go nie autoryzował, a także nie sformułował publicznie owej hipotezy. Można wątpić, czy profesor istotnie kiedykolwiek wypowiedział tego rodzaju zarzut pod adresem ostatniego dowódcy Armii Krajowej. Rozumowanie, zaprezentowane przez Piotra Zychowicza, nie ma nic wspólnego z warsztatem pracy historyka; jeśli można je do czegoś porównać, to raczej do stylu żurnalisty piszącego w prasie brukowej (nie musi być prawdziwe, wystarczy żeby gwarantowało rozgłos).
 
            Nakreśliwszy swe cztery hipotezy i opluwszy generała zamordowanego przez sowietów, Zychowicz tak jak Piłat umywa ręce – twierdząc, że nie wie która z nich jest prawdziwa. Zapewne w grę wchodzi także i zrozumiały strach przed procesem o naruszenie dóbr osobistych, który mogłaby mu wytoczyć rodzina generała. Autor „Obłędu 44” wydaje się nie dopuszczać możliwości, że żadna z jego hipotez nie jest trafna!
 
            Wspomniany już Jan Matłachowski, kreując obraz odpowiedzialnego za wybuch powstania w Warszawie gen. Okulickiego jako zdradzieckiej „Kobry”, a nie poczciwego „Niedźwiadka” – nie odmawiał mu jednak motywacji szlachetnych i ideowych. Matłachowski znał chyba wszystkie wybitne postacie z „polskiego” Londynu i wojennej emigracji, rozsianej w szerokim świecie, wiele z nimi rozmawiał na temat kulis wybuchu powstania. Miał informacje ze znacznie lepszych źródeł, niż wspomniany duch prof. Wieczorkiewicza, „wywołany” przez Piotra Zychowicza. Matłachowski uważał, że gen. Okulicki, mając świadomość niekorzystnych rozstrzygnięć, jakie w sprawie polskiej podjęli przywódcy sprzymierzonych mocarstw, w przeciwieństwie do gen. Sosnkowskiego – uważającego, że w tej sytuacji trzeba „zwijać sztandary” i przygotowywać się na ciężkie czasy – chciał jeszcze raz zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę. Zdaniem Matłachowskiego gen. Okulicki uważał, że wywołanie w Warszawie prawdziwego powstania, w którym „ulice spłyną krwią”, a miasto legnie w gruzach – zmusi naszych wielkich sojuszników do zmiany postępowania. Że walka i tragedia Warszawy poruszy sumienie wolnego świata. Okazało się jednak, że się przeliczył, że w wielkiej polityce sumienie i względy moralne w ogóle nie wchodzą w grę. Liczą się wyłącznie interesy wielkich mocarstw, tych które „rozdają karty”. Rozumowanie Okulickiego okazało się, niestety, błędne i przyniosło narodową tragedię. Nie ma w nim jednak elementów zdrady czy głupoty. Pod pewnymi względami było to rozumowanie racjonalne – wolność i całość Polski warta jest przecież największych ofiar.
 
Zychowicz nie bierze też w ogóle pod uwagę czynnika psychologicznego, jakim jest ideowa przynależność osób podejmujących decyzję o rozpoczęciu walki w Warszawie do „pokolenia legionowego”, do grupy piłsudczyków – legionistów. Gen. Leopold Okulicki i „szara eminencja” KG AK, gen. Grzegorz Pełczyński – to legioniści z pierwszej Brygady, a kolejny „rozgrywający” omawianą sytuację – pułkownik Jan Rzepecki – to peowiak (członek POW). To przedstawiciele zbiorowości charakteryzującej się wielkim napięciem ideowym, zbiorowości która w 1914 r. usiłowała wywołać najbardziej nieracjonalne w dziejach Polski powstanie, do którego na szczęście nie doszło! Chodzi tu o pewien sposób myślenia, o wolę tworzenia faktów dokonanych wbrew wszelkim niesprzyjającym okolicznościom i nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi. Zapewne każdy z nich miał inne powody, by dążyć do podjęcia walki w Warszawie. Pułkownik Rzepecki, człowiek piłsudczykowskiej lewicy, był zwolennikiem dogadywania się z sowietami. Pewnie sądził, że lepiej będzie się prowadziło negocjacje z komunistami ze stolicy wyzwolonej przez polską Armię Krajową. Trudno powiedzieć, czym kierował się Pełczyński – być może jedynie piłsudczykowską wolą czynu, niekoniecznie głęboko przemyślanego.
 
Ale przedmiotem rozważań Zychowicza jest przede wszystkim generał Okulicki. I tu, oprócz gołosłownego „gdybania”, nie zdobywa się on na jakikolwiek poważniejszy wysiłek badawczy. Wierząc, że tragiczny generał był marionetką w rękach sowieckich służb specjalnych lub wręcz ich agentem, Zychowicz nawet nie próbuje ustalić, jak wyglądały kontakty polityczne Okulickiego przed lotem do okupowanego kraju. Nie ma pojęcia, z kim liczył się on w polskim Londynie, kto mógł mieć na niego wpływ. Czy np. nie był naciskany przez jakieś polskie emigracyjne gremia polityczne. Nie wie, jak wyglądały jego relacje z ludowcami Mikołajczyka czy z ludźmi związanymi z gen. Andersem. Nie starał się nawet dotrzeć do źródeł brytyjskich, które mogłyby wnieść wiele do tej sprawy. Wiadomo przecież, że gen. Okulicki był typowym oficerem liniowym, raczej wykonawcą niż kreatorem zdarzeń, człowiekiem o dość nieskomplikowanej osobowości. Autor „Obłędu 44” nie ma jednak najmniejszego pojęcia o kontaktach i powiązaniach gen. Okulickiego z osobami i środowiskami, które mogły wpływać na jego decyzje i działania. Nie stara się rozwikłać tajemnicy, kto w Londynie – i w jaki sposób – rozgrywał z gen. Okulickim sprawę jego stosunku do wystąpienia powstańczego w Warszawie, dodajmy – stosunku niezgodnego z zaleceniami najwyższych polskich władz wojskowych i sprzecznego z założeniami planów militarnych Armii Krajowej i ideą akcji „Burza”. Ale to przecież także tylko nieudokumentowane „gdybanie”, najbardziej prawdopodobna wydaje się „psychologiczna” teoria Jana Matłachowskiego, w której generał Okulicki, ukształtowany przez legionową formację ideową, jawi się jako człowiek stawiający w „grze o Polskę” wszystko na jedną kartę. I przegrywający z kretesem swe rozdanie ...
 
Jeszcze kilka uwag na temat zasadniczych tez książki Zychowicza. Powstanie Warszawskie, jego zdaniem „.. nie było dowodem na potęgę Polaków – było dowodem ich słabości. Dowodem na to, że jesteśmy narodem, który można wyrzynać całkowicie bezkarnie” (str. 366). Ciekawe, co napisałby autor tych słów, gdyby Powstania nie było i gdyby Niemcy ewakuowali ludność Warszawy, wywożąc ją po części na roboty w miastach Rzeszy, na rzeź pod bombami alianckimi (np. w „żywcem spalonym” Dreźnie), a po części do obozów koncentracyjnych. A Warszawę przekształciliby w improwizowany węzeł obronny, obracający się stopniowo w kupę gruzów w trakcie walk, które żołnierz niemiecki prowadził przecież mistrzowsko nawet w okrążonych i odciętych od głównych sił Wehrmachtu miastach (patrz – Kołobrzeg, Wrocław, na końcu Berlin). Zapewne wówczas zarzuciłby oficerom z Komendy Głównej AK kunktatorstwo, niedołęstwo oraz nieodpowiedzialność i być może znów wywiódłby tezę o słabości Polaków, których „można wyrzynać całkowicie bezkarnie”. Tylko tym razem inaczej by ją uzasadniał (przecież AK miała w mieście „takie” siły w konspiracji i nic nie zrobiła by ratować stolicę …).
 
            I dalej wywodzi Zychowicz: „Gdyby nie było powstania, Polska byłaby dzisiaj innym, lepszym państwem. Bardziej przypominającym II Rzeczpospolitą niż – jak obecnie – PRL. Bez Powstania dzisiejsza Polska byłaby bardziej polska”. Zatem skoro już uprawiamy rozważania o historii właściwą dla Piotra Zychowicza metodą „gdybania” – trzeba postawić pytanie, czy bez tak krytykowanego Powstania w Warszawie – Polska w ogóle by istniała jako odrębny twór administracyjny, nawet tak kaleki i niesuwerenny, jakim była rządzona przez dyktaturę komunistyczną PRL? Wielokroć przywoływany przez Zychowicza prof. Paweł Wieczorkiewicz w jednym ze swych tekstów dotyczących Powstania (wystąpienie w Centralnej Bibliotece Wojskowej) wysuwał tezę, w której dopuszczał, że wydarzenia rozgrywające się nad Wisłą w sierpniu i wrześniu 1944 r. przesądziły, iż Polska nie stała się 17 republiką sowiecką. Zmarły profesor opierał się w tym wypadku na wypowiedziach zawartych w relacjach niektórych „polskich” działaczy komunistycznych. Nie trzeba chyba przekonywać naszych czytelników, że ludziom tym kompletnie nie zależało na istnieniu Polski jako odrębnego bytu i w gruncie rzeczy wielu spośród nich bardziej by odpowiadało zarządzanie w imieniu Stalina nie PRL-em a „polską republiką sowiecką”, tą siedemnastą. Gdyby tak się stało, nasza obecna kondycja państwa byłaby wielokroć gorsza, niż ta, która jest spuścizną po PRL-u.
 
I jeszcze jedna uwaga z kategorii „gdybania”. Gdyby nie było hekatomby Powstania Warszawskiego w 1944 r., mimo wszystko chlubnie wpisującej się w dzieje II wojny światowej, mielibyśmy zapewne w roku 1956 kolejny zryw niepodległościowy, zakończony masakrą podobną do węgierskiej, albo jeszcze od niej gorszą. Zychowicz, tak narzekający na „głupotę Polaków”, nie zauważył, że świadomość ogromu ofiar powstania sierpniowego stała się dla nas naturalnym hamulcem działań emocjonalnych na kolejne lata opresji, tym razem komunistycznej. Gdyby Polacy chwycili w 1956 r. za broń, tak jak Węgrzy, bez wątpienia pozostaliby podobnie jak oni osamotnieni – tyle że bez austriackiej granicy, za którą setki tysięcy Węgrów uciekło po przegranej.
 
Zychowicz ustawicznie w swych wywodach podpiera się przemyśleniami i zapożyczeniami z jednego z największych polskich pisarzy, Józefa Mackiewicza. Nie zauważa jednak tych elementów jego twórczości, w których pisarz ten stwierdza, że „dobór słów jest sprawą bardzo ważną”. Zychowicz ze słowami kompletnie się nie liczy. W sferze języka zniża się do stylu telewizyjnych celebrytów i polityków, którzy lubują się w epatowaniu czytelników, widzów oraz słuchaczy radykalnymi sformułowaniami, niezgodnymi z kulturą słowa, niezasadnie przypisywaną ludziom ich stanu. Akcja „Burza” zdaniem Zychowicza – „… była samobójstwem. Komenda Główna Armii Krajowej wydała NKWD rzesze patriotycznie nastawionej polskiej młodzieży. Był to największy akt denuncjacji do komunistycznych służb bezpieczeństwa w historii. Dokonał go generał Bór-Komorowski i oficerowie z jego otoczenia. Ludzie, którym dzisiaj w Polsce stawia się pomniki”.
 
 Cóż, nawet jeśli uważamy, że akcja „Burza” była błędem, to posługujmy się innymi słowami. A Zychowicz pisze dalej, że to „najbardziej haniebny epizod historii”, że  akcja „Burza” jego zdaniem, w ogólnej ocenie jest „upokarzająca”. Operacja „Ostra Brama”, próba opanowania polskimi siłami Wilna, to zdaniem Zychowicza „niedorzeczny plan”. Powołując się na niezidentyfikowanych relatantów twierdzi, że bój o Wilno „to był horror” – „oficerowie pędzili ich naprzód bez żadnego sensu i skoordynowanego planu ...”  (tak pisze polski historyk o operacji bojowej polskich sił zbrojnych, będącej przykładem niesłychanego wręcz poświęcenia i ofiarności!). Dramatyczna próba wynegocjowania przez ppłk Aleksandra Krzyżanowskiego porozumienia wojskowego z dowództwem sowieckim to dla Zychowicza „szopka”. W innym miejscu Zychowicz twierdzi, że żołnierze specjalistycznych agend AK, którzy polegli, działając zgodnie z zaleceniem aliantów podczas działań na rzecz frontu wschodniego, oddali życie nie za Polskę, ale za Związek Sowiecki (chodzi tu m.in. o sprawę poległych z siatki wywiadu dalekiego zasięgu kryptonim „Pralnia”). Albo kolejny passus: „Podczas drugiej wojny światowej Polski broniła wroga, znienawidzona przez całe społeczeństwo armia. [...] Polski bronił Wehrmacht. Każdy pocisk wystrzelony przez żołnierza Wehrmachtu na froncie wschodnim w stronę Armii Czerwonej był pociskiem wystrzelonym w obronie Polski. Spowalniał bowiem sowiecki marsz w stronę Rzeczypospolitej”. Cóż na to odpowiedzieć – no, chyba jednak nie każdy.
 
Zychowicz w swym proniemieckim oratorstwie zapędza się do zanegowania sensu całego niemal wysiłku zbrojnego Armii Krajowej („...na terenie Generalnego Gubernatorstwa zamiast do niemieckich przywódców strzelano do szeregowców, żandarmów, urzędników czy gestapowców niskiego szczebla. Ludzie ci stanowili bowiem najłatwiejszy cel. Można ich było spotkać w knajpach, na ulicach czy dworcach. Od wielkiego dzwonu udawało się zabić jakąś większa figurę [...]. Zysk z takich zamachów dla sprawy polskiej był żaden, a koszty ogromne”). Zychowicz,  pisząc te słowa potwierdza, że nie wie, czym było Kierownictwo Dywersji (KEDYW) i na czym polegała prowadzona przez tę strukturę planowa akcja przeciw okupantowi. Nie wie, że prawie każda z tych lekceważonych przez niego gestapowskich, żandarmskich czy urzędniczych „płotek” – bo tak postrzega np. szefów niemieckiego aparatu represji w skali powiatu czy dystryktu – to byli zbrodniarze, którzy w pełni zasłużyli na śmierć z rąk akowców. Zychowicz dobiera fakty pod tezy, które chce udowodnić. Bezlitośnie np. krytykuje akcję specjalnej organizacji dywersyjnej AK na wschodzie krypt. „Wachlarz”. Zapomina jednak, że władze brytyjskie uzależniły od jej uruchomienia dotowanie działań polskiego podziemia, a uzyskane znaczące kwoty dowództwo AK przeznaczyło na zgoła inne cele niż „Wachlarz”...
 
Nawymądrzawszy się na temat bezsensu działalności Armii Krajowej, Zychowicz nie kreśli jednak własnej wizji, jak Polacy powinni postępować w warunkach okupacji niemieckiej. Gdzieś tam między wierszami można dostrzec ślad tęsknoty za porozumieniem niemiecko – polskim, którego nigdy nie było, lub przynajmniej za polską biernością wobec niemieckiego okupanta. Tyle tylko, że III Rzesza Adolfa Hitlera nie miała dla Polski i Polaków żadnej akceptowalnej propozycji politycznej. Miała natomiast przejrzystą wizję urządzenia tej części Europy – i dla nas w zasadzie nie było tam miejsca. Zatem może jednak trzeba było się bić, nawet wówczas, gdy sprawa nasza była przegrana, a Polska zdradzona – przegrywając tak wiele przynajmniej uratowaliśmy honor.
 
            Zychowicz zrównuje Armię Krajową, ochotniczą armię obywatelską, z Armią Sowiecką złożoną z niewolników Stalina! – Pisze mianowicie: „Na całym świecie były tylko dwie armie [...] które całkowicie nie liczyły się z życiem swoich żołnierzy. Były to Armia Krajowa i Armia Czerwona. O ile jednak Stalin posyłał na pewną śmierć na wpół piśmiennych mużyków i odurzonych wódką Azjatów, Komenda Główna AK posłała na pewną śmierć najwspanialsze polskie pokolenie. Dzieci z inteligenckich, najbardziej patriotycznych rodzin, przyszłą elitę państwa i narodu”. Nie będę polemizował z Zychowiczem i starał się przekonywać go, że akowcy z rodzin chłopskich i robotniczych byli równie patriotyczni jak ich inteligenccy koledzy, i że oni także stanowili elitę i przyszłość polskiego narodu... Może ktoś napisze w przyszłości pracę naukową, dotyczącą społecznego pochodzenia poległych żołnierzy AK – ciekawe na ile okaże się ona zbieżna z wynurzeniami autora „Obłędu 44”. Porównanie Armii Krajowej z Armią Czerwoną Stalina wydaje się tak haniebne, że także nie będę z nim polemizował.
 
            Zychowicz na każdym miejscu eksponuje bezsens powstańczego zrywu i brak powodzenia militarnego działań AK. Trwająca 63 dni epopeja walczącego miasta została, jego zdaniem, przegrana już w pierwszych godzinach walki (zero sukcesu – nic nie osiągnięto, tak jakby nie było funkcjonowania na znacznym, wyzwolonym obszarze niepodległej Polski – przez dwa miesiące!). Absurdalnie minimalizuje straty niemieckie do tysiąca sześciuset poległych (z jakich źródeł korzystał?). Dowódcy AK – gen. Bór-Komorowski, gen. Chruściel, gen. Pełczyński i gen. Okulicki przedstawiani są przez Zychowicza w groteskowy sposób (kontuzjowany „Bór”, całkowicie bierny – tylko się modli, Okulicki – „zadekował się w jakimś mieszkaniu i pił wódkę”, Chruściel – „miotał się próbując dowodzić (z jakim skutkiem, widzieliśmy powyżej)”). Autor nie ma odrobiny litości dla przegranych... Zapewnia czytelników o swym szacunku dla żołnierzy AK, powstańców z Warszawy, ale nie szczędzi żadnej okazji, by „wbić im szpilę”. Pisze – „Jest tajemnicą poliszynela, że podczas Powstania rozstrzeliwano powstańców za gwałty na ludności”. Nie ma w tym względzie żadnych skrywanych tajemnic, sprawy patologii występujących w funkcjonowaniu kilkudziesięciotysięcznej armii powstańczej złożonej, prócz „starych” akowców, także z nowego, ochotniczego elementu zupełnie przypadkowego opisywano jeszcze w czasach głębokiej komuny (zob. dzieła Podlewskiego; kilkanaście lat temu świetną rozprawę doktorską na ten temat napisał J. Marszalec). Po co więc pisać jakieś bzdury o rzekomych tajemnicach, dotyczących zdarzeń o znaczeniu w sumie marginalnym?
 
Nie chce się przywoływać kolejnych nieścisłości, nonsensów i bzdur zawartych w pracy Zychowicza. Skoro Powstanie Warszawskie dla niego to Obłęd 1944, można spodziewać się zatem, że napisze kolejne „dzieła” dotyczące dziejów ojczystych. Ponieważ nasze narodowe zrywy wolnościowe zawsze podejmowane były w momencie dla nas niekorzystnym, ich tytuły mogą brzmieć np.: Powstanie Listopadowe – „Paranoja 1830–1831”, Powstanie Styczniowe – „Szaleństwo 1863”, epopeja legionowa zapoczątkowana próbą wywołania powstania w Kongresówce – „Schizofrenia 1914”.
 
Sposób postrzegania historii i pisania o niej, zaprezentowany przez Zychowicza jest dla mnie absolutnie nieakceptowalny. Tak nie powinno się pisać o sprawach ważnych i wielkich. Tak nie wolno pisać o historii swego kraju. Nie powinno się siadać do pisania o historii, gdy nie nauczyło się jeszcze czynić tego bez obrażania postaci z przeszłości, gdy nie umie się pojąć ich rozumowania i motywacji. Jeśli się tych umiejętności nie opanuje – cała pisanina pozostanie wymądrzaniem się elokwentnego i popisującego się młokosa.
 
            Dla mnie wyznacznikiem ocen związanych z Powstaniem Warszawskim, którego wszak nie jestem entuzjastą – są słowa wypowiedziane przez Delegata Rządu na Kraj, wicepremiera Jana S. Jankowskiego „Sobola” w przemówieniu radiowym 1 września 1944 roku – „Chcieliśmy być wolni i wolność sobie zawdzięczać ...”.

Polecamy bieżący numer "Biuletynu Informacyjnego Armii Krajowej", którego tematem przewodnim jest Honor: biuletyn-ak.pl

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

Kto ma pamiątki z sypania polskiej Mogiły Mogił?

Muzeum Historyczne Miasta Krakowa przygotowuje wystawę poświęconą historii kopca Józefa Piłsudskiego na krakowskim Sowińcu (zwanego też polską Mogiłą Mogił, ponieważ złożono w nim ponad 4,5 tysiąca ziem z całego świata, gdzie ginęli oraz byli mordowani walczący o niepodległość swej ojczyzny Polacy) i szuka pamiątek związanych z jego sypaniem w latach 1934-1937.

Jeżeli ktoś ma fotografie, pocztówki i inne dokumenty związane z sypaniem kopca, a także jest w posiadaniu pisemnych bądź ustnych relacji uczestników budowy tego nietypowego pomnika niepodległości oraz jego odnawiania po 1980 roku, proszony jest o zgłoszenie się w najbliższą niedzielę od godziny 14.00 do 16.00 w Domu Zwierzynieckim. Wystawa pt. „Kopiec pamięci” zostanie otwarta w 104. rocznicę wymarszu Pierwszej Kompanii Kadrowej z Oleandrów, czyli 6 sierpnia br. i potrwa do 27 stycznia 2019 roku. Jako przewodniczący Komitetu Opieki nad Kopcem Józefa Piłsudskiego przy Towarzystwie Miłośników Historii i Zabytków Krakowa w pełni popieram apel Muzeum, z którym współpracujemy przy kreowaniu tej ekspozycji.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl