Resortowe dzieci

Dlaczego salon tak nienawidzi idei IV RP? Dlaczego tak się przed nią broni, sięgając po najbrudniejsze ze znanych nam metod? Impulsem do takich działań jest strach. Nie jest bowiem przypadkiem, że w „naszych mediach” – parafrazując słynne powiedzenie Andrzeja Wajdy – kluczową rolę odgrywają dzieci funkcjonariuszy służb specjalnych PRL‑u i PZPR-owskich bonzów.

Składając wiele lat temu wniosek do Instytutu Pamięci Narodowej „Funkcjonariusze służb specjalnych PRL‑u”, nie przypuszczałam, że dotrę do prawdziwych założycieli III RP. Ze zdumieniem odczytywałam kolejne znajomo brzmiące nazwiska osób, które dziś zawiadują najważniejszymi dziedzinami życia publicznego. To samo czułam, gdy czytałam w sądzie akta procesu Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego – tam także przewija się plejada osób, które doskonale znamy ze świata medialnego.

Atak na Zbigniewa Romaszewskiego

W ostatnich dniach byliśmy świadkami obrzydliwego ataku na Zbigniewa Romaszewskiego w związku z odszkodowaniem, które przyznał mu sąd za represje, jakim był poddany w czasach PRL‑u. Jednym z najgorliwszych w nakręcaniu spirali nagonki na wybitnego działacza opozycji, byłego więźnia systemu komunistycznego, był Andrzej Morozowski z TVN24. Morozowskiego cechuje wyjątkowa niechęć do IV RP i polityków PiS‑u. Czy wynika to z jego wychowania i tradycji rodzinnych? Niewykluczone, biorąc pod uwagę fakt, że jego ojciec Mieczysław Morozowski (wcześniej nazywał się Jodek Mordka) był działaczem młodzieżówki Komunistycznej Partii Polski. W czasie wojny przebywał w ZSRS – po jej zakończeniu trafił do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a następnie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Czy ataki TVN‑u na Antoniego Macierewicza nie biorą się stąd, że w raporcie z weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych ujawnił zaangażowanie wojskowej bezpieki w FOZZ i podał nazwy konkretnych firm? Jak czytamy w raporcie: „miały [one] uczestniczyć w powołaniu przedsięwzięcia telewizyjnego”, o którym mieli rozmawiać późniejsi twórcy TVN‑u Jan Wejchert i Mariusz Walter.

Jedną z najbliższych współpracowniczek Janiny Chim, skazanej w aferze FOZZ‑u, była Renata Pochanke, której nazwisko pojawia się w aktach procesu FOZZ‑u. Jej córka Justyna Pochanke, dziennikarka TVN‑u, z wielkim zaangażowaniem zajmowała się m.in. raportem z weryfikacji WSI. „Czy ten raport jest groźny? ” – dopytywała na antenie TVN‑u.

Grzebanie w życiorysach

Po informacji podanej przez Cezarego Gmyza, że Lucyna Tuleya, matka sędziego Igora Tulei, służyła w SB, rozpętało się piekło, że prawica grzebie w życiorysach. Raban podniósł Tomasz Lis, ten sam, który opublikował pełen insynuacji artykuł na temat śp. Rajmunda Kaczyńskiego, ojca Lecha i Jarosława Kaczyńskich.

Dlaczego redaktor naczelny „Newsweeka” tak nienawidzi prawicy? Być może wynika to z jego rodzinnych uwarunkowań i osobistych doświadczeń. Tomasz Lis – syn prominentnego działacza PZPR‑u, dyrektora Stacji Hodowli Zwierząt, oraz – jak wynika z dokumentów IPN‑u – najbliższy krewny jednego z tajnych współpracowników Wojskowej Służby Wewnętrznej – w latach 80. w ramach praktyk studenckich był w NRD na Uniwersytecie im. Karola Marksa w Lipsku. Tam u „przyjaciół” poznawał tajniki dziennikarstwa i nauk politycznych.

Obecna żona Tomasza Lisa, Hanna Lis, jest córką Waldemara i Aleksandry Kedajów, którzy znaleźli się na liście Stefana Kisielewskiego („Kisiela”) opublikowanej w 1984 r. i obejmującej najgorliwszych dziennikarzy reżimowych PRL‑u.

Waldemar Kedaj był m.in. dziennikarzem „Trybuny Ludu”, korespondentem PAP‑u, m.in. w Rzymie. Do pracy w Agencji został skierowany przez Zarząd Główny Związku Młodzieży Socjalistycznej. Powierzono mu tam funkcję kierownika działu zagranicznego. W latach 1970–1972 był korespondentem w Hanoi. Wyróżniał się zaangażowaniem partyjnym – był członkiem egzekutywy PZPR‑u w PAP-ie. Według akt służb specjalnych PRL‑u został zarejestrowany jako kontakt operacyjny „Mento”.

Nad grzebaniem w życiorysach ręce załamują redaktorzy „Polityki”, której naczelny Jerzy Baczyński według akt SB został zarejestrowany jako tajny współpracownik komunistycznych służb specjalnych ps. Bogusław. Podobnie zresztą jak Daniel Passent, który najgłośniej krzyczy w sprawie sędziego Tulei, a który – co wynika ze znajdujących się w IPN-ie dokumentów – został zarejestrowany jako TW „John” i „Daniel”.

Zamach na sędziowską niezawisłość

Po opublikowaniu przez „Gazetę Polską Codziennie” informacji, że po przejściu na resortową emeryturę mjr Lucyna Tuleya została tajnym współpracownikiem służb specjalnych PRL‑u, larum podniosła „Gazeta Wyborcza” i jej medialne przybudówki. Snuto wizję zastraszania sędziego, z godziny na godzinę budowano napięcie. Miało się wrażenie, że lada moment bojówki PiS‑u (złożone najpewniej z byłych agentów CBA) porwą sędziego Tuleyę i będą go okrutnie przesłuchiwały. Bańka pękła po tym, jak sam sędzia przyznał, że nie czuje się zastraszany i żadnej ochrony nie potrzebuje. Schemat działania w tej sprawie do złudzenia przypominał to, co wyczyniała „GW” w związku ze śmiercią Barbary Blidy, rzekomym inwigilowaniem dziennikarzy czy innymi „zbrodniami” IV RP.

Sztandarowe działania „Gazety Wyborczej”, czyli atakowanie lustracji, raportu z weryfikacji WSI, posługiwanie się przy tym kłamstwem i manipulacją, mają uzasadnienie w życiorysach ludzi pracujących w piśmie Adama Michnika. Przyczyny ideologiczne to jedynie dodatek do wstydliwie skrywanych faktów, które wydają się prawdziwym powodem przyjęcia przez „GW” takiej taktyki. Dziś już wiadomo, że „Gazecie Wyborczej” nie o samą ideologię chodzi – okazało się bowiem, że w archiwach służb specjalnych PRL‑u zachowały się dokumenty na temat tajnych współpracowników, którzy po 1989 r. byli związani z „GW”.

Niektórzy z nich mieli korzenie w KPP, a później w komunistycznych służbach specjalnych. Wystarczy przywołać szefa portalu Wyborcza.pl (gdzie pokazują się „newsy” mające kluczowy wpływ na informacje dnia). Mowa o Edwardzie Krzemieniu, byłym redaktorze „GW”. Jest on synem Ignacego Krzemienia, który jako obywatel sowiecki w latach 30. walczył w Hiszpanii w XIII Brygadzie. Była to jednostka zorganizowana przez Komintern i sowieckie służby bezpieczeństwa – NKWD. Po wojnie pracował w komunistycznym aparacie represji, a później w MSZ-ecie.

Z kolei publikujący na łamach „GW” Michał Komar to syn gen. Wacława Komara. Późniejszy generał już jako kilkunastoletni chłopak przeszedł szkolenie w NKWD i brał udział w zabójstwach tajnych współpracowników Policji Polskiej na mocy wyroków KPP. Po wojnie został m.in. szefem wywiadu cywilnego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i Korpusu Bezpieczeństwa Publicznego.

Na pomoc sędziemu Tulei ruszyła także Monika Olejnik. Co ciekawe, jej ojciec, płk Tadeusz Olejnik, pracował razem z mjr Lucyną Tuleyą w Służbie Bezpieczeństwa – razem byli funkcjonariuszami Biura „B” MSW PRL. On zajmował się m.in. „ochroną” ambasad, ona – pracą z agenturą w środowisku personelu ambasad.

Stara nienawiść

Wiem, jaka będzie reakcja na mój artykuł. Podniesie się krzyk, że robię zamach na niezawisłość sędziowską, że grzebię w życiorysach. To nic nowego. Przez lata słyszeliśmy, że powinniśmy wybrać przyszłość, a od przeszłości odciąć się grubą kreską. Te hasła głosili przede wszystkim ci, którzy wiedzieli, co kryją archiwa służb specjalnych PRL‑u. Za wszelką cenę nie chcieli dopuścić do tego, by ujrzały one światło dzienne. W tym kontekście zrozumiałe stają się ich wściekłe ataki na pierwszą lustrację przeprowadzoną przez Antoniego Macierewicza, ministra spraw wewnętrznych w rządzie Jana Olszewskiego, a później ich nienawiść do Instytutu Pamięci Narodowej i jego działalności. Wystarczy przywołać ogrom plugastw wylanych na prezesa IPN‑u śp. prof. Janusza Kurtykę właśnie za to, że był nieprzejednanym antykomunistą. Stąd ta nienawiść i nawoływanie do zamknięcia IPN‑u. Jednak mimo zaangażowania machiny propagandy i „autorytetów” archiwa zostały otwarte. I wielkie dzięki za to Panu Bogu oraz ludziom, którzy do tego doprowadzili.

Zawarte w artykule informacje pochodzą z książki Doroty Kani i Macieja Marosza pod redakcją Jerzego Targalskiego, która ukaże się jesienią br.
 

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

Pod dachami Paryża

Próbuję wytłumaczyć znajomej Francuzce awanturę o zatrzymanie przez policję chłopaka z plecakiem podczas miesięcznicy smoleńskiej. Dziewczyna nie rozumie, skąd lament pięknoduchów – obrońców wolności?

Facet, który w Paryżu odmówiłby policji okazania dokumentów i zawartości plecaka, ląduje w mgnieniu oka na glebie, a potem skuty kajdankami czeka na pobranie odcisków. Dlaczego tak się dzieje? – Paryż nie przypomina już tego miasta, którym kiedyś był. Zagrożenie i walka z potencjalnymi zamachami stały się częścią rzeczywistości – mówi dziewczyna.

W dniu odlotu do Warszawy samolot wystartował z ponadgodzinnym opóźnieniem. Wstrzymano ruch, bo zidentyfikowano potencjalne zagrożenie. Po oczekiwaniu na płycie lotniska samolot zaczął kołować, alarm odwołano. Znamienna była reakcja międzynarodowego towarzystwa na pokładzie. Nikt nie utyskiwał, nie skarżył się. Ludzie już przywykli.

Ale wśród konsekwencji związanych z napływem muzułmańskich imigrantów są i te, które moją rozmówczynię dotknęły osobiście. Kilka lat temu w porządnej dzielnicy wynajęła mieszkanie. Od pewnego czasu zauważyła, że wielu sąsiadów wyprowadza się, a nowi to przybysze z krajów arabskich. W końcu i ona dostała propozycję odstąpienia mieszkania. Z czasem propozycje stały się bardziej nachalne, potem zaczęły przypominać groźby. Jej adwokat sprawdził, że dom i cały kwartał zarządzany jest przez potentata od nieruchomości o wdzięcznym imieniu Ali. W Paryżu przejmowanie rynku nieruchomości przez firmy arabskie i praktyka rugowania białych stają się zjawiskiem nagminnym. Dziewczyna zdecydowała się na dochodzenie praw lokatorskich na drodze sądowej. Ale nawet jeśli wygra, wie, że będzie żyła we wrogim otoczeniu. Podziwia Polskę za konsekwentną odmowę przyjmowania imigrantów i nie pojmuje, że właśnie ci, którzy dziś robią z faceta z plecakiem ofiarę policyjnej przemocy, najgłośniej domagają się otwarcia granic dla tak zwanych uchodźców.

Udostępnij

Tagi
Najnowsze opinie

Skończyć z bezradnością

Jak wyjść z kryzysu

Bohater Kaczyński

Rząd pomaga realnie

Tureckie standardy we Francji

III RP – strefa dyskomfortu

Wzrost notowań Prawa i Sprawiedliwości po tzw. sądnym tygodniu potwierdza, że wyobcowanie liberalnych elit zaszło daleko. Nie działają ideowopolityczne kalki, z pomocą których zjednoczona opozycja próbuje społeczeństwu obrzydzić obecną władzę. Przeciwnicy PiS-u tłumnie wychodzą na ulice. Ale przytłaczająca większość społeczeństwa zostaje w domu.

Rok temu – lato 2016 r. Od stosunkowo niedawna działał program Rodzina 500+. Przez mainstreamowe media przetoczyła się fala hejtu, niekiedy podłego, wobec realnych i domniemanych „pięćsetplusów” – rodzin z dziećmi, które wyjechały na wakacje. Wszelkie ludzkie przywary, wszelkie możliwe złe obyczaje i zachowania przypisano „pięćsetplusom”. Wyższościowy kulturowo ton przekazu był jednoznaczny: to za sprawą pisowskiego populizmu chamstwo załatwia potrzeby na wydmach, to za sprawą „pięćsetplusów” w miejscowościach wypoczynkowych jak Polska długa i szeroka zrobiło się brzydko i tłoczno. Gdyby wierzyć tym bzdurom, można by pomyśleć, że przydarzyła się nam apokalipsa zombie – od Krupówek po molo w Sopocie, od promenady w Międzyzdrojach po wstęgę Sanu w Przemyślu we władanie wzięli kraj plebejscy Polacy. W krzywym zwierciadle mainstreamu zwykli ludzie, którzy nie spędzają jednej trzeciej doby u stylistek, z piwem i lodami w ręku wyglądali jak idioci.


Histeria establishmentu


W tym roku nastroje nieco się uspokoiły. W mainstreamowych mediach chyba zauważono, że taktyka kulturowej pogardy niewiele daje albo że trzeba ją miksować z wrażliwością społeczną. Owszem, raz po raz jeszcze jakiś przyjemniaczek z tytułem naukowym da głośno wyraz swojej niechęci, szturchnie mocnym słowem nadwiślański plebs. Ale, jak powiadam, tegoroczne lato to mniej malowniczo-histerycznych opisów tych strasznych „pięćsetplusów”. Być może w antypisowskich mediach spostrzegli, że obrażają także część swoich odbiorców.


Choć nadal, gdy ludziom, którzy poczuwają się do bycia elitą, puszczą nerwy, robi się naprawdę ciężko od mocnych metafor. Aktor Jacek Poniedziałek, bardzo zmęczony drugim rokiem rządów demokratycznie wybranej partii, za którą zdaje się mocno nie przepada, tak pisze w jednym ze swoich statusów na Facebooku: „Niech przeklęty będzie dzień, w którym ten potwór wylazł ze swojej nory. Tkwił tam w uśpieniu przynajmniej od pogromów kieleckich, może od ‘68. A teraz znów jest, pręży swoje oślizgłe, ociekające krwią cielsko i węszy: kogo by teraz pożreć... Biedny, otumianiony 500+, tanio kupiony pseudodumą rodem z paska wiad. tvp 40 procentowy »narodzie« – rozpłyń się i przepadnij. Jesteś zakałą świata!” [pisownia oryginalna]. Dopóki liberałowie będą mieli takich heroldów, PiS, kukizowcy i narodowcy mogą spać spokojnie – pedagogika wstydu działa obecnie o wiele słabiej. Co więcej – coraz większą część ludzi po prostu mocno irytuje.


Radiomaryjno-przaśna Polska B


Mainstream nigdy nie miał serca do niższych warstw społecznych. Po zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości przybyło ludzi, dla których to stwierdzenie ma posmak nieledwie rewolucyjnej nowości, ale to przecież nic nowego. Gdy słyszę ze strony lewicy i liberałów, że oto populistyczna prawica przejęła kontrolę nad znaczną częścią elektoratu, dziwię się niepomiernie.

Przecież od początku lat 90. liberałowie i opiniotwórcza część wielkomiejskiej lewicy skupili się na inteligencko-wielkomiejskim elektoracie, a na tzw. niższe warstwy społeczne machnęli ręką. No bo po co im była radiomaryjno-przaśna Polska B? Nie mogli się z nią dogadać, więc uznali, że trzeba ją zmarginalizować, a ona z czasem wymrze. Mocno się pomylili, wierząc własnemu kłamstwu: że te ciemne masy to są tylko staruszki z różańcami, że to są ci leniwi, ciemni, głupi wieśniacy, że to jest ten (wielko)miejski źle ubrany plebs, za gruby na hipsterów. Dla elit III RP była całkiem przyjemnym miejscem, dla znacznej części społeczeństwa budzącą depresję strefą dyskomfortu.


Te staruszki miały i mają dzieci i wnuki, ci ludzie ze wsi, na której żyje niemal połowa Polski, też mają wnuki i dzieci, ten porobotniczy tłum w małych i dużych miastach też ma wnuki i dzieci. To wszystko są ludzie, którzy dużo w III RP widzieli i wiele doznali. Ich życie w opisach sporej części wielkomiejskiej inteligencji sprowadzone jest do anegdot i fobii. To są te wszystkie Andżeliki, Dżesiki, Seby, Janusze, którzy prywatnie wcale nie bywają tacy arcykonserwatywni i arcypobożni, ale po ośmiu latach rządów Platformy nie odróżniają lewicy i liberałów, bo nie ma to dla nich żadnego praktycznego znaczenia. Notabene: w tym momencie nie są wkurzeni na PiS, ale niewykluczone, że gdy się kiedyś wkurzą, to pójdą do kukizowców i narodowców – bo PO czy Nowoczesna są dla nich spaleni.


W innych miejscach Polski


Lewica i liberałowie lubią pocieszać się myślą, że prowincjonalna Polska wcale nie jest taka prawicowa obyczajowo, że często bywa antyklerykalna itp. To po części prawda. Tylko że prowincjonalny antyklerykalizm czy dyskotekowo-przydomowy libertynizm nie potrzebuje do szczęścia „wielkomiejskich dyskursów” lewicy i liberałów. Znaczna część społeczeństwa żyje poza logiką wielkomiejskiej inteligencji, która trwa w toksycznym związku z liberalnymi mediami. Zapatrzeni w swoje banieczki inteligenci nie pojmują, że spora część Polski ma własny świat wartości, refleksji, dobrych i złych pragnień. A jeśli ci zwykli ludzie chcą mieć rodziny, dzieci, święty spokój, dobrą pracę, własny dom, udane życie seksualne, poczucie sensu egzystencji, to ideowo i politycznie nie potrzebują do tego hermetycznych książek i podlanych klasizmem dyskusji w TOK FM. To ich czyni gorszymi w oczach sporej części wielkomiejskich elit, ale tzw. przeciętni mają to w nosie, bo są w zupełnie innych miejscach rzeczywistości, w których mało kogo tak naprawdę obchodzą publicyści poruszający się po stolicy taksówkami z punktu A do B i wieszczący faszyzm (prawicowym tuzom publicystyki też przydałoby się większe zrozumienie prostego faktu).


A przy okazji straszenia Polaków prawicowym radykalizmem, warto przypomnieć starą anegdotę. Niedaleko wsi rozbił się wędrowny cyrk. Pewnego dnia klaun wpadł na pomysł, że zabawi się kosztem chłopów. Pobiegł do wsi z krzykiem, że w namiotach wybuchł pożar. A gdy ludzie ruszyli z pomocą – zaśmiewał się do rozpuku z naiwności prostaczków. Zagniewana wieś wróciła do siebie: kobiety, mężczyźni, dzieci z niepotrzebnie dźwiganymi wiadrami z wodą. Kilka dni później namioty stanęły w płomieniach. Zapłakany klaun pobiegł do wsi, czepiał się kolan mężczyzn i kobiet. Przepędzono go. Pożar strawił cyrk, podusił zwierzęta i ludzi, przeniósł się na pola.


Nie ma doskonałych metafor. Ale ta jest dość czytelna. Polacy w ciągu trzech dekad III RP wielokroć słyszeli, że są nacjonalistami, że mają ksenofobiczne ciągoty, że dumnie wzniesiona biało-czerwona flaga w święto narodowe to przejaw niezdrowej megalomanii. Protekcjonalny ton, szyderstwo, niechęć do patriotyzmu to były przez lata stałe cechy wielkomiejskich „dyskursów” opiniotwórczej lewicy i nowobogackich liberałów. Im bardziej oświeceni szydzili, tym mocniej patriotyzm nasycał się prawicowymi treściami. Dziś znaczna część społeczeństwa przestała się przejmować, że jacyś obcy im ludzie chcą ich pouczać, co mają czuć i myśleć o polskości. Naprawdę, dziwić temu wszystkiemu mogą się tylko osoby, które przegapiły trzy dekady rodzimych przemian.

Udostępnij

Tagi

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl