Wizyta francuskiego ministra odbywała się w cieniu rozgrywającego się od wielu miesięcy dramatu Stoczni Marynarki Wojennej w Gdyni. Zakładowi grozi ostateczne bankructwo (obecnie ma on status „w upadłości likwidacyjnej”). Zaś ratunkiem na jego przetrwanie mogłoby okazać się zamówienie w Gdyni przez polski MON kontraktu na budowę np. okrętu podwodnego. Cenę takiej jednostki określa się w setkach milionów zł. Przypomnijmy, że wszystkie łodzie podwodne eksploatowane obecnie przez polską Marynarkę Wojenną (MW) są przestarzałe. I w ciągu kilku lat pójdą do kasacji lub przekazane będą do muzeum.
Pierwszy nowy okręt podwodny – zgodnie marcowym planem MON - ma powstać do 2017 r. Dotychczas wiadomo o dwóch ofertach na dostawę takiej jednostki – francuskiej i niemieckiej. Jednak tylko ta pierwsza mogłaby zapewnić przetrwanie gdyńskiej stoczni. Bowiem oferta niemiecka ogranicza się do sprzedaży Polsce okrętu (-ów) i wykonanie ich we własnej stoczni. Zaś oferta francuska zakłada przekazanie Polakom odpowiednich technologii potrzebnych do budowy i udział w niej polskich stoczni. Jakość oferty niemieckiej dodatkowo obniżają stwierdzone wady w oddanej już do użytku łodzi („Papanikolis”) z serii 214 proponowanej polskiej stronie.
Na zbliżenie Polski i Francji ws. stoczni bardzo liczy Paryż. Komentując sprawę w przeddzień wizyty francuski dziennik „La Tribune” pisał: „Możliwe jest, że polskie władze rozpoczną dwustronne rozmowy z Niemcami dotyczące zakupu dwóch okrętów podwodnych typu 214 bez wzięcia pod uwagę francuskiej oferty w tym zakresie. (…) Zgodnie z danymi pochodzącymi z raportu francuskiego parlamentu z 2010 r. państwo polskie „łaskawie” zakupiło pomiędzy 2006 a 2010 r. francuskie uzbrojenie za łączną kwotę 45,2 mln euro. Próbuje to zmienić francuski minister obrony Jean-Yves Le Drian, działając na rzecz odnowienia współpracy z państwami UE, w szczególności zaś z Polską. Było to celem jego poprzedniej wizyty w Warszawie w lipcu br.”.
Nadal jednak pozostaje niejasne, czy podczas ostatniego spotkania ministrów obrony Polski i Francji podjęto decyzje, które mogłyby uratować polskie stocznie. Komunikat MON w sprawie przeprowadzonych dwustronnych rozmów jest jak zwykle trudny do zrozumienia i lakoniczny: „Rozmowy ministrów dotyczyły dwustronnej współpracy wojskowo-technicznej, a także kooperacji w ramach Trójkąta Weimarskiego oraz Wspólnej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony UE (CSDP). Ministrowie wyrazili satysfakcję z intensyfikacji współpracy wojskowo-technicznej oraz z faktu, że ustalenia podjęte podczas ostatniego spotkania w Warszawie są wdrażane w życie”.
Spytaliśmy dwóch specjalistów obronności co sądzą na temat losów Stoczni MW w Gdyni i kontraktu na dostarczenie Polsce łodzi podwodnych.
Poseł PiS Dariusz Seliga, wiceprzewodniczący sejmowej komisji obrony narodowej:
Błędem jest próba zamykania naszej Stoczni MW w Gdyni. Dlatego, że taki krok w poważnym stopniu osłabia nasz potencjał militarny, którego nie moglibyśmy odbudować. Jestem za tym, byśmy zamawiając dostawę łodzi podwodnych weszli w kooperację z Hiszpanami lub Francuzami. Wiem, że z tymi ostatnimi rozmowy były dość mocno zaawansowane. Co ciekawe, projekt francuski wiązałby się z dużą inwestycją w samą gdyńską stocznię. (...) Zakupienie dziś niemieckiego okrętu podwodnego „z półki”, tak jak w sklepie, bez możliwości pozostawienia w Polsce technologii budowy takiej jednostki, uważam w tej sytuacji za bezsensowne. (...)
Łukasz Kister, ekspert wojskowości:
Przemysł stoczniowy, pomimo kryzysu, pozostaje przyszłościowy. Większość z państw na świecie, posiadających dostęp do morza, bardzo mocno inwestuje w modernizację swoich marynarek wojennych. Bowiem znaczenie mórz i oceanów w geopolityce nie słabnie, a wręcz rośnie. Przemysł stoczniowy jest dziś zyskowny, dlatego stocznie dużych państw, będą – zwłaszcza teraz, w dobie kryzysu – dążyć do likwidacji przemysłów stoczniowych w mniejszych państwach. W Polsce, od początku lat 90. ub. wieku, nasz przemysł stoczniowy był niszczony, by nie stanowił konkurencji dla stoczni Niemiec. (…) Niemcy zawsze byli stoczniową potęgą i orientują się, że zamówień na nowe okręty będzie wiele. Nie dostrzegają przy tym, że tych zamówień będzie aż tyle, że mogliby z nich żyć nie tylko oni, ale i Polacy, Grecy czy Francuzi. I że nie ma sensu monopolizować rynku stoczniowego, bowiem przez najbliższe 20-30 lat będzie trwał boom morski.
