Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Międzynarodowe dziwo, czyli państwo Tusków

Kanclerz Angela Merkel jest bezdzietna także w swoim drugim małżeństwie.

Autor:

Kanclerz Angela Merkel jest bezdzietna także w swoim drugim małżeństwie. Załóżmy jednak, że ma syna, który zostaje zatrudniony „po znajomości” w prywatnej firmie, która okazuje się piramidą finansową i naraża na straty tysiące Niemców biednych i bogatych. Zaś jej właściciel, choć ścigany przez niemieckie sądy, funkcjonuje w najlepsze, korzystając z parasola ochronnego rządzącej partii CDU.

Co więcej, burmistrz jednego z największych niemieckich miast, też z CDU, określa go mianem, powiedzmy „Konrada Adenauera naszych czasów”. Jakie byłyby reakcje niemieckich mediów i klasy politycznej RFN?

Zu Guttenberg – nie ma „świętych krów”

Media nad Renem, choć w polityce zagranicznej zawsze wykazujące solidarność z rządem federalnym, obojętnie jakiej byłby on barwy politycznej, dokonałyby wręcz linczu na pani kanclerz! Przypomnijmy, że te same media wymusiły dymisję najpopularniejszego polityka RFN – ministra obrony w gabinecie właśnie Merkel, typowanego zresztą na jej następcę, niemieckiego arystokraty Karla-Theodora zu Guttenberga. Za co? Za sprawę znacznie mniej poważną niż okołorządowe afery finansowe. Chodziło o to, że zu Guttenberg, ta wschodząca nadzieja niemieckiej polityki, popełnił plagiat swojej pracy doktorskiej. Wielce prawdopodobne, że media wymusiłyby rok przed wyborami dymisję Angeli Merkel, choć przecież jest już drugą kadencję szefem niemieckiego rządu (o Boże, ileż tych analogii!), chce być nim po raz trzeci…. Co więcej: w jej macierzystej CDU, nie mówiąc o siostrzanej bawarskiej CSU, mogłoby dojść do sporych wstrząsów. We własnym dobrze pojętym interesie główna partia rządząca mogłaby zdecydować nawet o zmianie lidera, byleby tylko nie przegrać wyborów i utrzymać się w siodle.

Prezydent François Hollande nie jest „smutasem”, ma francuskie poczucie humoru, choć generuje znacznie mniejszą liczbę anegdot niż jego poprzednik Nicolas Paul Stéphane Sarközy de Nagy-Bocsa. Nie jest też seksistą. Załóżmy jednak, że jest, ma całkiem wieśniackie poczucie humoru i na spotkaniu ze studentami w jednym z dużych miast na północy kraju mówi o kobietach – obywatelkach innego kraju członkowskiego UE – Danii, że są „kaszalotami”! W Republice urzędujący prezydenci przyzwyczaili nas do skandali obyczajowych, kochanek (Mitterrand i Chirac), nieślubnych dzieci (Mitterrand), ale jednak nie jest tam tak, że głowie państwa (czy też kandydatowi na głowę państwa) wszystko wolno i nie ma żadnych hamulców czy szlabanów. Gdyby Hollande’owi wyciągnięto taką wypowiedź, rozpętałoby się medialne piekło bez żadnej taryfy ulgowej, nawet ze strony mediów tradycyjnie przychylnych socjalistom.

Gdyby jakiś amerykański polityk wyznaczony przez Demokratów lub Republikanów – wszystko jedno – do pełnienia funkcji szefa superważnej komisji śledczej w Kongresie USA zaczął jej posiedzenie bez przedstawicieli opozycji czy zakończyłby je pod nieobecność jej reprezentantów, wykorzystując kruczki prawne, jego kariera trwałaby jeden dzień. Własna partia wyrzuciłaby go na zbity pysk, ponieważ skompromitowałby ugrupowanie, które postawiło na niego i obdarzyło go prestiżową funkcją. W Waszyngtonie wydaje się największe na świecie pieniądze na „czarną propagandę” i zbieranie haków na kontrkandydatów politycznych, ale przestrzega się pewnych reguł gry, które zakładają, że opozycja jest częścią procesu demokratycznego i bez niej, bez poważnego jej traktowania, demokracji po prostu nie ma. Amerykanie mogą kopać się pod stołem i to z całej siły, ale przed oczami wyborców przestrzegają pewnych standardów. Dobrze wiedzą, że gdyby ich nie przestrzegali, najbardziej zaszkodziliby sobie. 

Tam to jest niemożliwe…

Pomyślmy, co by się działo na Wyspach Brytyjskich, gdyby rzecznik rządu, obojętnie Tony’ego Blaira czy Davida Camerona, mieszkał za darmo w domu należącym do, przypuśćmy niemieckiego biznesmena, a potem fałszował dokumenty z tym związane i publicznie kłamał. Gdyby takie fakty zostały ujawnione, ów rzecznik, pomimo jego zasług dla partii rządzącej i przyjaźni z lokatorem 10 Downing Street, wyleciałby ze stanowiska z hukiem równym stukrotnemu natężeniu dźwięku londyńskiego Big Bena. Nastąpiłoby to nawet wtedy, gdyby jego szef, premier Jej Królewskiej Mości, był w tym czasie np. w Peru. A tak na marginesie, żaden z brytyjskich szefów rządów nie chwaliłby się, że pojechał do Ameryki Łacińskiej w „podróż życia”. Może dlatego, że jeden z poprzedników Camerona, niejaki Winston Churchill pisał reportaże z Afryki, wydawał książki na ten temat i to już będąc politykiem…

A co by się wydarzyło w Królestwie Szwecji, jakie piekło zgotowaliby rządowi zimni Skandynawowie, gdyby się okazało, że w tym tradycyjnie socjalnym kraju (obojętnie czy rządzi lewica, czy prawica), w czasie wielkiego europejskiego kryzysu tamtejszy Fundusz Pracy zamroził przypuśćmy pięć miliardów koron i nie przeznaczył ich na aktywną walkę z bezrobociem ani cokolwiek innego. Zamelinował i już. Przecież byłaby to nordycka, polityczno-medialna jazda bez trzymanki, Riksdag, czyli tamtejszy Sejm zatrząsłby się w posadach, a pan lub pani minister pracy (ach te parytety!) sam zacząłby żebrać o dymisję.

Lubię włoską kuchnię. Tę polityczną może mniej, jest trochę zbyt pikantna. Ale czy wyobrażacie sobie Państwo, aby minister spraw zagranicznych Italii pojechał np. do Berlina i wygłosił tam dwa razy w ciągu 10 miesięcy przemówienie, w którym domagał się zwiększenia roli Republiki Federalnej kosztem własnego państwa? W takiej Camera dei Deputati (izbie niższej parlamentu) tamtejsi „onorevole” pokazaliby, co znaczy włoski temperament. Takiego delikwenta potępiłby na pewno od razu prezydent republiki, którego wybiera co prawda parlament, a nie bezpośrednio naród, ale który ze zdaniem narodu liczy się bardziej niż z opinią własnej partii politycznej.

„Polskość to nienormalność”

Geografia polityczna to pasjonujące zajęcie. Znajomość tego, jak „robi się politykę” gdzie indziej, u nas, w Europie i poza nią, jest fajna, bo przydatna. Poszerza horyzonty. Pokazuje, że mówiąc krótko, politykom na świecie wolno mniej, bo tak jest lepiej dla demokracji, dla wyborców, a na dłuższą metę, dla samych polityków pod różną szerokością geograficzną. Nie chcę udzielać nachalnych pedagogicznych wskazówek, ale każdy z nas może porównać sobie owe tzw. zachodnie standardy z tym, co mamy u nas. W Polsce, kraju niewątpliwie też będącym w wymiarze kulturowym i cywilizacyjnym częścią szeroko rozumianego Zachodu. W Europie i Ameryce polityka często bywa brutalna, a jeszcze częściej ostra. Ale są pewne reguły, co do których przestrzegania umówiono się i co do tego panuje powszechna zgoda, obojętnie, kto rządzi. Na tym euroatlantyckim tle Polska Donalda i Michała Tusków, Pawła Grasia, Bronisława Komorowskiego, Radka Sikorskiego, Mirosława Sekuły i innych „chłopców z ferajny” jawi się jako anomalia, coś nienormalnego, dziwacznego, innego, niespotykanego. Cóż, prorocze okazały się słowa Donalda Tuska, że „polskość to nienormalność” – w wydaniu jego, jego partii i rządu rzeczywiście tak.


Autor:

Źródło:

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane