Wieloletnie umowy, jakie część europejskich firm ma z głównymi dostawcami – przede wszystkim z rosyjskim Gazpromem czy norweskim Statoilem – są indeksowane według notowań ropy. W sytuacji gdy ropa jest droga, tak jak w ostatnim roku, zakontraktowany gaz też jest wyjątkowo kosztowny. Nic dziwnego, że klienci wolą kupować tańszy gaz na wolnym rynku. Z raportu Société Générale wynika, że już połowa dostaw gazu dla Europy będzie realizowana w tym roku według aktualnej ceny rynkowej, podczas gdy w ub. r. dostawy te stanowiły 45 proc. Jeszcze dekadę temu tylko 20 proc. gazu kupowano po cenach wolnorynkowych.
Według wiceprezesa Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa Radosława Dudzińskiego „nie ma powodu, by w umowach wieloletnich ceny gazu były nadal indeksowane tylko do ropy i całkowicie oderwane od bieżących (spotowych) notowań gazu”. Wiceprezes PGNiG podkreślił, że nie ma groźby, iż na świecie zabraknie gazu, bo rewolucja łupkowa w USA spowodowała na tamtejszym rynku spadek cen, poza tym rośnie produkcja LNG.
PGNiG, podobnie jak inne europejskie firmy, które mają kontrakty długoterminowe z Gazpromem, chce w tym roku na wolnym rynku kupić nawet ok. 2 mld m sześc. surowca. Dostawy poza kontraktami długoterminowymi mogą stanowić już ok. 20 proc. importu. Według ekspertów dostawy z europejskiego rynku mogą być tańsze nawet o 1/5 w porównaniu z zakontraktowanymi w Rosji. Według Index Mundi rosyjski gaz na granicy z Niemcami w maju kosztował 452 dol. za 1000 m sześc., a z nieoficjalnych informacji wynika, że PGNiG płaci za błękitne paliwo z Rosji ok. 500 dol. za 1000 m sześc. To ponad sześć razy tyle, ile gaz kosztuje w Stanach Zjednoczonych.
Polska firma, tak jak europejscy potentaci – niemieckie koncerny E.ON i RWE oraz francuski GDF Suez – domaga się obniżki i zmiany sposobu kalkulacji cen. Gdy nie powiodły się negocjacje, sprawa trafiła do międzynarodowego arbitrażu. Na razie Rosjanie nie zamierzają rezygnować z formuł cenowych opartych na notowaniach ropy, bo zmiana sposobu kalkulacji cen oznaczałaby spadek ich przychodów, na których w dużym stopniu opiera się budżet państwa.
Po wojnie gazowej z Rosją w 2009 r. kontrakty długoletnie na dostawy gazu zawarła premier Ukrainy Julia Tymoszenko. Starając się utrzymać niezależność strategicznych ukraińskich gazociągów, przez które płynie rosyjski gaz na zachód Europy, musiała zgodzić się na wyższe ceny. Zgodnie z kontraktem Ukraina płaci ponoć za rosyjski gaz „europejską cenę”, czyli ok. 450 dol. za 1000 m sześc. Za zawarcie tak niekorzystnego kontraktu Tymoszenko została oskarżona o działania na szkodę państwa i skazana na siedem lat więzienia.
Znacznie większy i groźniejszy kontrakt długookresowy z Gazpromem forsował dwa lata temu rząd Donalda Tuska. Kontrakt na dostawy gazu do Polski po cenach opartych na notowaniach ropy miał być wydłużony o 15 lat do 2037 r. Kategorycznie sprzeciwiał się temu prezydent Lech Kaczyński. Jeszcze po katastrofie smoleńskiej wicepremier Waldemar Pawlak zapowiadał wciąż, że mimo protestów opozycji podpisze tę umowę, której wartość szacowano na dziesiątki miliardów dolarów.
Ostatecznie z nieujawnionych do dziś powodów z wydłużenia umowy zrezygnowano. Gdyby ją zawarto, Polska byłaby nie tylko uzależniona na kolejne pokolenie od Gazpromu, ale i zostałyby zablokowane poszukiwania gazu łupkowego w Polsce. Nikomu nie opłacałoby się bowiem prowadzić takich badań, gdyby nasze zapotrzebowanie było pokrywane z morderczego dla Polski kontraktu z Gazpromem.
