Pocałunek Judasza

  

Wierność Wałęsy, Geremka i ich zaplecza tajnym zobowiązaniom zawartym z komunistami oznaczała zerwanie jawnej umowy z narodem, czyli zdradę solidarnościowej rzeszy, która miała dość komuny, i która 4 czerwca 1989 r. jednoznacznie zagłosowała na to, żeby Polska była Polską.

Zdrada narodowa ma w polskich dziejach długą historię, do której czasy współczesne dopisują nowe rozdziały. Jerzy Jachowicz ukazał to ostatnio na przykładzie postępowania Lecha Wałęsy po jego wyborze na prezydenta („Codzienna”, 2 marca 2012 r.). Innym takim przykładem – godnym dziś przypomnienia – może być zachowanie kierownictwa Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” tuż po wyborach 4 czerwca 1989 r.

Umowy jawne i tajne

Wyniki tych wyborów były triumfem Solidarności, gdyż praktycznie wszyscy jej kandydaci przeszli, a w dodatku obywatele gremialnie wykreślili prawie całą Listę Krajową, na której znajdowali się prominenci obozu komunistycznego. Taki rezultat wyborów 4 czerwca unieważniał polityczne przesłanki umów Okrągłego Stołu, delegitymizował dotychczasową władzę i oznaczał, że naród żąda pełnej demokracji. Ale kiedy w poniedziałkowy poranek 5 czerwca ta przełomowa sytuacja zaczynała docierać do opinii publicznej, polityczne kierownictwo Komitetu Obywatelskiego, zamiast uroczyście ogłosić historyczne zwycięstwo, zaczęło wysyłać sprzeczne sygnały. W większości wynikało z nich, że wyborcy, którzy zrobili to, do czego wzywał ich Wałęsa, ściągnęli na kraj jakieś straszne nieszczęście. Zamiast święta wolności zapanowało więc napięcie. Zamiast korzystania ze zwycięstwa, od razu zaczęło się jego marnowanie.

We wtorkowe popołudnie 6 czerwca 1989 r. Komitet Obywatelski zorganizował telewizyjną konferencję, na której Bronisław Geremek wypowiedział patetycznym tonem brzemienne w skutki słowa: pacta sunt servanda. Zdumiewające w tej deklaracji było to, że jej adresatami nie byli wyborcy Solidarności, z którymi – jak nam się wtedy wydawało – Geremek i jego współpracownicy mieli jawnie zawartą umowę – tylko generałowie Jaruzelski i Kiszczak. 6 czerwca po raz pierwszy wyszła więc na jaw – mimochodem – umowa tajna, z przywódcami przeciwnego obozu, z czego prawie nikt wtedy nie zdawał sobie sprawy. A słowa „pacta sunt servanda” oznaczały, że mając do wyboru albo wierność umowie jawnej, albo tajnej, Wałęsa, Geremek i ich zaplecze ogłosili, że zamierzają dotrzymać tej drugiej. Wierność tajnym zobowiązaniom zawartym z komunistami oznaczała więc de facto zerwanie jawnej umowy z narodem, czyli zdradę solidarnościowej rzeszy.

Był to akt niebywały, co do dzisiejszego dnia nie zostało w pełni dostrzeżone i odczytane tak, jak na to zasługiwało. Praktycznie i doraźnie słowa Geremka oznaczały, że Komitet Obywatelski chce, żeby odbyło się ponowne głosowanie na wykreśloną przez wyborców Listę Krajową. Czyli, że chce zmiany ordynacji pomiędzy dwiema turami wyborów. Oznaczało to, że tym samym kwestionuje demokratyczne reguły gry, które widniały na jego własnych sztandarach. Była to zdrada własnych wyborców; dowód, że zasad, które się głosi, nie zamierza się respektować. A chodziło tu nie o jakiś poboczny punkt programu, tylko o konstytutywną zasadę całego obozu Solidarności i jego podstawowe spoiwo.
Warto przy tym odnotować swoistą przewrotność formy, w jakiej to się odbyło. Judasz zdradził Chrystusa przez pocałunek. Przywództwo Komitetu Obywatelskiego zrywało umowę z narodem, cytując rzymską sentencję mówiącą o obowiązku dotrzymywania umów. Te słowa Bronisława Geremka można więc uznać za symboliczny początek tego, co Zbigniew Herbert nazwał później „zapaścią semantyczną”. Od tej chwili zaczęto ludzi przekonywać, że w polityce co innego się mówi, a co innego robi – i tak jest dobrze. Przekonanie to zaczęło odtąd niszczyć polskie życie publiczne jak gangrena.

Nie tańczyliśmy na ulicach

Najgorszą stroną sytuacji 6 czerwca było jednak to, że przeszła ona przez świadomość obozu Solidarności jakby niezauważona. Ludzie dali się przekonać, że to nie zdrada, tylko akt „politycznego rozsądku”. Miał to być rzekomo wyraz rozumu politycznego zapobiegający – jak enigmatycznie tłumaczono – rozlewowi krwi. Przez to każdy mógł rozumieć, co chciał: jedni ponowne wprowadzenie stanu wojennego, drudzy – plebejską rewolucję przeciwko dawnym panom, na której mogliby też stracić nowi kandydaci do władzy. W rzeczywistości jednak poparcie elit dla tej decyzji obnażyło ich słabość intelektualną, nieprzygotowanie do przejęcia politycznej inicjatywy i praktyczny relatywizm.
Prawda jest i taka, że po decyzjach politycznych ogłoszonych 6 czerwca zwykli wyborcy, którzy 4 czerwca głosowali na Solidarność, powinni byli wyjść na ulicę. Tak jak niedługo potem stało się to w Berlinie i Pradze. Niestety u nas nic takiego się nie zdarzyło. Nie tylko „nie tańczyliśmy na ulicach”, ale w ogóle nie mieliśmy swojej aksamitnej rewolucji, jak Czesi, nie zajęliśmy też archiwów tajnej policji, jak Niemcy, a co gorsza, skutkiem tego wszystkiego nie rozegrała się w Polsce żadna bitwa o „wieżę telewizyjną” – czyli o prawdziwą wolność mediów, jaką nieco później stoczyli Litwini. Jeśli dzisiaj media są w Polsce kontrolowane przez spadkobierców PRL-u, jest to w głównej mierze skutek rozstrzygnięć, które zapadły w 1989 r., kiedy to skrzydła polskiej rewolucji podcięli sami jej przywódcy.

Lekcja 6 czerwca 1989 r.

Kto 6 czerwca 1989 r. nie znał genezy i kulis Magdalenki, ten mógł jeszcze wtedy sądzić, że próba przejścia do porządku dziennego nad wynikami wyborów to nie zdrada, tylko błąd kierownictwa Solidarności. Jednak późniejsze wydarzenia: desygnowanie Kiszczaka na premiera, wybór Jaruzelskiego na prezydenta, wreszcie ujawnione po latach przecieki z tajnych negocjacji potwierdzają tę ocenę. Konferencja prasowa 6 czerwca przeszła prawie bez echa. Ale niektórym właśnie po niej łuski zaczęły spadać z oczu. Po słowach „pacta sunt servanda” wiadomo było, że albo Wałęsa i szefowie Komitetu Obywatelskiego popełniają największy możliwy błąd w ocenie sytuacji, grożący obozowi Solidarności politycznym samobójstwem, albo…

To, że mieliśmy do czynienia z aktem zdrady w postaci czystej, trudno było tak po prostu przyjąć do wiadomości. Latem 1989 r., kiedy zamiast planowanego pierwotnie rządu Kiszczaka powstała koalicja OKP-SD-ZSL i utworzony został gabinet Mazowieckiego, sytuacja wydawała się wracać na właściwe tory. W krótkim czasie jednak do ludzi dotarło znaczenie hasła o „grubej kresce”. Wtedy z kolei nadzieje skupił na sobie Wałęsa, którego naród wyniósł na urząd prezydenta, wbrew elitom i mediom. Lekcja 6 czerwca powinna zostać przypomniana i odrobiona, choć z opóźnieniem. Przynajmniej przez tych, którzy widzą, jak dziś bankrutuje nasze państwo.

Judasz zdradził Chrystusa przez pocałunek. Przywództwo Komitetu Obywatelskiego 6 czerwca 1989 r. zrywało umowę z narodem, cytując rzymską sentencję, która mówiła o obowiązku dotrzymywania umów.

Udostępnij


Wczytuję komentarze...

Koniec z wymówkami. Eksperci z USA wprost - gazociąg Putina zagrożeniem dla Europy

/ archive.government.ru

  

Budowa gazociągu Nord Stream 2 jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa i jedności Europy - zgodzili się uczestnicy konferencji zorganizowanej na Kapitolu przez ambasadę RP w Waszyngtonie przy współpracy pozarządowej organizacji Rada Atlantycka.

Konferencja zatytułowana "Transatlantyckie spojrzenie na zapewnienie energetycznej przyszłości Europy" zgromadziła ekspertów w dziedzinie energii z obu stron Atlantyku, przedstawicieli władz polskich i amerykańskich, w tym zastępczynię asystenta sekretarza stanu USA Sandrę Oudkirk, przedstawicieli niezależnych ośrodków doradczych oraz dyplomatów.

Podczas dyskusji panelowej, całkowicie zdominowanej obawami o konsekwencje budowy Nord Stream 2 dla bezpieczeństwa europejskiego, pełnomocnik rządu do spraw strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski wyraził nadzieję, że nie jest jeszcze za późno na rezygnację z budowy tego gazociągu. Jego zdaniem ostateczna decyzja w tej sprawie będzie zależała od władz w Berlinie i w Waszyngtonie.

Zapytany o konkretne kroki, jakie władze amerykańskie mogą podjąć w celu powstrzymania budowy Nord Stream 2, Naimski wskazał, że "Stany Zjednoczone dysponują możliwością użycia sankcji przeciw budowie Nord Stream 2".

Przedstawiciele administracji prezydenta Donalda Trumpa kilkakrotnie w przeszłości dawali do zrozumienia, że nie wykluczają możliwości zastosowania sankcji, aby powstrzymać budowę Nord Stream 2.

Uczestnicząca w konferencji przedstawicielka Departamentu Stanu Sandra Oudkirk podczas spotkania z dziennikarzami w Berlinie w ubiegły czwartek ostrzegła, że każda firma niemiecka związana z budową Nord Stream 2 może być narażona na amerykańskie sankcje. Możliwości takiej nie wykluczył także sekretarz stanu USA Mike Pompeo podczas poniedziałkowej rozmowy z szefem polskiej dyplomacji Jackiem Czaputowiczem.

Możliwość ukarania sankcjami przedsiębiorstw, biorących udział w ewentualnej budowie Nord Stream 2, przewiduje przyjęta miażdżącą przewagą głosów w sierpniu 2017 roku przez amerykański Senat ustawa o przeciwdziałaniu wrogom Ameryki poprzez sankcje (CAATSA). Administracja prezydenta Trumpa do tej pory nie wprowadziła w pełni postanowień tej ustawy w życie.

W ubiegłym tygodniu dziennik "Wall Street Journal", powołując się na wypowiedzi cytowanych anonimowo wysokiej rangi przedstawicieli administracji Trumpa, poinformował, że Stany Zjednoczone w zamian za rezygnację Niemiec z planów budowy Nord Stream 2 są gotowe zgodzić się na negocjowanie nowego układu handlowego z UE.

Sekretarz stanu Pompeo, występując wczoraj podczas posiedzenia komisji spraw zagranicznych Izby Reprezentantów, na kilka godzin przed rozpoczęciem konferencji na Kapitolu, powiedział, że "Stany Zjednoczone powinny kontynuować naciski w celu doprowadzenia do rezygnacji budowy Nord Stream".

Minister Naimski dał do zrozumienia, iż równie duże znaczenie jak naciski amerykańskie mają decyzje niemieckich polityków.

Politycy w Berlinie muszą zdawać sobie sprawę, że ta decyzja (o budowie gazociągu Nord Stream 2) będzie miała długotrwałe skutki dla relacji pomiędzy Niemcami a państwami Europy Środkowej - zauważył. - Liczę na to, że takie przemyślenie spowoduje w ostatniej chwili, że projekt taki nie będzie realizowany

- dodał Naimski.

Podobnego zdania jest także biorący udział w dyskusji panelowej na Kapitolu wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, profesor Zdzisław Krasnodębski.

Klucz do zatrzymania tego projektu leży niewątpliwie w Berlinie

- powiedział wiceszef PE w rozmowie z polskimi dziennikarzami. Zwrócił uwagę, że decyzja o budowie Nord Stream 2 jest "pewnego rodzaju testem na wiarygodność Niemiec, jako państwa, które bardzo często wzywa do solidarności europejskiej, które się powołuje na wartości europejskie. Natomiast w tym wypadku zachowuje się w sposób, który dla wielu, także dla wielu moich kolegów w Parlamencie Europejskim, jest naruszeniem tych wartości".

Dyskusję na Kapitolu poprowadził Richard Morningstar, założyciel i przewodniczący Globalnego Ośrodka ds. Energii Rady Atlantyckiej, w przeszłości m.in. specjalny wysłannik sekretarza stanu ds. energii w Eurazji oraz ambasador USA w UE i Azerbejdżanie.

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl