Niespodziewany zwrot w sprawie Alfiego Evansa? Ojciec chłopca przekazał istotną informację

Tom Evans / screen TVP Info

  

Ojciec Alfiego Evansa zapowiedział dziś, że rodzina będzie współpracowała z lekarzami ze szpitala Alder Hey w Liverpoolu nad dalszym planem opieki nad dzieckiem. Zmieniając ton wcześniejszych wystąpień publicznych, zaapelował też do mediów o prywatność.

W trakcie konferencji prasowej przed szpitalem Tom Evans ocenił, że jego i jego partnerki życie "zostało wywrócone do góry nogami w wyniku intensywnej uwagi poświęconej Alfiemu i jego sytuacji", i przyznał, że "ma świadomość napięcia, jakie wywołały niedawne wydarzenia".

Zmieniając dotychczasowy ton wystąpień publicznych, ojciec dwulatka zaapelował do mediów o prywatność i podkreślił, że "on, Kate (matka dziecka) i Alder Hey chcą zbudować relację; most, po którym będzie można przejść na drugą stronę".

Wbrew wcześniejszej ostrej krytyce oraz zapowiedzi pozwu prywatnego przeciwko lekarzom, dziś Tom Evans podziękował "pracownikom Alder Hey na każdym poziomie za ich godność i profesjonalizm w tym, co musiało być także dla nich niezwykle trudnym okresem".

- W interesie Alfiego będziemy pracowali z opiekującym się nim zespołem lekarzy w celu zapewnienia naszemu chłopcu godności i komfortu, którego potrzebuje

- powiedział.

Rodzina jest "bardzo wdzięczna i bardzo docenia wsparcie, które otrzymaliśmy z całego świata, w tym od Włochów i Polaków, którzy nam kibicowali, poświęcając swój czas i wspierając nas w tej niezwykłej walce" - oświadczył ojciec dziecka.

Podczas wtorkowej rozprawy przed Wysokim Trybunałem jeden z lekarzy tłumaczył, że musiałoby dojść do "olbrzymiej zmiany podejścia" rodziców, aby medycy mogli rozważyć przeniesienie chłopca do domu lub hospicjum. Sędzia Anthony Hayden podkreślił wówczas, że Alfie "powinien otrzymać opiekę w ostatnich dniach czy godzinach, jakkolwiek długo to będzie trwało, w hospicjum, w domu lub na szpitalnym oddziale", prosząc zespół medyczny szpitala o to, aby "kreatywnie i ambitnie, nawet jeśli to daremna nadzieja, rozpatrzył wszystkie opcje".


Przebywający w szpitalu w Liverpoolu od grudnia 2016 r. Alfie Evans cierpi na ciężką, niezdiagnozowaną dotąd chorobę neurologiczną. W poniedziałek wieczorem został odłączony od aparatury podtrzymującej życie, ponieważ opiekujący się nim zespół medyczny, który reprezentuje przed sądem interesy chłopca, ocenił, że zmiany w mózgu pozbawiły go zmysłów wzroku, słuchu, smaku i czucia, a dalsza terapia "nie jest w jego najlepszym interesie" i może być nie tylko "daremna", ale także "nieludzka".

W środę brytyjski sąd apelacyjny odrzucił apelację rodziców od wtorkowej decyzji sądu niższej instancji o zaprzestaniu podtrzymywania chłopca przy życiu i braku zgody na przewiezienie go do Włoch. Wcześniej włoskie MSZ zdecydowało o pilnym nadaniu mu włoskiego obywatelstwa i zapewniło o gotowości przewiezienia go do kraju w dowolnym momencie. Starania o uratowanie dziecka znana placówka pediatryczna podjęła na polecenie papieża Franciszka, który 18 kwietnia przyjął na audiencji ojca Alfiego.

Sprawa Alfiego Evansa spotkała się z żywym odzewem w Polsce. Wsparcie dla dwulatka i jego rodziny zadeklarował m.in. prezydent Andrzej Duda. Od środy trwają manifestacje w obronie chłopca przed ambasadą Wielkiej Brytanii w Warszawie. Dziś modlitwę różańcową w jego intencji zapowiedziało stowarzyszenie Krucjata Młodych, natomiast o godz. 22 rozpoczął się milczący protest zorganizowany przez Fundację Mamy i Taty. Temat dwulatka został też poruszony - na wniosek wicepremier Beaty Szydło - podczas dzisiejszego posiedzenia rządu.

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Miliardy stracone dla polskiego przemysłu zbrojeniowego

/ Capri23auto

Piotr Nisztor

Dziennikarz śledczy „Gazety Polskiej i „Gazety Polskiej Codziennie”. W Telewizji Republika jest gospodarzem programu „Rozmowa ściśle jawna”.

Kontakt z autorem

  

Pierre Dadak, spektakularnie zatrzymany dwa lata temu przez hiszpańskie służby specjalne, za rządów PO-PSL był bliski zdobycia dla Polski opiewającego nawet na miliard złotych kontraktu zbrojeniowego w Kolumbii. Działania zostały jednak storpedowane, a dokumenty na ten temat… zniknęły – ustaliła „Gazeta Polska”.

14 lipca 2016 r. o godz. 5 rano do jednej z najbardziej okazałych willi na Ibizie, położonej tuż przy samej plaży, wkracza ponad 100 funkcjonariuszy hiszpańskich służb specjalnych. Celem jest mieszkający tam multimilioner – 40-letni Pierre Konrad Dadak, francuski biznesmen polskiego pochodzenia zajmujący się m.in. handlem nieruchomościami i bronią. Zarzuty: kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, pranie brudnych pieniędzy. Jednak media elektryzuje przede wszystkim informacja, że Dadak, który w przeszłości współpracował z polskim państwowym gigantem zbrojeniowym Bumar (obecnie Polski Holding Obronny), miał być zamieszany w próbę sprzedaży czołgów, wyrzutni rakiet i kałasznikowów do objętego embargiem Sudanu Południowego.

Wraz z nim w ręce hiszpańskich organów ścigania wpadło osiem innych osób. Wszyscy trafili do aresztu. Półtora roku później Dadak wyszedł na wolność po wpłaceniu 30 tys. euro kaucji. Ze śledztwa „GP” wynika, że w aktach hiszpańskiego dochodzenia nie ma informacji, które wskazywałyby na jakikolwiek udział Dadaka w próbie sprzedaży broni do Sudanu. Do transakcji nigdy zresztą nie doszło. Tymczasem z dokumentów, do których dotarliśmy, wynika, że jego problemy rozpoczęły po tym, jak próbował sprzedać polskie uzbrojenie do Afryki i Ameryki Południowej. Tylko na przygotowywanym przez niego kontrakcie w Kolumbii polska firma mogła zarobić nawet miliard złotych. Do transakcji jednak nie doszło, a materiały na ten temat w tajemniczych okolicznościach zniknęły ze spółki. „GP” udało się jednak dotrzeć do tych dokumentów.

Komu zależało na storpedowaniu intratnego kontraktu dla polskiej zbrojeniówki? Dlaczego hiszpańskie organy ścigania tak bardzo zainteresowały się architektem tej niedoszłej transakcji? „GP” ujawnia prawdziwą historię francuskiego handlarza bronią.

Z wizytą na Ibizie

Ibiza. To właśnie na tej słynącej z nocnego życia wyspie spotykam się w niewielkim hotelu z Pierrem Dadakiem. To pierwsza jego rozmowa z dziennikarzem od momentu zatrzymania. Kilka miesięcy temu opuścił madrycki areszt. Ma zakaz opuszczania Hiszpanii. Na spotkanie ze mną przyjeżdża granatowym Fiatem 500. Jego luksusowe auta (lamborghini, rolls-royce, mercedes, bentley i ferrari), których zdjęcia po zatrzymaniu znalazły się w mediach, stoją na policyjnym parkingu. Zabezpieczony jest cały jego majątek. Pytam o opisywaną przez media próbę sprzedaży broni do Sudanu Południowego, niewielkiego afrykańskiego kraju objętego embargiem Unii Europejskiej. – Nigdy nie sprzedałem, a nawet nie rozmawiałem o sprzedaży tam jakiejkolwiek broni – przekonuje Dadak. 

Jednak tuż po jego zatrzymaniu hiszpański dziennik „El Espanol” pisał, że o próbie przeprowadzenia nielegalnej transakcji miał świadczyć e-mail, w którym Francuz rzekomo oferował sprzedaż do Sudanu Południowego 200 tys. kałasznikowów, wyrzutnie rakiet i czołgów. Sprawa znalazła się też w raporcie ekspertów dotyczącym Sudanu Południowego, jaki 13 kwietnia 2017 r. – dziewięć miesięcy po zatrzymaniu Francuza – trafił na biurko szefa Rady Bezpieczeństwa ONZ. Według relacji dwóch osób (nazwisk w raporcie nie podano) „grupa Dadaka” w styczniu 2014 r. rozmawiała w Dakarze o sprzedaży uzbrojenia. 

– Nie było żadnych e-maili ani tym bardziej spotkań. Nie mam pojęcia, skąd te doniesienia. Mogę domniemywać, że skoro usłyszałem zarzut prania brudnych pieniędzy, to śledczy muszą teraz udowodnić, że pochodzą one z handlu narkotykami lub bronią. Z narkotykami nie mam nic wspólnego. Zajmowałem się doradztwem przy sprzedaży uzbrojenia. Wszystko było oficjalne i legalne

– podkreśla Dadak.

Syn emigrantów z Polski

W dokumencie ONZ nie podano żadnych szczegółów. Widniejące tam ilości uzbrojenia, które rzekomo próbowano sprzedać do Sudanu, poważnie różnią się od medialnych doniesień. Z kolei sam Francuz został błędnie określony jako „oficer polskiej armii”. Faktycznie Dadak przedstawiał się jako „colonel” (pułkownik). – Jeśli już, to podpułkownik – prostuje. „Ale jakiej armii?” – dopytuję. Nie chciał jednak odpowiedzieć.

Dadak urodził się w 1976 r. w Paryżu w rodzinie polskich emigrantów. Jego ojciec był inżynierem, absolwentem Politechniki Warszawskiej, matka skończyła Akademię Sztuk Pięknych. Dadak wychował się w Paryżu, ale bardzo dobrze mówi po polsku. W stolicy Francji zdał maturę i uczęszczał na studia. Studiował też w USA. Potem pracował w kilku amerykańskich koncernach z branży elektronicznej i IT. Nie chce zdradzić, jak zaczął zbrojeniowy interes. 

W postanowieniu o przedstawieniu zarzutów Francuzowi nie ma słowa o nielegalnym handlu bronią.

Dotyczą one zorganizowanej grupy przestępczej, korumpowania policjanta, kierowania gróźb oraz wyprania kilku milionów euro. Dadak nie przyznaje się do winy. Twierdzi, że pieniądze, których pochodzenie podważają hiszpańscy śledczy, to środki, jakie przeznaczył na zakup w 2010 r. willi na Ibizie. – Przy okazji transakcji były one przez kilka tygodni zabezpieczone na moim koncie w Santanderze. Zostały zwolnione, bo okazało się, że nie ma wątpliwości co do ich pochodzenia – podkreśla Dadak. 

Skąd miał te pieniądze? – W 2008 r. zacząłem współpracować z jednym z najbogatszych polskich biznesmenów. Pomagałem mu w interesach w Ameryce Południowej. Dzięki mnie podpisał bardzo intratne kontrakty w sektorze energetycznym – mówi Francuz. Twierdzi, że w ten sposób w latach 2008–2011 zarobił ponad 5 mln euro.

Kim był biznesmen, z którym współpracował Dadak? „Jan Kulczyk? Ryszard Krauze?” – pytam. – Nie mogę powiedzieć – ucina.

Po jego zatrzymaniu śledztwo w sprawie nielegalnego handlu bronią wszczął też Podkarpacki Wydział Zamiejscowy Prokuratury Krajowej w Rzeszowie. Polscy śledczy od półtora roku czekają na realizację przez Hiszpanów wniosku o pomoc prawną. – Nie wiem, co mają przekazać do Polski, skoro w śledztwie nie ma nic o Sudanie. Podczas przesłuchań nigdy mnie nawet o to nie zapytano – podkreśla Dadak.

Córka generała i były francuski polityk

Hiszpańscy śledczy zaczęli rozpracowywać Dadaka w styczniu 2014 r. Założono wówczas podsłuch na jego francuskiej komórce oraz rozpoczęto obserwację willi. Jeden z rozmówców „GP” związanych ze służbami specjalnymi upatruje faktyczne powody tych działań w rozgrywkach europejskich służb specjalnych o kontrakty zbrojeniowe. – Dadak miał bardzo dobre relacje w niektórych krajach na świecie. Był zresztą bliski załatwienia Bumarowi prestiżowego kontraktu w Kolumbii, co nie podobało się m.in. Francuzom i Rosjanom – przyznaje. Czy faktycznie Dadak mógł paść ofiarą międzynarodowych rozgrywek? 

„GP” przyjrzała się pracy Francuza dla Bumaru. Formalnie umowę o współpracy zawarł 8 stycznia 2010 r. Pod dokumentem znajdują się podpisy dwóch ówczesnych wiceprezesów Bumaru: Cezarego Szczepańskiego i Dariusza Dębowczyka. W tym czasie prezesem przedsiębiorstwa był Edward Nowak.

Tymczasem Francuz otrzymał adres e-mail z rozszerzeniem „bumar.com”, a 16 czerwca 2010 r. oficjalne pełnomocnictwo do reprezentowania spółki w rozmowach z Kolumbią. Wraz z Didier Schuller (byłym francuskim deputowanym i członkiem partii RPR, bohaterem jednego z największych skandali korupcyjnych we Francji) nawiązał współpracę z Norą Tapias, córką gen. Fernando Tapiasa, jednego z najbardziej wpływowych ludzi w Kolumbii. Ten urodzony w 1943 r. wojskowy należał do zaufanego grona prezydenta Alvaro Uribe (sprawował urząd w latach 2002–2010). Przez dwa lata był ministrem obrony narodowej. Tapias zmarł we wrześniu 2015 r. 

Czołgi, Rosomaki, Spike’y i Kobra

„GP” dotarła do e-maili wymienianych przez pracowników Bumaru, Dadaka i córkę kolumbijskiego wojskowego. Wynika z nich, że podpisanie kontraktu na dostawy polskiego uzbrojenia było bardzo realne. Kilka razy przedstawiciele polskiej firmy odwiedzili Kolumbię. Z kolei w dniach 20–26 listopada 2010 r. Polskę odwiedziła delegacja Kolumbii, której jednym z członków był gen. Tapias.

Delegacja spotkała się z przedstawicielami MSZ, MON i Ministerstwa Skarbu. Wzięła również udział w pokazie czołgu T-91 zorganizowanym przez Bumar Łabędy. „GP” ustaliła, że bilety lotnicze opłaciła Kolumbijczykom polska firma. Z kolei pobyt w warszawskim hotelu Intercontinental – Dadak. 

Przedstawiciele Bumaru byli zadowoleni. Tym bardziej że Kolumbia w latach 2011–2015 miała specjalny fundusz na modernizację armii opiewający na 5,5 mld dol. Wszystko ze względu na napięte relacje z Wenezuelą. Kolumbijscy wojskowi byli zainteresowani wydaniem część tych pieniędzy na czołgi T-91, Rosomaki, rakiety Spike i system przeciwlotniczy krótkiego zasięgu Kobra.

Szacowano, że w zależności od decyzji Kolumbii kontrakt mógłby opiewać nawet na miliard złotych.

Miesiąc po wizycie delegacji z gen. Tapiasem – 19 grudnia 2010 r. – Bumar zaczął naciskać na MSZ, aby przesłało pismo do kolumbijskich sił zbrojnych z zapewnieniami „o dużym zainteresowaniu i braku politycznych przeszkód do oferowania” sprzętu. 

W styczniu i lutym 2011 r. nastąpiła ożywiona wymiana e-maili między Bumarem i MSZ m.in. w sprawie oferty offsetowej. Doszło też do kolejnych spotkań przedstawicieli polskiej firmy z przedstawicielami rządu i armii Kolumbii. Mimo zaawansowanych rozmów do zawarcia kontraktu nie doszło. – Bumar nie chciał założyć tam biura. Z kolei w polskiej ambasadzie w Kolumbii nie było attaché wojskowego. Najbliższy znajdował się w Brazylii. Chciałem nawet zapłacić, aby wszystko zorganizować, ale poinformowano mnie, że nie mogę tego zrobić – tłumaczy Dadak, który współpracę z Bumarem zakończył w grudniu 2012 r. Dodaje, że jego zdaniem ktoś w Polsce specjalnie doprowadził do storpedowania tego kontraktu.

Konto na Instagramie i FB

Wokół kolumbijskiej sprawy cały czas jest wiele tajemnic. Z ustaleń „GP” wynika, że z Bumaru zniknęły dokumenty związane z niedoszłym kontraktem z Kolumbią. – Pamiętam temat Indii, Malezji, Peru, ale Kolumbii w ogóle nie – przyznaje w rozmowie z „GP” Krzysztof Krystowski, który w kwietniu 2012 r. (kilka miesięcy po kolumbijskim fiasku) zastąpił na fotelu prezesa Bumaru Edwarda Nowaka. To, że tych dokumentów nie było w spółce, potwierdził w rozmowie z „GP” także inny członek zarządu PHO. Zresztą w połowie 2013 r. spółka skierowała zawiadomienie do prokuratury w sprawie sfałszowania pełnomocnictwa spółki, na które próbowano wyłudzić kilkadziesiąt tysięcy dolarów za usługi hotelowe i przeloty samolotem. Podejrzewała, że mógł za tym stać Dadak. Nie potwierdzono tego. Śledztwo umorzono, nie wyjaśniając, kto dokonał fałszerstwa. Jednak w tym czasie okazało się, że Francuz miał nie spłacić karty kredytowej, a także zaciągniętego kredytu. Za każdym razem organy ścigania rozkładały ręce, bo nie mogły ustalić miejsca jego pobytu. – Nigdy się nie ukrywałem. Od lat prowadzę konto na Instagramie i Facebooku. Znany był też mój adres na Ibizie – podkreśla Dadak. Twierdzi, że nigdy nic nie wyłudził, a kartę kredytową spłacił. Nie wie, dlaczego bank miał wobec niego roszczenia. „A fałszywe faktury?” – pytam.

– To była próba zdyskredytowania mnie przez jednego z konkurentów, który chciał zająć moje miejsce w polskiej spółce. Przecież nigdy z Bumaru nie dostałem ani grosza! Na wyjazdy, hotele i spotkania sam wydałem jakieś pół miliona euro.

O kulisy współpracy Bumaru z Dadakiem chcieliśmy zapytać ówczesnego szefa spółki Edwarda Nowaka. Nie odbierał jednak telefonu komórkowego. Nie odpowiedział też na SMS. Wcześniej, pytany przez media o Dadaka, zasłaniał się niepamięcią.

Źródło: Gazeta Polska

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl