A co z ludobójstwem dokonanym przez Rosję?

Uczynienie z ludobójstwa dokonanego przez Ukraińców głównego punktu zagłady Kresów jest fałszowaniem historii, a nie przywracaniem prawdy.

Dyskusja nad zagładą Kresów, jaka toczy się intensywnie dopiero od kilku lat, zdaje się zmierzać na fałszywe tory. Sprowadzana jest bowiem do tematu ludobójczej zbrodni dokonanej na naszych rodakach przez ukraińskich nacjonalistów, jakby to dramatyczne wydarzenie było początkiem końca kresowego świata, jakby nie było innych równych mu nieszczęść, które spadły na Polaków na Wschodzie. W Sejmie jest propozycja ustanowienia święta państwowego w dniu rocznicy tzw. krwawej niedzieli. Do rangi problemu w relacjach międzynarodowych urasta niechęć Ukraińców do przyznania prawdy o akcjach UPA wobec obywateli RP narodowości polskiej. Dlaczego o tym piszę? Bynajmniej nie dlatego, by umniejszać tragedię, do jakiej doszło przeszło 70 lat temu na Wołyniu i innych ziemiach II Rzeczypospolitej. Ale by pokazać, iż zaczynamy działać wybiórczo – zażarcie walczyć o prawdę na temat jednych wydarzeń (i dobrze), a milczeć na temat innych, choć ani nie były mniej okrutne, ani nie pochłonęły mniej ofiar – nawet przeciwnie. Inny był tylko sprawca – Związek Sowiecki. 11 sierpnia 1937 roku decyzją najwyższych władz tego zbrodniczego kraju rozpoczęła się tzw. akcja polska. Miała czysto narodowy charakter – mordowano ludzi pochodzenia polskiego. W tym ludobójstwie zginęło około 200 tysięcy naszych rodaków, tysiące wysiedlono, część z nich po prostu nie przeżyła wywózek. Federacja Rosyjska, spadkobierczyni ZSRS, ani nie przyjmuje prawdy o tej okrutnej zbrodni, ani nie pozwala jej badać, upamiętniać, czcią otacza jej wykonawców, dzisiejsze jej służby nawiązują tradycją do formacji, które wycinały w pień Polaków. U nas na ten temat panuje cisza. Nie oburzamy się, nie grozimy, nie potępiamy. Przeciwnie – jakbyśmy o tym nie wiedzieli. Zagładę kresowych ziem RP rozpoczął dzień 17 września 1939 roku. Gdyby nie napad Sowietów na Polskę, który przesądził o klęsce i okupacji naszego kraju, do żadnego ludobójstwa na Wołyniu czy gdziekolwiek indziej by nie doszło. Państwo polskie nigdy by do tego nie dopuściło. Najpewniej relacje z częścią ukraińskiej mniejszości byłyby bardzo zaognione, być może doszłoby do krwawych incydentów, ale nigdy do ludobójstwa. Nie wymieniam zbrodni sowieckich dokonanych na wschodnich terenach Rzeczypospolitej po wrześniu 1939 roku – ich skala też jest przecież ogromna. Uczynienie z ludobójstwa dokonanego przez Ukraińców głównego punktu zagłady Kresów jest fałszowaniem historii, a nie przywracaniem prawdy. Jest też oznaką słabości naszego państwa, które z pełnym impetem żąda ekspiacji od spadkobiercy morderców, który jest dziś słabszy i na atakowaniu którego różne formacje mogą zyskać kilka politycznych punktów. Przyznam, iż ten drugi aspekt budzi odrazę – politycy Kukiza, PSL, SLD wiedzą, że rodziny ofiar ludobójstwa ukraińskiego są dziś znaczącą grupą wyborców, których głosy mogą przesądzić o ich obecności w parlamencie. Żerują więc bez opamiętania na ich jakże słusznym poczuciu krzywdy i niesprawiedliwości. W ramach tzw. akcji polskiej komuniści zlikwidowali całą społeczność. Nie ma dziś w Polsce grupy potomków, którzy upomnieliby się o prawdę o ich losie, a tym samym nie ma wyborców żywo zainteresowanych tym tematem. Poza tym sprawa dotyczy Federacji Rosyjskiej, a zdecydowana większość dzisiejszych politycznych orędowników jak najostrzejszych rozmów z Ukrainą traci zainteresowanie obroną prawdy, gdy w grę wchodzi interes Moskwy. 
 

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Bokser z Auschwitz

W ramach Pilskich Dni Żołnierzy Wyklętych od czterech już edycji organizowaliśmy turniej kadetów w kick-boxingu i boksie im. Tadeusza Pietrzykowskiego. Przy okazji święta naszych bohaterów promujemy postać niezwykłą, która wpisała się w swoisty sposób w naszą walkę o wolność. Tadeusz Pietrzykowski walczył o nią głównie swoimi pięściami. Karierę bokserką rozpoczął jeszcze jako gimnazjalista w przedwojennej stolicy. Trenerem Teddy’ego został Feliks Stamm, legenda polskiego pięściarstwa. Pietrzykowski był zawodnikiem WKS Legia i w jej barwach zdobył tytuł wicemistrza Polski oraz mistrza Warszawy w wadze koguciej. Jako młody człowiek zaangażował się też w działalność harcerską.

Po wybuchu wojny brał udział w obronie Warszawy jako podchorąży Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Po przegranej kampanii wrześniowej postanowił uciec do Francji, by kontynuować walkę o Polskę. Niestety w pobliżu granicy węgiersko-jugosłowiańskiej został aresztowany i ostatecznie 14 czerwca 1940 r. trafił do KL Auschwitz jako jeden z pierwszych więźniów tego niemieckiego obozu zagłady. Otrzymał numer obozowy 77. Po kilku miesiącach pobytu w Auschwitz znalazł sposób na przetrwanie tego piekła. Rozpoczął walki bokserskie. W marcu 1941 r. stoczył pierwszą z nich z Walterem Düningiem, byłym zawodowym mistrzem Niemiec. Wygrał ją. Pokonał również Leu Sandersa, holenderskiego mistrza kraju w wadze półśredniej. W obozie stoczył ponad 40 walk i większość z nich wygrał. Włączył się też w obozowy ruch oporu. W KL Auschwitz spotkał również o. Maksymiliana Kolbego. Franciszkanin wywarł na „Teddym” ogromne wrażenie, gdy stwierdził, że więzień, który ukradł mu chleb, najwidoczniej bardziej go potrzebował. Nie rozumiał też wówczas decyzji kapłana o dobrowolnym pójściu na śmierć za innego współwięźnia, jednak po latach stwierdził, że dane mu było spotkać człowieka niezwykłego. Wspominał: „Rady i wskazówki, jakie wówczas otrzymałem od księdza Kolbego, były dla mnie – niespokojnego uosobieniem – skutecznym lekiem i są nim do dnia ­dzisiejszego”.


W 1943 r. Tadeusz Pietrzykowski został przeniesiony do kolejnego obozu śmierci – KL Neuengamme. Tu także walczył, m.in. z niemieckim bokserem Schallym Hottenbachem. Następny obóz, do którego go przewieziono, to KL Bergen-Belsen, gdzie 15 kwietnia 1945 r. został wyzwolony przez wojska brytyjskie. Potem wstąpił do 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka, gdzie organizował zawody sportowe dla żołnierzy. W 1946 r. stanął ponownie na ringu i zdobył tytuł mistrza dywizji gen. Maczka w kategorii lekkiej. Po powrocie do Polski skończył studia na AWF w Warszawie i został trenerem boksu oraz nauczycielem.


Wczoraj w Muzeum II Wojny Światowej uhonorowano Pietrzykowskiego okolicznościowym wydarzeniem „»Teddy« – bokser z Auschwitz”. Po zakończeniu obrad rady muzeum o godz. 12 została otwarta czasowa wystawa „Bokserzy w piekle obozów” poświęcona sportowcom toczącym walki w niemieckich obozach zagłady. W uroczystości wzięli udział m.in. Jarosław Stawiarski, wiceminister sportu i turystyki, oraz córka Tadeusza Pietrzykowskiego – Eleonora Szafran.


Z kolei dzisiaj o godz. 15 w muzeum odbędą się pokaz filmu „Bokser i śmierć” w reżyserii Petera Solana (1962) oraz dyskusja panelowa z udziałem dr. Karola Nawrockiego, dyrektora Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, dr. hab. prof. UG Krzysztofa Kornackiego oraz Marcina Marczaka, zawodowego boksera, właściciela Klubu Bokserskiego Ring3City, w którym o godz. 19 odbędzie się inscenizacja „Walcz lub umieraj!”. Naszych Czytelników serdecznie zapraszam, zwłaszcza do zapoznania się z wystawą czasową.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl