Koniec europejskiego liberalizmu

Członkowie założyciele UE regularnie łamiący prawo unijne, Europa Zachodnia stosująca protekcjonizm pomimo głoszenia haseł o wspólnym rynku i byli europejscy urzędnicy lobbujący w interesie instytucji finansowych – w ostatnim czasie rzeczywistość brutalnie sprowadziła na ziemię zwolenników bezkrytycznego euroentuzjazmu.

Gdy w 2004 r. wchodziliśmy do Unii Europejskiej, większość Polaków czuła się, jakby złapała Pana Boga za nogi. Oczywiście nie jest prawdą, że do UE wchodziliśmy na kolanach. Próbowaliśmy stawiać swoje warunki, czego przykładem był chociażby trudny szczyt w Kopenhadze w 2002 r. Jednak generalnie każdy wiedział, że Polska wchodzi do UE w roli petenta. Tak jak zresztą wszystkie pozostałe kraje Europy Środkowej. Ubogie kraje byłego bloku wschodniego dopiero kilkanaście lat wcześniej zaczęły wyzwalać się spod dominacji ZSRS, więc szukały na Zachodzie punktów zaczepienia, które trwale przywiązałyby je do struktur euroatlantyckich. Wciąż prowadziły też rynkową transformację swoich zacofanych gospodarek, więc liczyły na import kapitału, technologii oraz rynkowego know-how. Stara Europa miała więc łaskawie zgodzić się na przyjęcie do elitarnego klubu dziesięciu aspirujących plebejuszy. Ówczesne nastroje w krajach Europy Środkowej były takie, że nawet gdyby UE samodzielnie podyktowała warunki akcesji, to większość naszej dziesiątki i tak prawdopodobnie by się na nie zgodziła.

Beztroska radość debiutanta

Nic więc dziwnego, że w takiej atmosferze bardzo szybko pozycję dominującą zdobyła w Polsce narracja bezkrytycznego euroentuzjazmu. Członkostwo w UE miało być kołem ratunkowym, które kraje Europy Zachodniej bezinteresownie rzuciły państwom naszego regionu. Nasze członkostwo w UE miało się wiązać dla nas niemal z samymi korzyściami, a dla starych członków wspólnoty miał to być przede wszystkim gest dobrej woli. Nawet jeśli mimochodem wspominano, że akcesja dziesiątki jest również w interesie Europy Zachodniej, to skupiano się bardziej na wartościach (szerzenie demokracji, większa stabilność geopolityczna) niż na twardych interesach.

UE w oczach świeżo upieczonych członków była więc przede wszystkim źródłem kapitału w postaci funduszy unijnych. Już samo to miało wzbudzać w nas wdzięczność. Oprócz tego dostaliśmy możliwość wyjazdów do pracy w zamożnych zachodnich gospodarkach, dzięki temu wielu z naszych rodaków mogło się dorobić. A dzięki włączeniu do wspólnego rynku inwestycje zagraniczne popłynęły do nas szerszym strumieniem, a nasze firmy mogły bez przeszkód sprzedawać swoje wyroby na zachód od Odry. Wydawałoby się, że to złoty interes – dostajemy mnóstwo, a sami nie dajemy niemalże nic. Niestety, jak to często w życiu bywa, nie doczytaliśmy tego, co było napisane małym drukiem.

Nie do końca wolny rynek

Szybko się okazało, że obraz UE od środka nie jest tak sielankowy. Zamiast idealnie harmonijnej współpracy gospodarczej mamy więc zaciętą walkę o dominację i chronienie własnych rynków. Zasady, na których oparto wspólny rynek i wolną konkurencję, czyli fundamenty UE, w różnym stopniu stosuje się wobec poszczególnych członków. Komisja Europejska podważyła więc plan ratunkowy Stoczni Gdańskiej, wymuszając na niej zamknięcie dwóch z trzech pochylni. W innym wypadku stocznia musiałaby zwrócić 760 mln zł jako niedozwoloną pomoc publiczną. Tymczasem pomoc dla niemieckich stoczni warta koło pół miliarda euro nie wzbudziła większych kontrowersji urzędników KE. 

Wątpliwości KE nie wzbudziła także pomoc publiczna dla niemieckich kopalń, choć siedmiokrotnie mniejsze od polskiego górnictwo niemieckie dostało wsparcie... 13 razy większe niż kopalnie w Polsce. A całkiem niedawno kraje zachodniej UE zupełnie oficjalnie uderzyły w ideę wspólnego rynku. Broniąc własnych przedsiębiorstw przed tańszą konkurencją z krajów Europy Środkowej, wymusiły przyjęcie przepisów ograniczających pracę pracowników delegowanych. Tak więc w świetle prawa uderzono w ideę wolnego przepływu usług.

Równi i równiejsi

Kraje Europy Środkowej, mając dużo mniejszą siłę przebicia w unijnych instytucjach, nader często są traktowane jak członkowie drugiej kategorii. Co rusz Polska, Węgry czy Rumunia stawiane są pod pręgierzem za domniemane łamanie wartości lub praw, na których oparta jest UE. Tymczasem kraje starej Europy mogą traktować prawo unijne bardzo swobodnie. Według danych KE, krajem, który najczęściej narusza unijne dyrektywy przez niewłaściwe lub zbyt późne ich wprowadzanie do swojego systemu prawnego, są Niemcy, trzecia jest Belgia, a Francja szósta. Cała pierwsza szóstka to kraje starej Europy, które jednak, może poza Grecją, nie muszą się obawiać, że ich przypadek stanie się przedmiotem rezolucji PE. Także traktaty stosowane są raczej wybiórczo. Traktat z Maastricht nakłada na członków strefy euro konieczność ograniczenia długu publicznego do 60 proc. PKB. W 2016 r. z krajów starej Europy kryterium to spełniał dokładnie... jeden kraj – Luksemburg. Tymczasem wśród krajów nowej Europy posiadających euro tylko Słowenia nie spełniała tego kryterium.

Także politycy z Europy Środkowej traktowani są inaczej. Szefowi KE Junckerowi włos z głowy nie spadł, gdy wyciek LuxLeaks dowiódł, że w czasach, gdy był premierem Luksemburga, jego kraj pomagał korporacjom w unikaniu podatków. Nieprzyjemności nie miał też Guy Verhofstadt, gdy w wyniku afery Panama Papers okazało się, że spółka, w której władzach zasiadał, miała spółkę córkę w raju podatkowym. Tymczasem wiceprzewodniczący PE Ryszard Czarnecki został pozbawiony funkcji z powodu... zbyt ostrej wypowiedzi. Ryszard Czarnecki miał złamać standardy debaty. Jak się stosuje standardy, udowodnił właśnie były szef KE Jose Manuel Barroso – został przyłapany na lobbowaniu w interesie swoich nowych pracodawców, choć, gdy w atmosferze skandalu zatrudniał się w banku Goldman Sachs, przyrzekał, że nie będzie z jego ramienia lobbował w KE.

Plusy ujemne

Akcesja krajów Europy Środkowej i włączenie ich do wspólnej przestrzeni gospodarczej miało być dobrym gestem wobec ubogich peryferii kontynentu. Wnet się okazało, że była to zwykła transakcja handlowa, na której stara Europa zyskuje przynajmniej tyle samo co nowe gospodarki. Otwarcie granic dla imigracji z Europy Środkowej stało się instrumentem drenaży mózgów z dobrze wykształconych społeczeństw naszego regionu. Ogromna część funduszy unijnych wróciła do Europy Zachodniej w postaci zamówień publicznych, które uzyskały tamtejsze firmy. Dzięki otwarciu rynków dla zachodnich inwestorów Europa Środkowa stała się także źródłem zysków, które szerokim strumieniem popłynęły na zachód od Odry. Jak wyliczył Thomas Piketty, w latach 2010–2016 do Polski wpłynęły fundusze unijne o wysokości 2,7 proc. PKB, jednak w tym samym czasie 4,7 proc. PKB wypłynęło w postaci zysków zagranicznych inwestorów. Do Czech wpłynęło 1,9 proc. PKB, a wypłynęło 7,6 proc. 

Oczywiście to wszystko nie oznacza, że per saldo nasze członkostwo w UE nam się nie opłaca. Trudno oczekiwać, że UE będzie doskonała. Nie ma idealnych organizacji międzynarodowych, a UE i tak jest jedną z najsprawniej działających. W każdej organizacji międzynarodowej kraje intensywnie ze sobą rywalizują, bo na tym polegają stosunki międzynarodowe, ale ramy organizacyjne tę rywalizację cywilizują. Jednak żadnej organizacji nie można idealizować. Za pięknymi hasłami o solidarności zawsze kryje się walka o swoje interesy. Wyżej opisane zdarzenia dowodzą, że bezkrytyczny euroentuzjazm dominujący w polskiej debacie po 2004 r. zupełnie się skompromitował. Patrząc na UE przez różowe okulary, trudno skutecznie w niej dbać o swoje.   
 

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Kto ma pamiątki z sypania polskiej Mogiły Mogił?

Muzeum Historyczne Miasta Krakowa przygotowuje wystawę poświęconą historii kopca Józefa Piłsudskiego na krakowskim Sowińcu (zwanego też polską Mogiłą Mogił, ponieważ złożono w nim ponad 4,5 tysiąca ziem z całego świata, gdzie ginęli oraz byli mordowani walczący o niepodległość swej ojczyzny Polacy) i szuka pamiątek związanych z jego sypaniem w latach 1934-1937.

Jeżeli ktoś ma fotografie, pocztówki i inne dokumenty związane z sypaniem kopca, a także jest w posiadaniu pisemnych bądź ustnych relacji uczestników budowy tego nietypowego pomnika niepodległości oraz jego odnawiania po 1980 roku, proszony jest o zgłoszenie się w najbliższą niedzielę od godziny 14.00 do 16.00 w Domu Zwierzynieckim. Wystawa pt. „Kopiec pamięci” zostanie otwarta w 104. rocznicę wymarszu Pierwszej Kompanii Kadrowej z Oleandrów, czyli 6 sierpnia br. i potrwa do 27 stycznia 2019 roku. Jako przewodniczący Komitetu Opieki nad Kopcem Józefa Piłsudskiego przy Towarzystwie Miłośników Historii i Zabytków Krakowa w pełni popieram apel Muzeum, z którym współpracujemy przy kreowaniu tej ekspozycji.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl