Osiem i pół

Jedną z rzeczy, które swoim obywatelom miał do zaoferowania PRL, były papierosy o specyficznej nazwie „8,5”, popularne „osiem i pół”. Powszechnie określano je mianem milicyjnych, w nawiązaniu do dowcipu o funkcjonariuszach, który głosił, że każdy z nich ma ukończone osiem klas szkoły podstawowej i pół roku kursu milicyjnego.

Faktycznie, trudno było ich zaliczyć w poczet tuzów intelektu, ale wtedy wszyscy, którzy wyrażali chęć służby w szeregach Milicji Obywatelskiej, byli dla totalitarnego państwa bardzo cenni i witani z otwartymi ramionami. Każdy ustrój musi posiadać aparat, za pomocą którego utrzymuje porządek oraz ład społeczny, i nikt tego nie neguje, bowiem w każdym ustroju są złodzieje, oszuści, gwałciciele czy mordercy.

Tysiące dla oprawców

Gorzej, jeśli państwo tworzy specjalne organizacje siłowe i stawia przed nimi jedno główne zadanie – utrzymać przy władzy ludzi, którzy ją posiedli i sprawują w sposób niedemokratyczny, jednocześnie pozostawiając tym organizacjom całkowitą dowolność w zakresie doboru metod i środków, jakimi się posługują. Przyzwolenie na takie funkcjonowanie w krótkim czasie owocuje utratą kontroli nad ich działalnością, a w samych strukturach narasta poczucie nieograniczonej władzy oraz bezkarności i wtedy funkcjonariusze sami stają się złodziejami, oszustami czy mordercami. Tragedią zaś jest moment, gdy po wielu latach od odzyskania wolności prześladowani ludzie, często żyjący w skrajnej biedzie, dowiadują się, że ich oprawcom wypłacane są emerytury w wysokości 8,5… tysiąca złotych.

Wypłata tych tysięcy złotych była zaciekle broniona w Polsce od wielu miesięcy. Komercyjne stacje telewizyjne pokazywały wiece, podczas których starsi panowie ze łzami w oczach wygłaszali płomienne przemowy o rzekomej krzywdzie, jaka ich spotyka ze strony rządu zabierającego im środki do życia. Opowiadali o swoim „poświęceniu i zaangażowaniu w codzienne wykonywanie obowiązków służbowych”, złym stanie zdrowia czy „członkach rodziny będących na utrzymaniu”. Przywoływali ryzyko, jakie ponosili podczas służby, podpierając się argumentem, że „każdy mógł pójść do milicji i w niej służyć”. Zapomnieli jednak napomknąć o jednym istotnym szczególe – nikt nie pozbawiał apanaży zwykłych milicjantów. Ci, którzy zwalczali przestępczość kryminalną, będą zaopatrywani przez państwo na dotychczasowych zasadach, a bajońskich kwot zostają pozbawieni jedynie ludzie, którzy w swojej karierze służyli państwu totalitarnemu w okresie od 22 lipca 1944 r. do 31 lipca 1990 r.

Rzadko można było także usłyszeć głos, iż świadczenia są jedynie obniżane, i to do kwot, o których większość dzisiejszych emerytów może jedynie pomarzyć. Roztaczanie apokaliptycznej wizji świata, w jakim od 1 października 2017 r. znajdą się byli członkowie Służby Bezpieczeństwa, pochłonęło ich do tego stopnia, że żaden z nich nie wspomniał o pewnych wydarzeniach sprzed wielu lat, które też miały miejsce w październiku.

Wierni do końca

Wieczorem 19 października 1984 r. na toruńskiej szosie został uprowadzony ks. Jerzy Popiełuszko. Uprowadzenia dokonało trzech funkcjonariuszy SB – Grzegorz Piotrowski, Leszek Pękala i Waldemar Chmielewski – a rozkazodawcą miał być ówczesny zastępca dyrektora Departamentu IV MSW płk Adam Pietruszka. Późniejsze badania wykazały, że kapłan był długotrwale torturowany przed śmiercią. Czy możemy spróbować wyobrazić sobie przez chwilę tamten czas? Zimna, mokra, bezgwiezdna, wietrzna październikowa noc, ciężko pobity, skrępowany człowiek, odziany jedynie w cienką sutannę i rzucony do bagażnika pojazdu. Bestia w ludzkim ciele, która w kilkunastominutowych odstępach nakazuje zatrzymywać samochód, chodzi na jego tył, otwiera bagażnik i okłada przygotowaną wcześniej, zawiniętą w szmatę ciężką stołową nogą bezbronnego, związanego księdza. Ta bestia ma swoje imię i nazwisko – nazywa się Grzegorz Piotrowski i jest kapitanem SB.

Na koniec zmaltretowane ciało zostaje obciążone kamieniami i wrzucone w ciemną wiślaną toń. Gehenna trwa ponad tydzień. Pozostaje wiele niewyjaśnionych aspektów tej sprawy, ale nie one są głównym przedmiotem niniejszych dywagacji. Wróćmy do osoby Piotrowskiego. Warto obejrzeć fotografie przedstawiające go podczas procesu toruńskiego. Starannie uczesany mężczyzna z pedantycznie włożonym pod kamizelkę kołnierzykiem koszuli, patrzący przed siebie beznamiętnym wzrokiem. Zimny zawodowy zabójca, na którym własny proces sądowy nie wywiera najmniejszego wrażenia. Odhumanizował zarówno siebie, jak i swoją ofiarę, ale teraz po latach wiemy, że system, którego Piotrowski był wiernym pretorianinem, z człowieczeństwem nie miał nic wspólnego.

Koniec polisy

Kulminacyjną fazą odczłowieczenia jest wojna – i to każda, bez wyjątku. Jednak w żadnym wojskowym regulaminie walki nie ma słowa o zabijaniu. Nawet tam ukrywane jest ono pod frazą „niszczenia siły żywej przeciwnika”, co, podobnie jak konwencje, nadaje jej namiastkę cech ludzkich. Nie ma w żadnym regulaminie komendy „walimy” nakazującej otwarcie ognia, a takowe słowo wypowiedział, oddając pierwszy strzał, Romuald Cieślak, dowódca plutonu specjalnego ZOMO, podczas pacyfikacji kopalni „Wujek” w grudniu 1981 r., gdzie zginęło 9 górników, a 23 zostało rannych. Ci sami ludzie w czasie kursu wspinaczkowego w 1982 r. mieli wspominać wydarzenia spod „Wujka”, posługując się terminologią używaną przez myśliwych, opowiadając o strzelaniu „na łeb i na komorę”. Gdzieś w Polsce matki, żony i dzieci opłakiwały poległych górników, a ich mordercy mówili o nich jak o zwierzętach. Czyż to nie jest bestialstwo najwyższej próby? Czy nad losem takich ludzi mam się obecnie pochylać? Zresztą oni sami zrobili wszystko, aby swój własny los zabezpieczyć, choćby przez pieczołowite gromadzenie akt operacyjnych.

Akta operacyjne – a właściwie ich palenie – pojawiły się w świadomości społecznej dzięki filmowi Władysława Pasikowskiego „Psy”. Produkcja weszła na ekrany w listopadzie 1992 r., czyli pięć miesięcy po obaleniu rządu Jana Olszewskiego, który szermował ujawnieniem bezpieczniackich dokumentów. Być może moja teza jest zbyt śmiała, ale sądzę, że obraz miał zbagatelizować wpływ zgromadzonych przez esbeków teczek na życie publiczne. Miał ocieplić wizerunek ­funkcjonariuszy, po-kazać jako ludzi ze zwykłymi zaletami i wadami, o których przeszłości decydował często ślepy los. Po ćwierćwieczu wiemy, że nic nie zostało pozostawione przypad-kowi. Teczka Lecha Wałęsy, przechowywana przez dziesięciolecia w domu Czesława Kiszczaka, stanie się symbolem życiowej polisy, w jaką zaopatrywali się komu-nistyczni aparatczycy na podstawie mistrzowsko zagranego przedstawienia dla maluczkich, nazwanego eufemistycznie Okrągłym Stołem, który szczodrze obrodził jedynie okrągłymi kwotami wypłacanymi strażnikom systemu z państwowej kiesy, bo dokładnie taką zawarto przy nim umowę.

Sam pan płać!

Właśnie na społeczną umowę, jaką miało zawrzeć z nimi państwo polskie, powołują się dziś obrońcy apanaży. Teraz okazuje się, że wszyscy pracowali przy czysz-czeniu toalet lub opróżnianiu popielniczek. Skoro tak, to mam przyjemność poinformowania tych osób o dalekowzroczności autorów ustawy dezubekizacyjnej, którzy przewidzieli dla nich indywidualną drogę odwoławczą, i gorąco zachęcam do skorzystania z jej dobrodziejstw. Jestem przekonany, że przebieg służby każdego odwo-łującego zostanie zbadany bardzo szczegółowo i z należnym pietyzmem.

Jeśli ktoś z czytelników zechce zarzucić mi cynizm, brak współczucia i bezwzględność, to informuję uprzejmie, że do dziś wzrusza mnie opowieść prof. Sławomira Cenckiewicza o panu Henryku Lenarciaku, opozycjoniście, który naprawiał własne okulary taśmą samoprzylepną, gdyż z głodowej emerytury nie było go stać na kupno nowych. Emeryturę w takiej wysokości zapewnili mu m.in. wytrząsacze esbeckich popielniczek, bronieni dziś tak zajadle przez Andrzeja Milczanowskiego, mantrycznie przywołującego swoją z nimi umowę.

Panie Milczanowski, jeśli pan się tak umawiał, to proszę dziś spełniać własne zobowiązania, wypłacając z osobistych zasobów obiecane tysiące. Może być nawet osiem i pół.

Howgh!

*Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów.

 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Polska atakowana, bo nieposłuszna

Organa Unii Europejskiej nadal atakują Polskę, tak jak czynią to od dwóch lat – od czasu, kiedy w wyniku demokratycznych wyborów polski parlament wyłonił nowy rząd.

W tym tygodniu mieliśmy kolejną rozprawę przed Trybunałem Sprawiedliwości UE w Luksemburgu w związku z Puszczą Białowieską, a także zapowiedź posiedzenia Komisji Europejskiej w najbliższą środę poświęconego ocenie praworządności w naszym kraju. Już za cztery dni KE może postanowić o uruchomieniu artykułu 7. Traktatu o Unii Europejskiej, która to procedura może zakończyć się sankcjami wobec kraju członkowskiego.

Nie ma żadnych szans, aby sankcje przeciw Polsce weszły w życie, bo potrzeba na to jednomyślności krajów UE, a wiele państw będzie broniło Polski, kierując się zasadą „Dziś Warszawa, jutro my”. Bardzo trudno też będzie zebrać większość potrzebną do uruchomienia artykułu 7., czyli 22 państwa w Radzie Europejskiej lub dwie trzecie głosów w europarlamencie.

Nasi wrogowie w UE wiedzą, że przegrają, ale wytaczają propagandowe działa po to, żeby psuć wizerunek Polski w świecie. A praworządność, Puszcza Białowieska czy Trybunał Konstytucyjny są tylko pretekstami, aby atakować Polskę – kraj, który przestał słuchać Brukseli czy Berlina.
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl