Wiktor Troshki jest obecnie żołnierzem 128. oddzielnej górskiej brygady szturmowej Zakarpackiej Sił Zbrojnych Ukrainy.
- Jest etnicznym Węgrem. Nie służył w Siłach Zbrojnych, nie ukończył wydziału wojskowego na uniwersytecie, nie miał doświadczenia wojskowego, a tym bardziej bojowego. Oznacza to, że mógł dalej prowadzić wykłady ze studentami lub angażować się w działalność naukową
- pisze "Ukraińska Prawda".
Jednak w pierwszych dniach rosyjskiej inwazji wykładowca Użhorodzkiego Uniwersytetu Narodowego dobrowolnie udał się do wojskowego biura rejestracji i rekrutacji. Został żołnierzem 128. Górskiej Brygady Szturmowej.
- Moja żona jest Ukrainką, pochodzi z innej wsi niedaleko Użhorodu. Uczyliśmy się na studiach podyplomowych, więc wykłada również na Użhorodzkim Uniwersytecie Narodowym. Mamy dwóch synów: Dawid ma trzy lata, a Daniel jeden. I rozmawiamy z nimi też w dwóch językach: ja mówię po węgiersku, a moja żona mówi po ukraińsku. Młodszy Daniel wciąż nie rozumie, dokąd jadę, a Dawid wie, że „tata goni złych wujków”
- opowiada Wiktor.
Kilka dni po rozpoczęciu wojny Wiktor przyszedł do wojskowego biura rejestracji i rekrutacji, aby zaciągnąć się jako ochotnik do Sił Zbrojnych. Wcześniej opowiedział o swojej decyzji rodzinie. Nie byli, delikatnie mówiąc, zachwyceni. Przyjęli to jednak bez sprzeciwu.
- Była ogromna kolejka ochotników i zmobilizowanych w wojskowym biurze - kontynuuje Wiktor. - Kiedy złożyłem dokumenty i powiedziałem, gdzie pracuję, jeden z oficerów wykrzyknął: „Ach, potrzebujemy właśnie takich w artylerii!”. Pewnie dlatego, że dobry strzelec musi dobrze znać matematykę. Tak się tu dostałem.
Wcześniej nie miał pojęcia, jak działa artyleria, nigdy nawet nie trzymał w rękach karabinu. Teraz, wraz z kolegami, wykładowca Użhorodzkiego Uniwersytetu Narodowego znosi polowe warunki wojskowe: nocuje w internacie, często na podłodze w pomieszczeniach niemieszkalnych, grzeje się przy piecu, przyzwyczaja się do życia bez prądu. - Cieszę się, że mogę porozmawiać krótko z rodziną, a czasem wystarczy prosty sms, że wszystko jest w porządku - mówi, dodając:
Rosjanie wielokrotnie ostrzeliwali teren wokół pozycji oddziału artylerii, ale dzięki Bogu wszyscy nasi żołnierze żyją i mają się dobrze.
- Codziennie dostajemy ciepłe jedzenie, a nawet słodycze, prawdopodobnie od wolontariuszy - mówi Wiktor. - Niedawno zainstalowano prysznic polowy, dzięki czemu można myć dwa razy w tygodniu. Nie jestem wybredny, więc takie warunki uważam za normalne. Dowódcy traktują żołnierzy po ludzku, co mnie nawet trochę zdziwiło. Moralnie byłem gotowy na trudniejsze warunki - kończy.