Wystąpienie Donalda Trumpa w szwajcarskim kurorcie było najbardziej wyczekiwanym punktem dzisiejszego dnia. I jak zwykle – prezydent Stanów Zjednoczonych nie zawiódł, wygłaszając mowę, która z pewnością nie spodoba się na salonach liberalnych elit.
„Europa zmierza w złym kierunku”
Trump, który od początku swojej drugiej kadencji stawia na politykę „America First”, brutalnie zdiagnozował obecną kondycję Europy. Choć zapewnił: „Kocham Europę i chcę, żeby Europie się dobrze powodziło”, to zaraz dodał gorzką prawdę o kierunku, w jakim podążają państwa UE.
Według prezydenta USA, Waszyngton (za czasów jego poprzednika) i stolice europejskie przyjęły błędny dogmat, że rozwój polega na „stale rosnących wydatkach publicznych, niekontrolowanej masowej migracji i niekończącym się imporcie z zagranicy”.
Trump ostro skrytykował unijną politykę klimatyczną, nazywając ją wprost „nowym zielonym szwindlem”. Dostało się również polityce otwartych drzwi.
Prezydent USA mówił o „importowaniu nowych i innych populacji z odległych krajów”, co jego zdaniem prowadzi do niszczenia wielu części świata na naszych oczach.
– Szczerze mówiąc, wiele części naszego świata ulega zniszczeniu na naszych oczach, a przywódcy nawet nie rozumieją, co się dzieje. A ci, którzy rozumieją, nic z tym nie robią
– punktował Trump.
PKB w górę, krytycy w błędzie
W kontraście do pogrążonej w stagnacji Europy, Donald Trump przedstawił twarde dane z amerykańskiej gospodarki.
– Praktycznie wszyscy tak zwani eksperci przewidywali, że moje plany zakończenia tego nieudanego modelu doprowadzą do globalnej recesji i galopującej inflacji, ale udowodniliśmy, że się mylili
– triumfował prezydent.
Jak ogłosił w Davos, w ostatnim kwartale 2025 roku wzrost PKB w USA wyniósł imponujące 5,4 proc. To wynik, o którym większość państw strefy euro może obecnie tylko pomarzyć.
Koniec reżimu Maduro i ropa dla USA
Jednym z najciekawszych wątków przemówienia była kwestia Wenezueli. Przypomnijmy – 3 stycznia 2026 roku siły specjalne USA schwytały Nicolasa Maduro, kończąc lata dyktatury w Caracas. Trump ujawnił dziś szczegóły nowej współpracy z tym krajem.
- Współpracujemy wspaniale – po tym jak skończył się nasz atak. Atak się skończył i powiedzieli: „Zawrzyjmy umowę” – relacjonował Trump.
Prezydent USA zapowiedział, że Wenezuela w ciągu najbliższych sześciu miesięcy zarobi więcej pieniędzy niż przez ostatnie 20 lat, a do kraju wracają wielkie koncerny naftowe. Co kluczowe dla Ameryki – przychody z przejętych przez USA 50 mln baryłek wenezuelskiej ropy są dzielone między Waszyngton a Caracas.
– To niesamowite. To piękny widok – podsumował Trump.
Grenlandia znów na stole
Na koniec Donald Trump powrócił do elektryzującego ostatnio media tematu Grenlandii. Prezydent USA oficjalnie wniósł o „natychmiastowe negocjacje, by omówić kwestię przejęcia Grenlandii przez USA”.
Trump stwierdził wprost, że oddanie Grenlandii Danii po II wojnie światowej było błędem.
– Byliśmy głupi, że oddaliśmy Grenlandię Danii po II wojnie światowej, teraz są bardzo niewdzięczni – ocenił amerykański przywódca, dając jasno do zrozumienia, że strategiczna wyspa powinna znaleźć się w amerykańskiej strefie wpływów.
– Prawdopodobnie nic nie dostaniemy, chyba że zdecyduję się na użycie nadmiernej siły – stwierdził Trump. Zaraz jednak dodał w swoim stylu:
– Siły, gdzie, szczerze mówiąc, bylibyśmy nie do zatrzymania. Ale tego nie zrobię.
Prezydent USA podkreślił, że choć Ameryka ma miażdżącą przewagę i mogłaby zrealizować ten cel militarnie, on wnosi o „natychmiastowe negocjacje”.
„Prosimy o kawałek lodu”
Trump argumentował, że przejęcie wyspy to w rzeczywistości niewielka prośba w porównaniu do tego, co Ameryka robi dla Europy.
– Wszystko, o co prosimy, to pozyskanie Grenlandii, w tym prawa własności, ponieważ prawo własności jest potrzebne do jej obrony – tłumaczył prezydent, wskazując na strategiczne znaczenie wyspy dla obrony północnej flanki NATO:
– Prosimy o kawałek lodu. To bardzo mała prośba w porównaniu z tym, co dawaliśmy im przez wiele, wiele dekad.
Amerykański przywódca zaznaczył, że przejęcie wyspy przez USA nie jest zagrożeniem dla NATO, lecz przeciwnie – „znacznie wzmocniłoby bezpieczeństwo całego Sojuszu”.