- Sankcje wobec reżimu (Alaksandra) Łukaszenki to tępa broń. Dla walczącej o polityczne przeżycie kierowniczej kliki groźba zakazów wjazdu stanowi niewielkie zmartwienie. Jednak fakt, że UE już od miesiąca obraduje na temat sankcji i zapewne dopiero za dwa tygodnie formalnie zatwierdzi odpowiednią listę nazwisk, wskazuje również na ogólną niechęć do zajmowania się trudnym tematem. Zachód działa tu bez jakiegokolwiek przywództwa, choć na ulicach Mińska, Grodna i Brześcia toczy się gra o centralne wartości świata demokratycznego
- czytamy w komentarzu "NZZ".
- Ma się tam do czynienia z sojuszem trucicieli i porywaczy ludzi. W państwie (Władimira) Putina opozycjoniści obawiają się zamordowania przy pomocy broni chemicznej, podczas gdy Łukaszenka wyróżnia się porywaniem swych przeciwników i ekspediowaniem ich za granicę. Bez politycznego zabezpieczenia ze strony Putina straciłby zapewne rezon już dawno. Trzeba jednak o tym pamiętać, gdy rozmyśla się nad pomocą dla prześladowanego białoruskiego społeczeństwa. Wywieranie nacisku na Łukaszenkę powinno się zacząć od nacisków na jego wspólników na Kremlu
- podkreśla szwajcarski dziennik.
Unijni dyplomaci poinformowali na początku tygodnia, że UE w odpowiedzi na sfałszowane sierpniowe wybory prezydenckie zamierza do połowy września nałożyć sankcje gospodarcze na 31 wysokich rangą białoruskich urzędników, w tym na szefa resortu spraw wewnętrznych.
Prace nad sankcjami przeciwko osobom odpowiedzialnym za represje wobec pokojowych demonstrantów i fałszerstwa wyborcze na Białorusi trwają od połowy sierpnia.