„NIE” dla uchodźców – i co dalej?
Warto wreszcie jasno zakreślić nasz stosunek do jednego z największych wyzwań, jakie stoją przed Europą.
Mam nadzieję, że mój artykuł sprowokuje debatę, która naprawdę jest w naszym kraju bardzo potrzebna, bo przygotować powinna stanowisko opinii publicznej w tej kwestii. Natomiast to, co uważa w tej sprawie większość opinii publicznej (społeczeństwa), musi – mówię to bardzo serio – stanowić dyrektywę dla działań rządu. Mogę sobie wyobrazić, że w różnych kwestiach, nawet ekonomicznych czy socjalnych, władza, korzystając z mandatu wyborczego i moralnego, podejmuje decyzję za naród i niejako wyznacza mu drogę, którą ma on podążać. Jednak nie w kwestii imigrantów (uchodźców)! Tutaj rząd, prezydent, ale też partia rządząca w żaden sposób nie mogą rozminąć się z nastrojami społecznymi. Aby jednak władza wiedziała, czego społeczeństwo chce – poza dość oczywistą znajomością faktu, że nie chce uchodźców (imigrantów) – potrzebna jest właśnie debata, którą niniejszym proponuję na łamach „Gazety Polskiej Codziennie”.
Dla większej przejrzystości przedstawię moje stanowisko w punktach. Także po to, aby łatwiej było do nich się odnieść potencjalnym polemistom, którzy są doprawdy mile widziani, jako że akurat w kwestii „islam i muzułmanie” musimy wiedzieć i czego chcemy, i czego nie chcemy, a nie reagować jedynie na zasadzie emocjonalnych „odruchów Pawłowa”, nawet jeśli podyktowane są one najlepszymi, patriotycznymi intencjami i naturalną (dla nas, dla naszego obozu) chęcią obrony tradycyjnych wartości.
1. Nie chcemy imigrantów! Wszak musimy być precyzyjni: nie chcemy imigrantów spoza Europy, a musimy być jeszcze bardziej precyzyjni: nie chcemy także uchodźców z muzułmańskiej części Europy (Albania, Kosowo, duża część Bośni i Hercegowiny, spora część Macedonii), ale w naszym narodowym interesie ekonomicznym, społecznym, demograficznym (!) i politycznym jest przyjmowanie na dłuższy okres albo i na stałe gości ze Wschodu. Oczywiście nie chodzi o Bliski Wschód, ale o kraje położone za wschodnią granicą Polski, jak Ukraina czy Białoruś. Można to rozszerzyć do całego czy prawie całego obszaru dawnego Związku Sowieckiego, a mówiąc znów bardzo precyzyjnie – jego europejskiej części.
Nasze fakty, ich mity
2. Proste, łatwe, przyjemne i często używane w debacie publicznej pojęcie uchodźcy-chrześcijanie, których mamy przyjmować zamiast uchodźców-muzułmanów wymaga też bardzo szczegółowego rozebrania na czynniki pierwsze. Rzecz w tym, że choć to głównie islamscy imigranci stanowią realne zagrożenie kryminalne czy terrorystyczne dla Starego Kontynentu, trzeba również powiedzieć wprost – na co wskazuje przykład krajów skandynawskich, a szczególnie Szwecji i Danii – iż, choćby czarni chrześcijanie z Erytrei, również kiepsko asymilują się z tymi społeczeństwami, tworzą swoiste getta i w olbrzymiej mierze (wedle tamtejszych statystyk bardziej nawet niż syryjscy wyznawcy Mahometa!) nie podejmują pracy, tylko żyją z tzw. socjalu.
3. Nasze zdecydowane weto wobec przyjmowania uchodźców spoza Starego Kontynentu, a szczególnie muzułmanów, jest podyktowane także ich dobrem (sic!). Łatwiej będą się integrowali w krajach z wielusettysięcznymi czy milionowymi wspólnotami islamskimi, jakie istnieją w państwach Beneluksu (zwłaszcza Belgia i Holandia), Francji, Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej (szczególnie w Anglii), Niemczech czy we Włoszech. Chyba że zwolennicy przyjmowania do Polski uchodźców (imigrantów), w tym z krajów muzułmańskich, mają w nosie ich interesy, tylko myślą o wielkich zmianach społeczno-kulturowo-cywilizacyjno-religijno-demograficznych, które mają całkowicie zmienić tradycyjną, konserwatywną – dla nich wsteczną – strukturę społeczeństwa polskiego.
4. Dobrym przykładem na naszą dotychczasową otwartość na uchodźców (imigrantów) islamskich było przyjęcie do naszego kraju prawie 100 tys. gości z Czeczenii, którzy trafili do nas po agresji Federacji Rosyjskiej na ten kraj. Charakterystyczny i potwierdzający rozważania z punktu trzeciego jest fakt, że olbrzymia większość z nich, poza około tysiącem, zatrzymała się w Polsce na krótko, aby dalej podążyć do krajów Europy Zachodniej czy Północnej (głównie do Niemiec, Austrii, Danii i Szwecji).
5. Nasze uzasadnione weto wobec przyjmowania islamskich imigrantów nie może oznaczać braku akceptacji dla kilkuset (?) syryjskich czy irackich muzułmanów, którzy w Polsce studiowali, tu się ożenili, tu mieszkają ze swoimi polskimi żonami i spolonizowanymi dziećmi, znają język polski, tutaj pracują, płacą podatki i wsiąkli w polski krajobraz. Podsumowując: zdecydowana negacja dla muzułmańskich uchodźców nie równa się bynajmniej niechęci do wyznawców Allaha – obywateli Rzeczypospolitej od lat kilkudziesięciu czy kilkunastu. Co więcej, obok oczywistych względów merytorycznych, które przedstawiłem wyżej, są też względy polityczno-PR-owskie: pokazując nasze selektywne stanowisko wobec muzułmanów: „NIE” dla ludzi niemających nic wspólnego z polską tradycją i rzeczywistością i „TAK” dla muzułmanów – współobywateli RP, nie mówię już o wspaniałych, wielowiekowych patriotycznych tradycjach polskich Tatarów w Rzeczypospolitej – uzyskujemy argument i bardziej poręczne instrumentarium w tej debacie. W debacie zresztą nie tylko przecież toczonej w kraju, ale również poza jego granicami, na forum UE, gdzie hasło „imigranci” i naczelne pytanie „jak ich rozlokować?” zdominowały dyskurs, współgrając zresztą coraz silniej z dyskusją dotyczącą zagrożenia terrorystycznego.
Porażające dane wywiadu
6. Istotnym naszym argumentem przeciwko imigrantom spoza Europy jest właśnie, zasygnalizowana w ostatnim zdaniu poprzedniego punktu, kwestia minimalizowania zagrożenia atakami terrorystycznymi. W sytuacji gdy głównodowodzący wojsk NATO w Europie generał Phillip Breedlove twierdzi, że co najmniej 1,5 tys. bojowników islamskich przemknęło do Europy na fali swoistej imigracyjnej inwazji, nie można tej wypowiedzi lekceważyć, bo przecież stoi za nią, powiedzmy wprost, praca amerykańskiego wywiadu. Gdy z innych wiarygodnych źródeł dowiadujemy się, że ISIS wszedł w posiadanie dwóch tysięcy syryjskich paszportów – tym bardziej musimy być czujni. Wreszcie, gdy wiemy, że za zamachami w Paryżu (o tym wiedzą wszyscy) i Ankarze (o tym się nie mówi) stoją islamiści – „uchodźcy”, nie ma wątpliwości, że trzeba stawić tamę uchodźcom, aby po prostu nie zwiększać zagrożenia terrorystycznego w Polsce. To doprawdy kwestia statystyki – im więcej uchodźców, tym większe prawdopodobieństwo zamachów. Zakładając nawet optymistycznie, że tylko promil muzułmańskich imigrantów pójdzie w kierunku zabijania niewinnych ludzi, to rzecz jasna im większa liczba uchodźców, tym większa, statystycznie biorąc, także liczba zamachowców.
Biznes jest biznes
7. Zdecydowane „NIE” dla imigrantów (uchodźców) w ogóle, a islamskich szczególnie, nie oznacza bynajmniej totalnej negacji współpracy ze światem islamu. Jestem jak najbardziej za tym, aby państwo polskie ożywiło kontakty handlowe z krajami muzułmańskimi, w tym zwłaszcza arabskimi. Im więcej będziemy tam sprzedawali naszych towarów – tym lepiej, bo tym więcej będzie miejsc pracy w Polsce, a polscy obywatele będą lepiej wynagradzani. Jestem też otwarty na, konkretnie arabskie, inwestycje w Polsce. Mając do wyboru pieniądze z Kataru czy z Rosji – wybieram te pierwsze, oczywiście dając cały czas zielone światło dla rodzimego kapitału. Niestety, nie mamy go wciąż zbyt dużo.
Podsumowując: to pragmatyczne podejście polskiej prawicy – niezgoda dla uchodźców, akceptacja dla współobywateli wyznania islamskiego czy wspieranie handlu między Polską a krajami arabskimi (szerzej: muzułmańskimi), zgoda na ewentualne inwestycje arabskie w Polsce – o ile nie będą „picem na wodę, fotomontażem”, jak słynny katarski inwestor od Stoczni Gdańskiej, który objawił się w kampanii wyborczej 2008 r., a następnie zniknął niczym w burzy piaskowej.
To, co proponuję, jest najbardziej optymalne dla polskich interesów ekonomicznych, politycznych i demograficznych oraz dla naszej tożsamości kulturowej, cywilizacyjnej i religijnej.