Był postacią dosyć bezbarwną. Poza historią niesławnego odejścia z jego prezydentury pozostanie w pamięci tylko zdanie, że także islam ma swoje miejsce w Niemczech. Media obsługujące masowe gusty będą może tylko żałowały nieco jego małżonki, która miała być niemiecką odpowiedzią na Carlę Bruni i miała zaćmić ją swoimi tatuażami.
Gauck symbolizuje pewne siebie Niemcy, demokratyczne, patriotyczne, niemuszące już się wstydzić przeszłości, zadowolone z teraźniejszości, optymistycznie patrzące w przyszłość. Jego rodzice już na początku lat trzydziestych zostali członkami NSDAP. Ojciec, z zawodu kapitan statku handlowego, służył nawet czas jakiś w Gotenhafen, czyli w Gdyni. Pod koniec wojny dostał się do niewoli brytyjskiej. Wuj, który wywarł na niego duży wpływ, był nawet zawodowym funkcjonariuszem nazistowskiej organizacji młodzieżowej, potem krytykiem NRD i także pastorem. Ojciec Gaucka został po wojnie aresztowany i wywieziony na Syberię, to sprawiło, że rodzina zachowywała odtąd wielki dystans do „socjalistycznej rzeczywistości”. Gauck – były duchowny protestancki, który nie był członkiem organizacji komunistycznych i w 1989 r. przyłączył się do protestów, późniejszy dyrektor odpowiednika polskiego IPN – symbolizuje Niemcy, które rozliczyły się ze swoją przeszłością – nazistowską i komunistyczną.
Z nazistowską przeszłością, jak wiadomo, różnie bywało – dopiero od końca lat sześćdziesiątych wola zmierzenia się z nią przybrała na sile. Dlatego rozliczenia z komunizmem postanowiono dokonać bardziej konsekwentnie, co było o tyle łatwiejsze, że dotyczyło niemal wyłącznie obywateli dawnej NRD. Wielu z nich miało do tych procedur taki stosunek jak polscy postkomuniści. Nie przypadkiem więc z największą niechęcią kandydatura Gaucka spotkała się ze strony „lewicy”, a także ze strony „Ossis”.
Niemcy Wschodnie dostarczyły jednak republice berlińskiej tak potrzebnego mitu założycielskiego – pokojowej rewolucji. Kiedyś zwana „zwrotem“, była dla większości enerdowców czymś zaskakującym, nielubianym – dzisiaj urasta do symbolu niemieckiego odrodzenia jako narodu demokratów i ludzi przywiązanych do wolności. Czasami zapomina się, że rewolucja ta wyrażała się często w ucieczce na drugą stronę muru, co jest jednak dosyć nietypowe dla rewolucji, nawet pokojowych.
W swoim przemówieniu inauguracyjnym nowy prezydent wiele mówił o odpowiedzialności za kraj, tak by również dzieci i wnuki mogły mówić: to jest „nasz kraj”. Nie wyjaśnił, jak się to wiąże z hasłem „więcej Europy”, które przecież musi także oznaczać, że inni Europejczycy będę mogli ingerować w sprawy niemieckie. Jednak obawy podobne jak polskie, że stajemy się coraz mniej gospodarzami we własnym kraju, nie dręczą Niemców, choć niektórzy się martwią, czy dalsza integracja europejska jest zgodna z konstytucją i czy dyktat Merkozy’ego nie prowadzi do podważenia prerogatyw Bundestagu i niemieckiej demokracji. W przeciwieństwie do nas Niemcy mają własny przemysł, media oraz polityków dbających o dobro kraju i potrafiących myśleć i działać strategicznie. Każdy, kto ma wątpliwości, czy jest jeszcze miejsce na patriotyzm w „jednoczącej się Europie”, mógł się ich pozbyć, obserwując wydarzenia ostatnich tygodni w Niemczech. I pożegnalny dla Wulffa capstrzyk, którego pochodnie musiały śmiertelnie przerazić redaktorów Bratkowskiego i Kuczyńskiego, i wybory oraz zaprzysiężenie Gaucka były przesiąknięte patriotycznym duchem, niepozbawionym powściągliwego, ale tym wyraźniejszego patosu. Nikt tu już nie mówi, że trzeba się wyrzec niemieckości, by być Europejczykiem.
Intelektualiści z dawnego NRD, kiedyś opozycjoniści, więcej potrafią zrozumieć z Polski niż „Wessis”. Prezydentura Gaucka mogłaby być przełomem w relacjach polsko-niemieckich, jeśli rzeczywiście zechce on rozmawiać z Polakami, jeśli poważnie będzie traktował swoje słowa o Polsce jako kraju wolności i nie zapomni o tym, czego się dowiedział, gdy stał na czele „urzędu Gaucka”.
