Z nowym rokiem kryzys strefy euro wchodzi w ostrzejszą formę. Krach publicznych finansów Grecji postawił pod znakiem zapytania stabilność europejskiego systemu bankowego, a obecnie dosięga on sfery gospodarki realnej, czyli produkcji.
W ostatnim kwartale u.br. gospodarka niemiecka zanotowała niespodziewany spadek PKB, a rok 2012 zapowiada się jeszcze gorzej. Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) właśnie obniżył prognozę wzrostu w Eurolandzie z plus 1,1 proc. do minus 0,5 proc. Szczególnie ostry spadek dochodu narodowego ma nastąpić we Włoszech i Hiszpanii, odpowiednio 2,2 proc. i 1,7 proc., a jeszcze nie tak dawno MFW spodziewał się wzrostu w tych krajach o 0,3 proc. i 1,1 proc.
Decyduje Berlin
To, czy Polska będzie brać udział w szczytach strefy euro, czy nie, jest sprawą bez jakiegokolwiek praktycznego znaczenia. Całe zamieszanie z tym związane to teatr obliczony na mydlenie oczu naiwnym. Wszelkie kwestie gospodarcze są jednostronnie rozstrzygane w Berlinie i nawet Paryż ma tu niewiele do powiedzenia. Unia szybkim krokiem przechodzi od systemu podejmowania decyzji, dającego w miarę równe szanse wszystkim członkom, do systemu opartego wyłącznie na sile ekonomicznej.
Mówiąc bez ogródek, Polska nie ma żadnych możliwości obrony swoich interesów ani w ramach paktu fiskalnego, ani Euro Plus czy innych tego typu inicjatyw. Wszelkie znaki wskazują na to, że nastąpił podział Unii, to już nie jest Europa dwóch prędkości, ponieważ ostatecznym celem nie jest integracja całego kontynentu, ale poddanie „peryferii” pod zupełną dominację niemiecko-francuskiego rdzenia.
Dlatego też w naszym najlepiej pojętym interesie leży szybka reorientacja polityki, dywersyfikacja stosunków politycznych i handlowych. Należy zacieśniać związki z USA, MFW i wschodzącymi potęgami w Azji. Jest to kurs konieczny nie tylko ze względu na obecny rozwój sytuacji w Unii, ale dlatego, że już przed obecnym kryzysem długoterminowe prognozy wieściły gospodarczy zmierzch Europy, a w wyniku decyzji podjętych w ciągu ostatnich dwóch lat proces ten najprawdopodobniej ulegnie przyspieszeniu.
Pogrążeni w kryzysie
Strefa euro pogrąża się w kryzysie, ponieważ nie stanowi ona OOW i, co więcej, od początku przyjęto błędną strategię walki z krachem. W 2010 r. eurokraci wymyślili pakiet pomocowy dla Grecji, a politycy wywierali naciski na EBC, by udzielał on bankom prywatnym pożyczek pod zastaw greckich obligacji. Tym sposobem z całkowitego zadłużenia Grecji, wynoszącego ok. 350 mld euro, aż 150 mld euro znalazło się w rękach rządów europejskich i EBC. Również część tego długu będzie musiała zostać umorzona. Fakt ten nie tylko osłabi finansowo EBC, ale i podkopie jego wiarygodność.
W grę wchodzi nie tylko dług grecki, ale również portugalski. Krach w Portugalii spowoduje efekt domina, pogłębi także kryzys sektora bankowego w Hiszpanii. Jak ratować banki na Półwyspie Iberyjskim, jeśli ów pakt fiskalny nakłada na rządy ścisłe rygory budżetowe? A na horyzoncie są jeszcze Włochy z realną wizją bankructwa kraju, Hiszpania i Włochy są zbyt duże, by politycy europejscy pozwolili im upaść, ale jednocześnie są one zbyt duże, aby fundusz stabilizacyjny strefy euro był w stanie je uratować.
Obecny kryzys w pełni objawił prawdziwe oblicze integracji europejskiej. Nie chodzi o stworzenie spójnej wspólnoty pozwalającej słabszym na dogonienie czołówki, ale o osiągnięcie dominacji jednych nad drugimi. Nic nowego, zadziwia tylko to, że tak wielu dało się na to nabrać. Pocieszający jest jednak fakt, że ten misterny plan ma małe szanse się spełnić, ponieważ kryzys gospodarczy się rozszerza i pogłębia – wcześniej czy później rozsadzi strefę euro.
Całość artykułu w tygodniku "Gazeta Polska"