Po zablokowaniu przez Rosję rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie sankcji przeciw Syrii w odwiedziny do syryjskiego dyktatora Baszara al-Assada pojechał rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, któremu towarzyszył dawny rosyjski premier, a obecnie szef wywiadu Michaił Fradkow. Według oficjalnych informacji Rosjanie mieli namawiać al-Assada do rozpoczęcia dialogu.
Jednak syryjscy opozycjoniści szybko się dowiedzieli, po co przyjechał Fradkow. Przywiózł zdjęcia satelitarne i mapy, na których zaznaczono obozy i miejsca koncentracji Wolnej Armii Syrii.
Chodzi o oddziały partyzanckie sformowane jesienią ubiegłego roku z oficerów i żołnierzy, którzy zdezerterowali z armii al-Assada, nie chcąc uczestniczyć w pacyfikacji ludności cywilnej. Od listopada prowadzą zajadłą wojnę podjazdową z siłami rządowymi. Atakowali nawet siedziby służb bezpieczeństwa w Damaszku, bazy wojskowe wokół stolicy kraju i kolumny wojsk pancernych.
O tym, że wojska rządowe nie dają sobie rady z partyzantami, Rosjanie świetnie wiedzą.
Francuski dziennik „Le Figaro” twierdzi, że do Syrii przyjeżdżają tłumy rosyjskich agentów wywiadu i doradców wojskowych. Większość udaje marynarzy lub personel obsługujący miejsce bazowania rosyjskiej floty w syryjskim porcie Tartus. Po wylądowaniu na syryjskiej ziemi ślad po nich ginie.
Syryjska opozycja i agenci z sąsiednich krajów arabskich (głównie Libanu, ale też Egiptu i Jordanii) wykryli jednak, gdzie znikają goście. Przydziela się ich do sztabów wojskowych, poszczególnych oddziałów, służb specjalnych, a nawet niektórych ministerstw jako doradców.
Mają taką pozycję, że prezydent Baszar al-Assad nie podejmuje żadnych operacji wojskowych przeciw powstańcom bez konsultacji z Rosjanami. Moskwa niedawno dostarczyła też al-Assadowi artylerię przeciwlotniczą. Rosyjscy wojskowi uważają bowiem, że uniemożliwi to Zachodowi powtórzenie w Syrii takiej operacji lotniczej, jak w Libii.
W zamian za pomoc wojskową Kreml domaga się zgody na otwarcie swojej stacji radiolokacyjnej na dominującej nad Damaszkiem górze Mont Qasioun (na północno-wschodnich krańcach miasta). Radar tam umieszczony panowałby nad przestrzeniami powietrznymi Izraela, Libanu i Jordanii.
Ale poza wojskiem i służbami rosyjscy doradcy od kliku tygodni intensywnie pracują na reformą rządzącej formalnie w Syrii partii Baas. Przygotowują ją do działania w czymś w rodzaju systemu wielopartyjnego, którego utworzenie mógłby ogłosić al-Assad, by uspokoić opozycję. Rosjanie zapewniają syryjskiego prezydenta, że są w stanie kontrolować sytuację w okresie przejściowym i nie pozwolą, by utracił władzę.
Jednak „Le Figaro” pisze, że doradcy i ich mocodawcy przygotowują się na każdy rozwój wypadków. Umacniają swoje wpływy wśród obecnej generalicji syryjskiej. Istnieje podejrzenie, że mogą doprowadzić w końcu do kontrolowanego zamachu stanu i obalenia (zabicia) prezydenta al-Assada, gdyby ten nadal nie chciał się zgodzić na oddanie władzy lub gdyby zaczął zagrażać już zdobytym w Syrii rosyjskim pozycjom. W sumie to nic dziwnego, tak samo skończyła czereda przywódców Afganistanu na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku oraz przywódców afrykańskich, którzy w tym samym czasie próbowali budować czarny socjalizm przy pomocy czerwonych doradców. Jeden z najbliższych współpracowników Putina, szef kremlowskiej administracji Siergiej Iwanow jest weteranem tamtych wojen (w Angoli i Mozambiku).
