„Wybacz mi, moja ojczyzno. Wybacz i pozwól wrócić na swoją ziemię" – powiedział zapłakany. Jego syn, były pułkownik FSB, został zamordowany w Londynie w 2006 r. za pomocą radioaktywnego polonu przez dwóch oficerów FSB przysłanych z Moskwy. Ojciec wielokrotnie występował publicznie, oskarżając rosyjski kontrwywiad o zamordowanie syna.
Po jego śmierci zamieszkał w pobliżu Ankony we Włoszech, gdzie mieszka dwoje jego dzieci. Wraz z żoną otworzył restaurację w Rimini, ale popadł w finansowe tarapaty. W 2010 r. Włochy odmówiły mu politycznego azylu. Żona zmarła w zeszłym roku, a jemu skończyły się pieniądze. Rosyjska telewizja twierdzi, że Walter Litwinienko zadłużył się, by pochować żonę, a za niepłacenie rachunków odłączono mu prąd.
Znajomi przestali się z nim kontaktować. „Nikomu nie jesteś tu potrzebny. Zdechniesz, wyciągną i wyniosą. O, tak jak moją żonę. Prosiła, do Rosji się prosiła, »ja chcę do domu«" – mówił załamany w telewizji. Jednak londyńscy emigranci twierdzą, że wypędzony z Rosji multimiliarder Borys Bieriezowski wspierał go finansowo, i to solidnie.
Walter Litwinienko dwukrotnie w reportażu nazywa swojego syna zdrajcą (WikiLeaks ujawniła w zeszłym roku, że pułkownik był konsultantem dla brytyjskiego wywiadu). Tyle że te dwie wypowiedzi zostały wyraźnie wyrwane z kontekstu i zmontowane. Jednak i tak wywiad wywarł mocne wrażenie w Rosji. Za miesiąc odbędą się tam wybory prezydenckie. W propagandzie przeciw opozycji władze używają sprawdzonych chwytów, m.in. straszą zachodnimi szpiegami.
