Ekstraklasa piłkarska - Arka - Legia 2:2
To spotkanie zaliczone zostało do wydarzeń mających uświetnić setną rocznicę uzyskania przez Gdynię praw miejskich, która przypadnie we wtorek.
W przypadku Arki był to pierwszy w tym roku mecz w ekstraklasie, bowiem zaplanowana w poprzedniej kolejce konfrontacja z Radomiakiem została odwołana z powodu awarii oświetlenia na stadionie w Radomiu. Legia w debiucie trenera Marka Papszuna przegrała u siebie z Koroną Kielce 1:2.
Papszun gościł niedawno w Gdyni – 30 listopada jako opiekun Rakowa Częstochowa cieszył się z efektownego triumfu 4:1. W roli szkoleniowca Legii zremisował nad morzem 2:2. Te drużyny ponownie podzieliły się punktami, bowiem na początku sierpnia w stolicy padł remis 0:0.
W ekipie gospodarzy miał zadebiutować Vladislavs Gutkovskis. Na rozgrzewce zgłosił jednak drobny uraz i w wyjściowym składzie zastąpił go Nazarij Rusyn. Łotewski napastnik wszedł na boisko dopiero w drugiej połowie.
Murawa na Stadionie Miejskim nie była w najlepszym stanie, zatem zamiast rozgrywać akcje od bramki piłkarze starali się operować dłuższymi podaniami.
Arka objęła prowadzenie w 26. minucie po strzale środkowego obrońcy Michała Marcjanika. Po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Sebastiana Kerka wychowanek gdyńskiego klubu, przy biernej postawie defensorów gości, popisał się skuteczną główką z trzech metrów. Był to jedyny strzał żółto-niebieskich w pierwszej połowie. Po raz kolejny okazało się, że stałe fragmenty w wykonaniu rywali to pięta Achillesa legionistów.
Do przerwy Warszawianie praktycznie nie zagrozili bramce gospodarzy. W 19. minucie po podaniu Damiana Szymańskiego Wahan Biczachczjan uderzył nad poprzeczką, a w 40. po strzale z dystansu Bartosza Kapustki udaną interwencją popisał się Damian Węglarz.
Tuż po wznowieniu gry, po błędzie Kapustki, dogodnej okazji nie wykorzystał Rusyn. W 51. minucie nie popisał się z kolei Biczachczjan, który nie wykorzystał sytuacji sam na sam z golkiperem przeciwnika – Węglarz obronił jego strzał nogą.
W 58. minucie było już 2:0 dla Arki. Kerk przejął fatalne podanie Ermala Krasniqiego w poprzek boiska, zagrał do Rusyna, który wbiegł w pola karne i po raz drugi pokonał Kacpra Tobiasza. Na tym nie koniec nieszczęść przyjezdnych, bowiem z powodu kontuzji za chwilę murawę musiał opuścić Paweł Wszołek.
Gdynianie, chociaż nic na to nie wskazywało, dali sobie odebrać zwycięstwo. Do siatki gospodarzy w 90. oraz czwartej minucie doliczonego czasu trafił Colak. Były to bliźniacze gole strzelone głową po centrach Krasniqiego z rzutów rożnych.
Papszun: To był szalony mecz
Trener Legii Warszawa Marek Papszun wskazał, że "kilka słów to za mało, aby opisać ten szalony mecz".
Mieliśmy spotkanie pod kontrolą, graliśmy nieźle i stwarzaliśmy sytuacje, a po pierwszym stałym fragmencie rywali tracimy gola. Kolejne dwie sytuacje, w tym tę z drugą bramkę, to Arka stworzyła sobie po naszych stałych fragmentach. Kiedy przegrywaliśmy 0:2, wydawało się, że jest po nas i koniec
– stwierdził Papszun.
Zauważył, że jego zespół walczył do końca i w trudnym momencie pokazał duży charakter.
- Zarzucano drużynie, że brakuje jej charakteru i traci bramki w końcówkach, a teraz było odwrotnie. Uratowaliśmy remis, bardzo cenny, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności. Gdybyśmy przegrali ten mecz, byłoby u nas duże rozczarowanie. W naszej sytuacji ten punkt musimy przyjąć. Oczywiście nie jesteśmy zadowoleni z remisu, ale uwzględniając przebieg spotkania, optymistycznie trzeba podejść do tematu – dodał.
Colak zdobył bramki w 90. oraz w czwartej minucie doliczonego czasu w bliźniaczy sposób – strzałami głową po centrach z prawej strony z rzutów rożnych Ermala Krasniqiego.
- Skuteczna okazała się gra na dwóch napastników i postawa Colaka. Powiedziałem w szatni chłopakom, że życie oddało jego codzienną pracę i dobre nastawienie. To zawodnicy z ławki nas uratowali. Był to dobry mecz w naszym wykonaniu. Biorąc też pod uwagę stan boiska i przeciwnika, który jest bardzo dobrze zorganizowany. Arka to jedność i jest bardzo dobrze nastawiona. Gdynia to mega trudny teren – ocenił.
51-letni szkoleniowiec dostrzegł w tym spotkaniu wiele pozytywów w postawie swojego zespołu, głównie w postaci odwrócenia losów meczu oraz determinację.
- Dużo dała nam również młodzież, bo wprowadziłem debiutanta Kovacika, do tego Żewłakowa i Urbańskiego, czyli wychowanków Legii, którzy to dźwignęli i w trudnym momencie pomogli zespołowi, a mamy problemy zdrowotne. Nasza sytuacja nadal nie jest jednak za ciekawa – podkreślił trener legionistów.
Z kolei szkoleniowiec Arki Dawid Szwarga uznał, że w końcówce żółto-niebiescy za łatwo stracili obie bramki, które zamazały obraz ich gry, determinacji i poświęcenia dla drużyny, które były na najwyższym poziomie.
- Kończymy ten mecz niezadowoleni, jest żal i niedosyt. Od 70. minuty zabrakło nam konsekwencji, graliśmy zbyt prosto, a pod bramką przeciwnika za łatwo pozbywaliśmy się piłki, traciliśmy ją, dzięki czemu wracała pod nasze pole karne. Legia jest nisko w tabeli, ale ma swoją jakość i potrafi zdominować rywala. Duże słowa uznania dla zawodników za to jak pracowali i realizowali zadania oraz dla kibiców, którzy dali nam mnóstwo energii – przyznał.
35-letni trener jest zdania, że jego drużyna nie powinna dopuścić do dwóch ostatnich rzutów rożnych, po których Legia zdobyła bramki.
- Końcówka meczu ma to do siebie, że wszyscy wchodzą w pole karne, nawet Kacper Tobiasz zawędrował pod naszą bramkę. Dochodzi do chaosu, w którym trzeba się odnaleźć. Zabrakło też dobrego ataku na piłkę. Jako zespół musimy lepiej zarządzać końcówką spotkania i być konsekwentnym niezależnie od tego czy prowadzimy 2:0, czy przegrywamy 0:2 – podsumował.
Po ostatnim gwizdku obaj szkoleniowcy, którzy współpracowali w Rakowie Częstochowa, serdecznie się wyściskali.