Niezalezna.pl: Jak pan spędził miniony weekend, 17 i 18 października? Pytam w kontekście Mai Chwalińskiej i jej finału turnieju rangi WTA 1000 w Wuhan.
Paweł Kałuża: Oczywiście siedziałem przed telewizorem i kibicowałem Mai. Przekazuję wielkie gratulacje mojej wychowance. Bardzo się cieszę, że zrobiła kolejny krok w rywalizacji na najwyższym poziomie. Ten azjatycki cykl na pewno jest bardzo udany w jej wykonaniu, a turniej w Wuhan, to wisienka na torcie.
To pierwsza Polka, która wygrała w Wuhan.
Tym bardziej, to wielki sukces Mai. Udowodniła sobie - i w Chinach i wcześniej w Singapurze, że to - co osiągnęła w Paryżu wiosną 2026 r., to nie był jednorazowy wyskok. Weszła na najwyższy poziom i po turnieju w Wuhan znalazła się na 11. miejscu w rankingu światowym kobiet.
W pełni zasłużenie.
Maja na ten sukces pracowała od 7. roku życia, więc tym bardziej trzeba ją docenić. Zawsze była wytrwała, pracowita, dawała z siebie 100 proc. I trzeba się cieszyć, że teraz odniosła tak wielki sukces.
Gdy zobaczył pan po raz pierwszy Maję, 7-letnią wówczas, od razu dostrzegł pan w niej talent?
To był proces. Odwiedzałem szkoły w Dąbrowie Górniczej i zachęcałem dzieci, teraz po tylu latach cieszę się, że udało się zachęcić właśnie Maję, żeby przyszła na nabór tenisowy. Odwiedziłem, wtedy wszystkie szkoły podstawowe w Dąbrowie. Przyszło ok. 50 dzieci. W tej pięćdziesiątce była Maja. Wybrałem z tej grupy 10 osób do szkolenia przez cały rok. Już po kilku miesiącach było widać, że ona wyróżnia się na tle rówieśników. Była najmniejsza, leworęczna, ale miała sportowy dar. Szybko się wszystkiego uczyła. Widziałem, że drzemie w niej potencjał, żeby rozwijać tenisową pasję.
Czy był w trakcie szkolenia taki moment, gdy pomyślał pan - nie, to jednak pomyłka?
Nie! Na początku robiłem to dla grupy dzieci, później tylko dla niej. Nie spełniałem swoich marzeń, nie miałem presji rankingowej, wynikowej. To, co robiliśmy, to była zabawa, choć obejmowała kompleksowy, zróżnicowany trening. Unikałem przedwczesnej specjalizacji, skupiałem się na rozwoju umiejętności. Starałem się talent Mai rozwijać ostrożnie, długofalowo. Osiągnięcia do lat 12, - 14, - 16, czy - 18 wynikały z naszej pracy nad rozwojem. To nie było tak, że mówiłem jedziemy na turniej i ty musisz go wygrać, a jeśli nie, to znaczy, że nie rokujesz. Chodziło o rozwój, nie o wynik. Wynik był na drugim miejscu. Byłem jej szkoleniowcem 12 lat. Maja była tym rocznikiem, który chodził 6 lat do podstawówki, 3 lata do gimnazjum i 3 lata do liceum ogólnokształcącego. Zaczęliśmy trenować, gdy Maja rozpoczęła klasę pierwszą w szkole podstawowej i skończyliśmy wtedy, gdy zdała maturę.
Które cechy Mai, w pana opinii, najbardziej przesądziły o jej sukcesie?
Musiałbym długo wymieniać. Tenis jest grą, a każdy mecz jej bitwą. W jej trakcie trzeba być wszechstronnym. Maja zachowuje kamienną twarz pokerzysty. Jest bardzo dobrze przygotowana mentalnie. Jest waleczna. Na korcie pokazuje inteligencję. Jest zmotywowana i skoncentrowana. A to jest bardzo ważne. Później dodałbym całe przygotowanie fizyczne, koordynację ruchową, bardzo dobrą technikę. Maja jest szybka, wytrzymała, gibka. Prezentuje szpagaty na korcie. A technicznie ma taki wachlarz uderzeń, że mało, która zawodniczka w światowej czołówce ma taki arsenał. Oprócz popularnych uderzeń ofensywnych i defensywnych: serwisów, returnów, forhendów, backhandów, volley, smeczy.
Maja używa też uderzeń specjalnych, które są rzadziej wykorzystywane przez inne tenisistki. Stosuje skróty, loby, półwoleje, stopwoleje, loby z woleja czy smecze z backhandu. Maja jest leworęczna, ale gra obydwiema rękami. Potrafi przełożyć rakietę z jednej ręki do drugiej. Trenowaliśmy, to od samego początku. Gdy była dzieckiem, prosiłem by grała słabszą ręką. Zawsze proszę o to dzieci. Maja, jako leworęczna grała prawą ręką. Gdy miała 7 lat na każdym treningu grała 5-10 minut, a od 10. roku życia 60 minut w tygodniu. Grała nawet sparingi prawą ręką. Rozgrywała całe mecze i bardzo dobrze jej to wychodziło. Teraz w Chinach i na Roland Garros dużo robiła takich przekładek. Wygląda to tak, że przeciwniczka zmusza Maję do odegrania backhandu w niewygodnej pozycji, a ona przekłada rakietę do prawej ręki i odgrywa forhend praworęczny. Piłka wraca do gry, a przeciwniczka od nowa musi budować akcję. To daje mocny aspekt taktyczny i mentalny. W meczu można używać tylko tego, co kontrolujesz technicznie.
Maja przez dużą kontrolę techniczną ma rozbudowaną taktykę. By wygrać mecz tenisowy zawodniczka musi być przygotowana mentalnie, sprawnościowo, technicznie oraz taktycznie. Maja, to wszystko na dziś spełnia, trzeba jej życzyć stabilizacji na najwyższym poziomie. Żeby krok po kroku budowała swoją przygodę w tenisie zawodowym. Jest przygotowana, ma 25 lat. Jest w najlepszym wieku dla sportowca, może dalej się rozwijać. Dalej robić to, co jej pomaga, a na pewno wie, co jej pomogło w ostatnim czasie, żeby zrobić przeskok. W zawodowym tenisie jest bardzo ciężko przebić się do pierwszej setki. Finalistka, która grała z Mają w Wuhan - Sonay Kartal, przed tym turniejem była w rankingu 170. Było to spowodowane na pewno kontuzją, Brytyjka wcześniej była notowana na miejscu 44. Z powodu kontuzji nie startowała jednak przez pół roku i spadła w rankingu. Dlatego mogło się wydawać na pierwszy rzut oka dla kogoś to zaskakujące, że 170. zawodniczka potrafiła dojść do finału. Maja tak samo, startując w Roland Gaross była 114 i doszła do finału, grając od eliminacji. Rozegrała w Paryżu 10 pojedynków i był to jej wielki wyczyn. W Wuhan zrobiła kolejny krok.