Piątkowy mecz w Warszawie Rumuni zaczęli odważnie, ale w 22. minucie czerwoną kartkę zobaczył obrońca Fiorentiny Radu Drăgușin, a Polska wykorzystała rzut karny. Od tego momentu spotkanie zmieniło się w jednostronny pokaz siły biało-czerwonych.
Gsp.ro: czerwona kartka to nie wymówka
Najobszerniej mecz przeanalizował dziennik „Gazeta Sporturilor” (gsp.ro). Jego zdaniem wykluczenie Drăgușina miało ogromne znaczenie, ale nie tłumaczy wszystkiego. Według gazety prawdziwym problemem było to, że Rumunia nie znalazła sposobu, by utrzymać się w grze po stracie zawodnika. „Rumunia ani na chwilę nie zaznała obronnego spokoju” – podsumowuje gsp.ro.
Gazeta przyznaje, że do 22. minuty jej reprezentacja nie tylko czekała na ataki Polaków. Rumuni oddali kilka groźnych strzałów, a Marcin Bułka musiał interweniować. Jednak już wtedy biało-czerwoni zaczynali spychać rywali do obrony, a gospodarze od pierwszych minut wywalczali rzuty rożne.
O samej czerwonej kartce dziennik pisze bez taryfy ulgowej. Drăgușin przegrał pojedynek z Lewandowskim i próbował zatrzymać go rękami, co według autorów analizy jest jego bolączką znaną także z gry w klubie. Tym razem kosztowało to rzut karny i grę w osłabieniu.
Liczby pokazują przepaść między drużynami. Polacy mieli 47 kontaktów z piłką w polu karnym rywala, prawie pięć razy więcej niż Rumuni. W pierwszej połowie strzały rozkładały się po równo, po 7, ale w drugiej Polska oddała ich 17, a Rumunia tylko 3. Kluczowe okazały się minuty tuż po przerwie: w ciągu około dwóch minut wynik zmienił się z 1:0 na 3:0.
Sporo miejsca gsp.ro poświęca Nicoli Zalewskiemu, którego stawia za wzór kapitanowi Rumunów, prawemu obrońcy Andreiowi Rațiu. Według gazety, Polska znalazła sposób, by wykorzystać atuty Zalewskiego, a jego braki w obronie pomagali łatać Frankowski i Zieliński. Rațiu w Warszawie musiał natomiast bronić się sam i w tej części gry, jak piszą Rumuni, najbardziej widać jego ograniczenia.
Dziennik zastanawia się też, czy wcześniej nie powinien wejść na boisko defensywny pomocnik Marius Marin. Pojawił się dopiero w 67. minucie, przy wyniku 0:5, czyli, jak ocenia gazeta, zdecydowanie za późno.
Contra: „Powinniście mieć trochę dumy”
Ostro wypowiedział się były selekcjoner Rumunii Cosmin Contra, dziś trener katarskiego Al-Arabi. W rozmowie cytowanej przez portal fanatik.ro przyznał, że mecz miał dwa oblicza, przed czerwoną kartką i po niej. Podkreślił jednak, że nawet w dziesiątkę nie wolno przegrać 0:6. – W końcu jesteście rumuńską drużyną, powinniście mieć trochę dumy – mówił.
Contra uważa, że po trzech ostatnich meczach reprezentacja Rumunii jest najsłabsza od lat pod każdym względem: wyników, gry i nastawienia. Bije na alarm, że w tym tempie kadra może skończyć na rywalizacji z takimi drużynami jak San Marino czy Luksemburg.
Najmocniej oberwało się Dennisowi Manowi i Andreiowi Rațiu. Były selekcjoner zarzucił zawodnikom brak ambicji i poświęcenia w grze w osłabieniu. O Rațiu mówił, że to dobry piłkarz w ofensywie, ale jako prawy obrońca musi najpierw nauczyć się dobrze bronić.
Mihali: „Widziałem znudzonych zawodników”
Nie mniej krytyczny był Gică Mihali, były obrońca i 31-krotny reprezentant Rumunii. Jego zdaniem rzutu karnego i czerwonej kartki w ogóle nie powinno być, a sędzia działał w złej wierze. Jednocześnie przyznał, że Drăgușin powinien był zachować więcej uwagi, bo miał czas, by się ustawić przy długim podaniu.
Najbardziej uderzył jednak w postawę piłkarzy. – Widziałem znudzonych zawodników – mówił. Brakowało mu agresji, walki i gotowości do ryzyka, a zamiast tego widział drużynę, która wyglądała, jakby chciała już tylko skończyć mecz.
Mihali wskazał też na głębsze problemy rumuńskiego futbolu: niskie zarobki trenerów młodzieży i napływ przeciętnych zagranicznych piłkarzy, którzy zabierają miejsce rumuńskim zawodnikom. Hagiego bronił, mówiąc, że to człowiek, który wkłada w piłkę całe serce.
Rumuni nie mają wiele czasu na rozpamiętywanie porażki. W poniedziałek zagrają ze Szwecją, a Contra apeluje, by piłkarze zrobili rachunek sumienia i pokazali więcej ambicji w reprezentacyjnej koszulce.