Wszystko ma jednak zły początek. Pierwszy sezon ligi rozegrano w 2004 r. To był jednak bardzo dziwny sezon. Faworyci przegrywali z outsiderami, podejrzewano wszystkich, od piłkarzy po sędziów, o sprzedawanie meczów. Sponsor główny ligi, firma Siemens, wycofała się z projektu. Chińczycy jednak wyciągnęli wnioski. Schwytali osoby odpowiedzialne za korupcję, zadbali o poziom finansowy klubów. Zrozumieli też jedną rzecz – nie ma wielkiego futbolu bez wielkich nazwisk. I zaczęli masowo ściągać do siebie gwiazdy z całego świata.
Pierwszy trafił tam Nicolas Anelka. Będący już u schyłku kariery Francuz wynegocjował zawrotną pensję – 200 tys. funtów za tydzień! Potem inni piłkarze zobaczyli, że Chiny inwestują w piłkę i masowo zaczęli przyjeżdżać do marksistowskiego kraju. Didier Drogba? Nic trudnego, 300 tys. funtów i gra w Chinach. Dario Conca? Gwiazda brazylijskiej ligi, której pożądało pół Europy, zdecydowała się grać w Chinach. – To ciekawe miejsce dla mojego rozwoju – powiedział Conca. 12 mln dol. za sezon – to chyba był jednak bardziej przekonujący argument.
Drogba i Anelka grają w klubie Szanghaj Shenhua, którego właścicielem jest Zhu Jun, chiński biznesmen. Dorobił się pieniędzy na… zakładach bukmacherskich. Można więc powiedzieć, że to, co wyciągnął z futbolu, z powrotem wkłada w piłkę. Szacuje się, że rocznie dotuje klub kwotą ok. 100 mln dol. I nie jest stratny. Kwota ze sprzedaży koszulek z nazwiskami Drogby i Anelki stanowi jedną trzecią tego, co Jun inwestuje w klub.
Większość właścicieli klubów, dokładniej 13 z 16, to właściciele firm budowlanych. Poprzez futbol rywalizują oni niejako między sobą o to, która firma otrzyma lepsze kontrakty. Liderem jest grupa Evergrande, właściciel klubu Guangzhou. To tam grają Dario Conca czy Lucas Barrios, były kolega klubowy Roberta Lewandowskiego. Trenerem jest Marcello Lippi, mistrz świata z Włochami w 2006 r. Lippi i jego podopieczni wygrali w tym roku mistrzostwo Chin i zwyciężyli w rozgrywkach pucharowych. Trenerem roku został jednak… Dragomir Okuka, znany kibicom w Polsce z prowadzenia Legii Warszawa i Wisły Kraków.
Chińczycy zaczynają kochać futbol. Powoli staje się on ich sportem narodowym. Do tego stopnia, że jeden z kibiców, oglądając Euro 2012 rozgrywane w Polsce i na Ukrainie… zmarł podczas oglądania turnieju. Na tyle pokochał futbol, że nie chciał odpuścić żadnego z meczów, które według czasu chińskiego rozgrywane były w nocy. Spędził tak 11 nocy, aż w końcu umarł z przemęczenia organizmu.
Jedynym problemem chińskiego futbolu jest słaba reprezentacja narodowa. Ale za parę lat i to powinno już przestać nim być. Chińczycy zaczynają uczyć się od najlepszych. I mają z kogo wybierać piłkarzy do swojej kadry.
