Największym sukcesem jest oczywiście awans do finału Wimbledonu. Dotąd Agnieszka była czasem postrzegana jako ciułaczka punktów rankingowych, która w najbardziej prestiżowych turniejach nie daje sobie rady. I rzeczywiście, nigdy wcześniej nie potrafiła sforsować bariery ćwierćfinału. W lipcu nie tylko jej się to udało (po wygranej w dramatycznym meczu z Marią Kirilenko, w którym nie tylko musiała pokonać rywalkę, lecz także nerwy i kaprysy pogody), ale poszła od razu o szczebel wyżej, wygrywając też półfinał. Zatrzymała ją dopiero Serena Williams, choć Polka zdołała urwać jej seta.
Z tą samą rywalką Radwańska zmierzyła się w sobotnim półfinale Masters, jednak wyczerpana wcześniejszymi meczami nie zdołała wiele zdziałać. Wcześniej jednak obaliła kolejny mit: że w jej tenisie – owszem, technicznym, ale polegającym na bezpiecznym przebijaniu piłki na drugą stronę kortu i czekaniu na błąd rywalki – brak waleczności. Tenisowa wojna, którą stoczyła w meczu z Marią Szarapową czy Sarą Errani, zrobiła wrażenie na wszystkich. – Ona nieprzypadkowo jest czwarta na świecie – komentowała po meczu Rosjanka.
Do listy sukcesów należy dopisać triumfy w Miami – jednym z największych turniejów Touru, w którym występuje cała światowa czołówka (w finale Isia ograła właśnie Szarapową) – i mniej znaczących zawodach w Dubaju i Brukseli.
Oczywiście nie wszystko się udało. Gdyby Agnieszka wygrała w finale turnieju w Pekinie, po raz pierwszy zapisałaby w tenisowym CV cztery tytuły w trakcie jednego sezonu. Gdyby wygrała turniej w Montrealu, gdzie zabrakło najgroźniejszych rywalek, zostałaby dodatkowo 22. w historii liderką rankingu WTA. W pierwszym wypadku niespodziewanie przegrała jednak z Nadią Pietrową, w drugim została rozbita już w ćwierćfinale przez Na Li.
Największym rozczarowaniem był jednak występ na igrzyskach olimpijskich w Londynie. Tym razem wimbledońska trawa nie okazała się szczęśliwa – Agnieszka już w pierwszej rundzie przegrała z niżej notowaną Julią Goerges, szybko odpadła też w grze podwójnej z siostrą Urszulą (II runda) i mieszanej z Marcinem Matkowskim (I).
Przeważały jednak sukcesy, które zostały sowicie nagrodzone. Tylko od WTA Radwańska otrzymała 3,851 mln dol., co stanowi trzecią część wszystkich pieniędzy zarobionych przez nią na korcie. Oddzielna sprawa to oczywiście nagrody rzeczowe i kontrakty sponsorskie. Dla przykładu: za udział w Stuttgarcie Isia dostała porsche, już po raz trzeci zresztą, natomiast za podpis na umowie sponsorskiej, wartego 600 tys. zł lexusa.
Teraz Agnieszka cieszy się długo wyczekiwanym odpoczynkiem. – Na pewno w najbliższym czasie nie wezmę rakiety do ręki. Wyjeżdżam teraz na 10 dni gdzieś, gdzie będzie ciepło – mówiła zaraz po zakończeniu ostatniego oficjalnego meczu w tym roku.
Następne występy w turniejach dopiero za ponad dwa miesiące, w Australii, gdzie rozpoczyna się tenisowa karuzela. Laba Isi nie będzie trwała jednak długo. Już 16 listopada znów wyjdzie na kort, by zagrać z... Sereną Williams. Wakacje wakacjami, a biznes biznesem. Tenisistki, które walczyły w półfinale Masters i finale Wimbledonu, tym razem zagrają tylko dla uciechy publiczności i pieniędzy w meczu pokazowym w Toronto.
Potem Agnieszkę czekają już żmudne przygotowania obliczone na to, by sezon 2013 był lepszy od minionego. Teraz progres oznaczać będzie albo awans na pozycję liderki rankingu, albo triumf w którymś z turniejów Wielkiego Szlema, co w singlu nie udało się nawet słynnej Jadwidze Jędrzejowskiej.
